niedziela, 8 grudnia 2019

Klatka - one shot#13


   Z trudem udało się jej podnieść powieki. Gardło ją paliło, a całe ciało zdawało się być zrobione z ołowiu. Zamrugała kilka, usiłując przywołać się do rzeczywistości. Wtedy wspomnienia ostatniej nocy wdarły się jej przed oczy. Tamten chłopak, deszcz obijający się o szyby, paralizator i na końcu mocny chemiczny zapach. Zerwała się do pozycji siedzącej i obejrzała dookoła. Znajdowała się w przestronnym pokoju na dużym łóżku z metalową zdobioną ramą. Po jej prawej stronie znajdowała się szafa oraz komoda wykonane z jasnego drewna, natomiast po lewej lustro w zielonej oprawie, japoński parawan i regał na książki w kształcie rombu. Poczuła, jak ogarnia ją zimno. Ten pokój był niemal kalką jej własnego, brakowało jedynie balkonu oraz toaletki.
   Wstała powoli, ciągle uważnie śledząc mrok dookoła siebie. Jednak nic nie wskazywało, by Gus był gdzieś tu . Kiedy zapaliła światło i upewniła się, że jest sama, wypuściła wolno powietrze, kręcąc głową. Jak do tego doszło? Spotkała go zaledwie dwa razy, z czego raz przelotnie w metrze. Więc dlaczego? Czemu ona?
   Podeszła do niewielkiego okna i bez większych nadziei spróbowała je otworzyć. Mogła je jedynie uchylić, dalej nie chciało iść. Zagryzła wargę. To było do przewidzenia, że skoro już był na tyle zdesperowany by ją porwać, to nie da jej tak łatwo odejść. Odeszła od okna i stanęła przed lustrem. Dalej była w swojej piżamie, jednak troskliwie zarzucił na nią jakiś za swoich szlafroków. Zdjęła go z obrzydzeniem i odrzuciła w kąt pokoju, po czym zaczęła czesać włosy szczotką, która znalazła na szafce nocnej.
   Wszystko było przygotowane idealnie pod nią. W szafie pewnie czekały na nią rzeczy z ulubionych marek, książki były te same, co w domu, a kosmetyki specjalnie pod jej delikatną skórę. Obrzydzenie z każdą sekundą podchodziło coraz bliżej gardła, jednak musiała się opanować. Był psycholem, nikt nie wiedział, co może zrobić w złości.
   Związała włosy w kucyka, wsunęła stopy w papcie i wyszła z pokoju, po czym ruszyła schodami na parter, skąd dobiegały ciche dźwięki fortepianu.
   Gus podniósł na nią wzrok, kiedy przekroczyła próg salonu i uśmiechnął się delikatnie, na co się wzdrygnęła. Odłożył gazetę i odsunął się, robiąc jej miejsce, lecz zignorowała to i padła na fotel, wbijając w niego zimny wzrok.
– Dobrze się czujesz? – spytał. Miał łagodny i przyjemny dla ucha głos, ale Akane na sam dźwięk skręcało w środku.
– Skończ zabawę i oddaj mi telefon – powiedziała twardo, wyciągając rękę. – Wtedy nie naślę na ciebie policji, chyba, że dalej będziesz mi truł dupę.
   Gus przestał się uśmiechać i zmarszczył brwi. Akane wstrzymała oddech, lecz na szczęście chłopak niczego więcej nie zrobił. Póki co.
– Nie mogę ci go oddać – odparł spokojnie.
– Czemu niby? – westchnęła. – To moja własność i jest dla mnie ważny.
– Nie mogę – powtórzył, przechylając głowę na bok. – Nie jest ci zimno? W swoim pokoju masz dużo różnych ubrań.
   Czyli naprawdę przygotował nawet to. Pomasowała skronie, pochylając się w przód.
– Słuchaj, Grav – zaczęła. – To nie jest żaden „mój” pokój, bo do mnie nie należy i nie będę w nim przebywała. Oddaj mi telefon, ja sobie pójdę i zapomnimy o tym durnym incydencie.
– Nigdzie nie pójdziesz.
– Pójdę – mówiła dalej, starając się nie wzdrygnąć widok zimnej furii ogarniającej twarz Gusa. – Mam swoje życie, swoje nagrania i przyjaciół. A ty nie masz żadnego prawa, by mnie tu więzić.
   Gus wstał, na co instynktownie odsunęła się w tył. Wbił w nią wzrok drapieżcy, a po chwili wypuścił wolno powietrze i uśmiechnął się delikatnie.
– Przecież nie chcę niczego odebrać – powiedział. – Tylko musisz ze mną zostać. Kiedy zaczniesz mnie kochać tak jak ja ciebie, to wszystko wróci do normy.
– Kochać? – głos jej zadrżał. – Ciebie? – Uniosła brew i parsknęła. Gus znów przestał się uśmiechać. – Och, jak bardzo ty jesteś pieprznięty?! – krzyknęła, wstając.
   Rozsądek próbował jej przypomnieć, gdzie się znajdowała, lecz złość go przyduszała. Zacisnęła pięści, sztyletując Gusa wzrokiem.
– Śledziłeś mnie przez chuj wie ile czasu, dowiadywałeś o każdym, nawet najbardziej intymnym szczególe, a kiedy w końcu twoja obsesja cię przerosła, postanowiłeś mnie porwać. I jeszcze masz czelność udawać, że to najzwyczajniejsza rzecz na świecie! Bo według ciebie to miłość! – Rozrzuciła ręce dookoła, zmiatając na ziemię figurkę z kominka. Kawałki porcelany rozprysły się po podłodze.
– Proszę, uspokój się, Akane – Uniósł ręce w uspokajającym geście.
– Nie mów do mnie po imieniu! – krzyknęła. – Nie masz do tego żadnego prawa! – Rozejrzała się i kątem oka spostrzegła pogrzebacz.
   Bez chwili namysłu podniosła go i wycelowała w niego.
– Wypuść mnie – wycedziła. – Już!
– Odłóż to – powiedział zimnym głosem. – Dobrze ci radzę.
   Wpatrywali się w siebie niczym dwaj drapieżcy, przesuwając dookoła oddzielającego ich stolika. Akane oddychała ciężko, czując, jak pali ją gardło. Jeśli nie uda jej się teraz stąd wydostać, całe jej życia trafi szlag. Zagryzła wargę, nie spuszczając oczu z Gusa. Nic nie wskazywało, by miał przy sobie jakąś broń, ale nie mogła go lekceważyć.
   Nagle poczuła, że za jej plecami znajduje się kanapa. Grav stał naprzeciw niej, a ogień z kominka za nim sprawiał, że całą jego sylwetką pokrywał cień. Jedynie kocie zielone oczy błyszczały niczym lampki.
– Akane – odezwał się kojącym głosem. – Jesteś zdezorientowana i dlatego się tak denerwujesz. Odłóż ten pogrzebacz, zrobię ci herbatę i porozmawiajmy na spokojnie. Nie chcę, żebyś się mnie bała.
– Po prostu mnie wypuść – wydusiła słabym głosem. – To jedyne, czego od ciebie chcę.
– To niemożliwe – Postąpił o krok w przód. – Nie mogę cię wypuścić.
   Zacisnęła szczęki, powstrzymując przekleństwo, gdy Gus rzucił się w jej stronę. Padła plecami na kanapę, zamachując się na oślep pogrzebaczem. Usłyszała jego jęk i poczuła, jak ciało uderza o podłokietnik. Szybko przetoczyła się przez oparcie i niemal na czworaka wypadła z salonu prosto do kolejnego skrytego w cieniu holu. Pobiegła przed siebie, modląc się, by były tu gdzieś drzwi wyjściowe.
   Adrenalina szumiała jej w uszach na przemian z waleniem serca, lecz nawet to nie zagłuszyło kroków na początku korytarza. Odbiła w prawo, gdzie spostrzegła łańcuch oraz zasuwę na drzwiach. Nie tracąc czasu ruszyła ku nim, gdy ręką Gusa złapała ją mocno za ramię i pociągnęła w tył. Uderzyła go łokciem, lecz nie puścił jej, jedynie szarpnął za lewy nadgarstek, odwracając w swoją stronę.
   Choć jego twarz nie wyrażała niczego poza lekkim rozbawieniem, łatwo mogła wyczuć złość kryjącą się w środku. Uniósł brew, wzmacniając uścisk na przegubie, zmuszając ją, by wypuściła pogrzebacz. Narzędzie uderzyło głucho o podłogę, po czym odepchnął je nogą.
– Mówiłem, że cię nie wypuszczę, Akane – uśmiechnął się, przybliżając do niej twarz. – Zwłaszcza, gdy widzę, że nie mogę ci ufać.
Zmrużyła powieki, widząc, jak wyciąga telefon z kieszeni. Odblokował go i jej oczom ukazał się filmik, kiedy wraz z Haruką nabijały się z wytwórni, w której nagrywała piosenki, oraz jak wymieniały ich niektóre nieczyste zagrywki. Jej żołądek wykonał gwałtowny skręt, po czym powoli obróciła głowę do Gusa.
– Jak ty...
– ...zdobyłem to? – uciął ją i wzruszył ramionami. – Nie było w tymi nic trudnego, znam się na technologii – Obrócił się na pięcie i pociągnął ją z powrotem ku salonie.
   Poszła za nim posłusznie. Świat wokół niej wirował jak szalona karuzela. Jak dużo miał takich nagrań? Włamał się na jej prywatny laptop? Aż dreszcze ją przeszły na myśl, co mógł jeszcze zobaczyć.
– Wiesz, co się stanie, jeśli to opublikuje? – spytał, wyrywając ją z rozmyślań. – Wytwórnia może upaść, a żadna inna raczej nie będzie chętna zatrudnić kogoś, kto tak łatwo rozpowiada sekrety – Zerknął na nią przez ramię.
– Pieprz się – syknęła, wyrywając rękę i padając na kanapę. – Gadasz, jak to mnie nie kochasz, ale z radością zniszczyłbyś mi życie. A nie czekaj, już to robisz!
– Nie chciałem tego używać, ale mnie zmusiłaś – odparł, rozkładając ręce, po czym kucnął przed nią. – Twoje życie może być naprawdę jak z bajki. Wystarczy tylko, że mnie zaakceptujesz. Ja nie chcę twojej krzywdy, Akane.
   Spróbował pogładzić ją po policzku. Odepchnęła jego dłoń, patrząc z obrzydzeniem. Westchnął i podniósł się. Przeczuwał, że nie pójdzie im tak łatwo, ale ona go niedługo zrozumie i zaakceptuje.
– I tak w końcu ktoś mnie znajdzie – mruknęła, obejmując się ramionami.
– Nie liczyłbym na to – odparł. Spojrzała na niego i wzdrygnęła się, widząc maniakalny uśmiech rozciągnięty na jego ustach. – Ale nie mówmy o tym. Umyj się, a potem zjemy kolację. Chciałbym, żebyśmy się lepiej poznali, w końcu spędzimy tu razem dużo czasu.


Kontynuacja ssie, i know, ale serio wypadłam mocno z wprawy XDD Ogólnie opublikowałabym już wczoraj, ale napisałam coś, co działo się jakby dalej, a w sumie uznałam, że ważna jest reakcja Akane na to wszystko i teraz napisałam to ^^ Mam nadzieję, że się podoba i nie pytajcie, co ja mam z tymi yandere, ale to obecnie moja ulubiona tematyka XD

sobota, 7 grudnia 2019

Angel ma pytanko! #któryś tam, luj wie

Hello, żyje ktoś tu jeszcze? XD Przepraszam, że są tak długie przerwy, ale naprawdę nie miałam czasu, a teraz moja motywacja leży u dnie ^^''. Ewentualnie mogłabym napisać shocik z jakimś yandere, bo to niestety jedyne, co mogę na chwilę obecną zaoferować...


niedziela, 20 października 2019

Gra z diabłem - one shot#12


    Każdy jej krok odbijał się głośnym echem od ścian korytarza, choć starała się iść niemal na palcach. Co chwila patrzyła się za siebie, mając wrażenie, że czuje jego oddech gdzieś w głębi mroku, jednak nigdzie nie dostrzegała czerwonej demonicznej maski. Była sama. Na razie...
   Który to był raz? Piąty? Siódmy? Straciła rachubę już dawno temu. Bo pomimo przerażającej wiedzy, że nie może od niego uciec, ciągle próbowała. Nawet nie po to, by rzeczywiście się wyrwać do normalnego świata. Nie, nie była aż tak naiwna. Chciała tylko zachować jakąś cząstkę siebie. Poczuć, że coś ciągle w niej jest, że wcale nie rozpada się na tysiące małych kawałków.
    Że nie jest jego ukochaną marionetką...
   Mrok wokoło ją dusił, oblepiał, śmiał się z jej bezsilności, mimo że powinna być jego panią. Lecz co w tym dziwnego, skoro nie umiała nic zrobić? Jedynie oglądać rozmiary szaleństwa, które owładnęły Spectrą i udawać, ze nie czuje dotyku jego rąk na policzkach i ramionach, nie słucha pełnych kuszących obietnic szeptów czy deklaracji miłości, nie patrzy, jak z chorym podnieceniem zmiata każdego, kto mu przeszkadzał.
   Mógł mówić, że ją kocha, ale to było kłamstwo. Tym, co kochał, była iluzja, którą wykreował w głowie. Pewnego dnia mu się znudzi, a wtedy...a wtedy...
   Przełknęła ślinę, powoli wsuwając dłoń do kieszeni długiego wełnianego swetra. Opuszki palca wyczuły metalową powierzchnię nożyczek do paznokci, jedynej ostrej rzeczy, której Spectrą jeszcze jej nie odebrał.
– Czyżbyś już zmęczyła się nocnym spacerem?
    Oddech uwiązł jej w gardle, a żołądek ścisnął się w kłąb. Za wszelką cenę starając powstrzymać się drżenie kolan, podniosła oczy na Phantoma. Stał kilka metrów od niej w luźnych ubraniach bez maski na twarzy. Wyginał wargi w uśmiechu, lecz jego oczy pozostały zimne niczym grudki lodu.
– Każdy potrzebuje trochę ruchu dla kondycji – odparła, unosząc dumnie podbródek. Nie mogła mu okazać, jak bardzo rozbita była. Wtedy nastąpiłby ostateczny koniec gry.
– Powinien przykuć cię do łańcucha – wymamrotał, przechylając głowę na bok. – I chyba tak zrobię – Oczu mu zabłysły. – Co o tym myślisz, Jessie?
– Myślę, że możesz mnie w dupę pocałować ze swoimi fetyszami – warknęła, wzdrygając się z obrzydzenia.
   W sekundę rozluźnioną twarz Spectry wykrzywił grymas złości. Vexos ruszył w jej stronę, wyciągając rękę.
– Wracamy! – krzyknął ostro.
   Jej ręką ruszyła, nim zdążyła pomyśleć. Nożyce świsnęły w powietrzu, po czym zapanowała cisza. Spectra otworzył lekko usta i powoli spojrzał na dłoń, w poprzek której biegła czerwona szrama. Krew powoli zaczynała z niej wypływać. Zamrugał i zmarszczył brwi, jakby zastanawiał się, czym była ta czerwona substancja.
   Zaczęła biec, ściskając w dłoni skrwawione nożyczki. Nie miała pojęcia, gdzie zmierza, jedynie zatapiała się w kolejne warstwy mroku, modląc się, by szok Spectry trwał jak najdłużej. Zaczęła się śmiać. Nawet gdy gardło zaczęło ją palić, nie przestała chichotać przez łzy ściekające z policzków. Zraniła go! Wreszcie! Po tylu miesiącach!
   Nagle jeden z witraży z prawej strony eksplodował. Kolorowe kawałki szkiełek buchnęły jej w twarz, a siła wybuchu sprawiła, że uderzyła biodrem o ścianę. Oddychając ciężko, chciała szybko się pozbierać, kiedy dostała w twarz. Padła na podłogę, czując ciepłą, lepką substancję wypływającą z nosa i piekący ból.
– Dlaczego nie możesz mnie słuchać? – szepnął Spectra, kucając przy niej. Każdy mięsień na jego twarzy dygotał w furii, a oczy świeciły nienaturalnym blaskiem.
– Dlaczego nie możesz dać mi spokoju?! – jęknęła, próbując wstać. Jej nogi poślizgnęły się na szklanych odłamach, przez co uderzyła kolanami w zimny beton.
   Chciał złapać ją za włosy, na co znów zamachnęła się nożyczkami. Cofnął dłoń i obnażył zęby niczym drapieżnik polujący na ofiarę. Wpatrywali się przez siebie w pełnej napięcia ciszy. Powoli, krok za krokiem zaczęła się od niego oddalać, ciągle trzymając nożyczki wycelowane w jego stronę.
   Czuła gorycz strachu rozlewającą się na języku i dziwne gorące fale przelewające się pod czaszką. Był pieprznięty, wiedziała o tym od początku, jednak teraz wyglądało na to, że ocknęła się w nim jakaś bestia.
– Wróć tutaj.
   Przez chwilę myślała, że się przesłyszała, bo głos był miękki i spokojny. Spectra uśmiechnął się i wyciągnął w jej stronę rękę, patrząc na nią niczym na małego przestraszonego króliczka.
– Wróć, Jessie. Przestraszyłem cię, prawda? Przepraszam, poniosło mnie. Nie powinien cię uderzyć – przemawiał dalej. Przełknęła ślinę. – No, Jessie? – Uniósł brew, a głos lekko mu zadrżał.
   Zdążyła się podnieść, ale Spectra tym razem był szybszy. Czerwony laserowy miecz przebił materiał spodenek, przecinając skórę. Z gardła wyrwał jej się okrzyk, jednak szybko się opanowała i okręciła, unikając jego rąk. Potknęła się o własne nogi i choć rozpaczliwie próbowała się podtrzymać ściany, padła na plecy. Nożyczki uderzyły głucho o ziemię.
   Spectra zamachnął się ponownie. W jej oczach odbił się czerwony miecz. Nie było szans, by zdążyła uniknąć, nie miała na tyle czasu. Więc to był jej koniec?
    Choć może to lepiej? Przynajmniej wszystko się skończy. To szaleństwo, strach ściskający wnętrzności, poczucie bycia marionetką. Wbiła wzrok w Phantoma, żeby nie myślał, że kompletnie ją złamał. Przyjmie śmierć z otwartymi ramionami.
   Ostrze świsnęło w powietrzu. Oczekiwała uczucia rozrywania mięśni, nagłego wtargnięcia ciemności przed oczy i słodkiego pogrążenia się w wiecznym śnie. Jednak zamiast tego miecz otarł się o jej skórę i zastygł. Zmrużyła oczy.
– Na co czekasz? – wychrypiała. – Zabij mnie.
   Oczy Spectry rozszerzyły się, a on sam oddychał ciężej. Miecz nie drgnął ani o milimetr.
– Nie będę twoją zabawką, Phantom. Czego nie zrobisz, nigdy ci nie ulegnę. Nie pokocham cię – niemal wypluła te słowa. – Więc dokończ dzieła albo zrobię to sama! – warknęła, chwytając ostrze.
   Wyrwał je gwałtownie, przecinając jej dłoń. Zdumiona spostrzegła rozpacz zmieszaną ze strachem, która na sekundę odbiła mu się na twarzy. Wtedy zaświeciła jej się lampka. Czyżby...
   Nadzieja zgasła szybko, kiedy runął na nią całym swoim ciężarem. Wzdrygnęła się, widząc po raz kolejny jego uśmiech pełen obłąkania. Jedną ręką przyciskając jej dłonie do podłogi, drugą delikatnie  przejechał po jej pękniętej wardze i siniaku, który powoli formował się nad nią.
– Tyle zadrapań, tyle krwi – mruczał, po czym przejechał palcami po jej włosach. – Mogłaś tego uniknąć, wiesz? Gdybyś wreszcie zauważyła, że ode mnie nie ma ucieczki.
   Zacisnęła usta w wąską linię. Powoli zaczęła przesuwać dłoń w stronę porzuconych nożyczek, nie spuszczając z niego wzroku.
– Mówisz, że wolisz się zabić. To smutne i niepokojące, Jessie. Nie mogę ci na to pozwolić.
– Chcesz się przekonać?
– Nie muszę – nachylił się, niemal stykając się z nią nosem. – Już wiem, jak to zrobię.
   Owinęła palce wokół chłodnej powierzchni nożyc. Napięła mięśnie, czekając na odpowiedni moment.
– Niby jak?
– Wystarczy, że wejdę ci do głowy.
   Znajomy chłód rozszedł się po jej brzuchu. Spectra zmrużył powieki.
– Masz zbyt wiele złych wspomnień o mnie. Jeśli się ich pozbędę... – zawiesił głos. Przełknęła z trudem ślinę. – staniesz się moja.
– Nie będziesz mieszał mi w umyśle! – syknęła, robiąc zamach.
   Spectra nawet się nie odwrócił, tylko złapała ją za nadgarstek i mocno odgiął. Zacmokał z politowaniem, zjeżdżając dłonią koło jej ramienia.
– Wszystko będzie dobrze – mruknął. – Wiesz, że nie chce sprawić ci bólu.
   Chciała rzucić kąśliwą uwagą o swoich siniakach, gdy poczuła delikatne ukłucie. Obróciła głowę, akurat by ujrzeć, jak Spectra wyrywa cieniutką igłę z jej szyi.
   Jej ciało zaczęło robić się ociężałe, jakby wszystkie mięśnie opadły kompletnie z sił. Spectra westchnął, po czym podniósł ją, wsuwając ręce po kolana i żebra. Próbowała walczyć, szarpać się, lecz była jak marionetka, której odcięto wszystkie sznurki.
– Muszę cię opatrzyć – mówił dalej kojącym głosem. – A potem, kiedy wraz Gusem opuścimy tę przeklętą planetę, sprawię, że będziesz szczęśliwa.
   Powieki zaczęły jej opadać. Zdążyła jeszcze poczuć, jak całuje ją w czoło, nim ogarnęła ją ciemność.
   Przegrała ich grę...




  
 Tak, moi drodzy, napisałam 2 część shota z yandere!Spectrą XD Tym razem bardziej z perspektywy Jessie i pewnie gorszą, bo kontynuację zawsze są gorsze, ale cóż ^^'' Nw jak z rozdziałem, bo niby się pisze, ale dość powoli
Odmeldowuje się!

piątek, 18 października 2019

Angel ma pytanko#5!

Moi drodzy, wie ktoś może, o co biega z tą opcją "wypróbuj nowy wygląd bloggera?" XD Bo niby bym w to weszła, ale się boję, że coś mi pozmienia, a nie chcę mi się z tym bawić. Tak więc jak ktoś jest w miarę zorientowany, to niech mi śmiało napisze. Albo może ktoś już w to kliknął?


Ps. Co do rozdziału, to MOŻE będzie jutro, bo dziś kończę do drugiego bloga, ale niczego nie obiecuję ^^''
Miłego wekeendu!

sobota, 5 października 2019

S2 Rozdział 36: Skryty strach


   Przebudziła się w chwili, gdy ciemność za oczami została zalana przez intensywną zieleń. Siadła na łóżku, z trudem rozchylając zapuchnięte od snu powieki. Kiedy wzrok jej się wyostrzył, ujrzała uśmiechniętą od ucha do ucha Zenet, którą jedną ręką trzymała nad nią ciemny prostokątny lampion z szmaragdowym płomieniem w środku, a drugą opierała o biodro.
– Wstajemy, kochanieńka – rzuciła. – Trening zaraz się rozpocznie, a pan Airzel nie lubi czekać.
   Umysł Heather zawsze był lekko otępiały z rana, jednak mała ilość snu sprawiła, że niemal się zatrzymał. Dziewczyna spojrzała na Gundaliankę, unosząc wysoko brew.
– Jaki trening?
– No jak jaki, siłowy i z bakuganem – Teraz to Zenet wyglądała na zaskoczoną. – Tu masz ciuchy – machnęła w kierunku kupki położonej na komodzie. – Umyj się, przebierz, tylko szybko, nie mam dla ciebie całego dnia – Odrzuciła włosy z ramienia i siadła na łóżku, krzyżując nogi.
   Heather może i zaczęła by drążyć temat, lecz ogłuszenie dalej na nią działało, więc bez protestów wzięła ubrania i zamknęła się w łazience. Dopiero po puszczeniu, a jakże, zimnej w cholerę wody na ciało, otrzeźwiała.
– Mamy problem, czyż nie? – wyszeptał Crueltion, sadowiąc się koło odpływu brodzika.
   Skinęła powoli głową, szybko analizując sytuację. Trening z bakuganem raczej nie będzie probleme, umiała walczyć, a jak coś z chęcią pozna nowe techniki czy sztuczki. Gorzej było z siłowym. Nie miała tragicznej kondycji, żeby nie było, ale to z dużym prawdopodobieństwem będzie szkolenie jak dla żołnierzy.
   Nie może być uznana za słabą. Wtedy nie będą ją zabierali do Neathi. Nie będzie mogła widzieć znów tych zrozpaczonych twarzy, słyszeć tych cudownych pełnych bólu krzyków.
   Kurwa mać! Uderzyła dłońmi w purpurową glazurę. Nie przewidziała tego.
– Masz jeszcze dziesięć minuuut – zawołała Zenet. – Pobiegasz sobie dzisiaj trochę karnych kółek.
   Jeszcze ta irytująca dziewczyna. Heather zacisnęła zęby, szybko wciągając elastyczne spodnie w kolorze bordo, a za nimi buty ze skóry do połowy łydek. Zachowywała się bardzo beztrosko w jej towarzystwie, ale to nie wystarczyło, by nie zauważyła, jak bardzo się boi.
– A was tak właściwie nie było sześciu w drużynie? – spytała, wychodząc z łazienki.
   Zenet zaprzestała liczenia kar, jakie mogła ponieść za spóźnienie i spojrzała na nią z dziwnym błyskiem w oku, nagle nieco blednąc. Zaraz się opanowała, uśmiechając wymuszenie.
– No było, a co?
– Ach, tylko się zastanawiam, co się stało z resztą – mówiła dalej, mrużąc oczy. – Szpiegują dalej czy może oberwało im się za błędy? – Uniosła kącik ust, widząc, jak Zenet przełyka z trudem ślinę.
– Każdy słaby jest eliminowany, to jedna z zasad tutaj – odparła wyzywającym tonem. – Oni zawiedli, więc zniknęli – Głos jej drgnął, mimo to nie spuściła wzroku.
– Hmm, a ty mimo to ciągle tu jesteś – westchnęła. – To idziemy?
   Zenet przez moment wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała z tego zamiaru. Prowadziła ją przez korytarze w ciszy, zasępiona i poważna. Nawet nie próbowała już przed nią udawać, że niczego się nie lęka. Czyżby uświadomiła sobie, że jej „zabezpieczenie” może nie wystarczyć? Uśmiechnęła się i spojrzała przed siebie.
   Jak potężny i okrutny był Barodius, że powodował we wszystkich taki strach? I co to była za metoda, że eliminował swoich podwładnych? Przez ulotny moment poczuła coś na kształt ukłucia strachu w środku, ale szybko to odrzuciła. Póki co nie stanowiła dla niego niczego wartego uwagi.
   Zatrzymały się przed półokrągłym marmurowym wejściem na ogromny plac, gdzie już było zgromadzonych na oko ze stu Gundalian w podobnie sportowych strojach co ona. W oddali było widać żółte, zielone i niebieskie plamki świateł bijące z budynków miasta. Zimny wiatr zawiał jej prosto w twarz.
– Skoro tak bardzo boisz się o siebie, czemu nie uciekniesz? – spytała, zerkając przez ramię na Gundaliankę. – Tutaj chyba nie ceni się lojalności, nie?
   Nie czekając na odpowiedź, wyszła na plac.
– Nie przypominam sobie, byśmy mieli w planach być od początku traktowani jak potencjalni zdrajcy – syknął Crueltion.
– Ona nikomu tego nie powie.
– Skąd ta pewność?
– Bo doskonale wie, że taka informacja nie jest dla niej gwarancją zachowania życia. Zwłaszcza z takimi zwierzchnikami.
   Bakugan zamilkł, wyrażając tak pogodzenie się. Nabrała powietrza, lustrując szybko wzrokiem plac. W kącie leżało kilkanaście materaców, a z drugiej strony wystawało coś na kształt worków treningowych. Przełknęła ślinę. Tutaj zaczynała się najgorsza część zabawy.


****

   Zenet cudem nie uderzyła lampionem w ścianę, w rezultacie wywołując pożar w południowej części pałacu. A to z pewnością nie poprawiłoby jej i tak już chujowej sytuacji.
   Zacisnęła szczękę. Co ta zdzira mogła wiedzieć o życiu tutaj? Tak, bała się! Cholernie! Kto nie czułby strachu, wiedząc, że wystarczy gorszy humor jednego z Zgromadzenia i bach! Koniec twojego życia!
   Potrząsnęła głową, próbując pozbyć się sprzed oczu wizerunków reszty drużyny. Gdyby wiedziała, że ta cała inwazja na Neathię tak się potoczy, nigdy nie przyjęłabym propozycji Rena. Ach, jaka ona była głupia!
– Co jest, Zenet? – zapytał Contestir, widząc panikę wojowniczki.
– Muszę coś wymyślić – wyszeptała. – Nie chcę umierać – Oblizała wargi. – Tylko jak mam przekonać Zgromadzenie, że jestem im niezbędna? Co powinnam zrobić? – jęknęła do bakugana, a oczy lekko jej się zaszkliły.
– Hej, hej, spokojnie – odparł zaskoczony Contestir, bo widok był naprawdę niecodzienny. – Póki masz jej pilnować, to chyba jesteś bezpieczna.
– Chyba – Pociągnęła nosem. – To dobre słowo.
   Może bakugan miał rację? Tak długo jak będzie łaziła za Heather, jej żywot zostanie oszczędzony? Ale z drugiej strony jaki to był problem zastąpić ją innym lojalnym żołnierzem?
   Jeśli nie pokaże czegoś specjalnego...jeśli tego nie zrobi... rozbite okulary Leny, porzucona książka Jessego...zatrzęsła się.
   Czemu nie uciekniesz?
   Gdziekolwiek się uda, nigdzie nie będzie bezpieczna. Przed Barodiusem nie dało się uciec.
   Poczuła, jakby wokół jej gardła coraz ciaśniej owijała się wisielcza lina. Wystarczył jeden krok w złą stronę i wszystko się skończy.


****


      Mogliśmy być na innej planecie, w nowym środowisku pełnym nieznanych nam rzeczy, lecz jedna rzecz pozostała niezmienna.  Po dostaniu informacji o statku z Gundalii, który kręcił się przy drugiej osłonie, zaczęła się dyskusja, co właściwie robić dalej.
– Wysłać naszych zwiadowców – zaproponował Marucho.
– Śledzić wrogów, by znać ich zamiary – uznał Shun.
– A ja bym obudował pierwszą osłonę – rzekł Dan dumnie.
   Ja, Shun i Marucho już gdzieś tam z tyłu głowy zaczęliśmy mieć swoje przeczucia, jednak Fabia, Shiena i Jake spojrzeli na niego z zaciekawieniem.
– Wymyśliłeś strategię, Dan? – Sheen uniosła brwi.
– Mistrzuniu, ale tak szybko? – zachwycił się Jake.
– Jaki masz plan, Dan – san? – wtrąciła się Haruka, mająca chyba jakieś zaćmienie umysłu, że zapomniała czemu tak dobrze dogadywałam się z Kuso.
   Brunet z lekka skonfundowanym wyrazem twarzy, podrapał się po głowie, po czym odchrząknął.
– Więc myślałem... – zawiesił na chwilę głos, a wyżej wymieniona trójka jakby wstrzymała oddech. – No szczerze, to myślałem, by w biegu coś wykombinować.
   Akane parsknęła w filiżankę, prawie wylewając herbatę na biały stolik, Shun westchnął ciężko, Jake na chwilę się wyłączył, a Shiena wyglądała, jakby straciła wiarę w ludzkość. Dziwaczne milczenie, które zapadło, przerwał obraz z kamer pokazujący już dwa statki zmierzające ku osłonie.
– To statki Kazariny i Nurzaka – stwierdził Elright, przybliżając obraz. – Tylko czego oni chcą?
– Walki! – wykrzyknęli równocześnie Dan z Jakiem.
– We dwójkę na cała neathiańską armię? – zgasił ich Shun. – Bardziej wygląda, jakby coś planowali.
– Dlatego trzeba sprawdzić, czego chcą – odezwał się Marucho. – Wchodzisz w to Akwimos?
– Pewnie!
– My pójdziemy z wami – wtrąciła się Fabia.
– Skoro mamy więcej ludzi, może warto wysłać jeszcze kogoś jeszcze? – zaproponowała Shiena. – Podobno zawsze biorą kogoś z ekipy Rena.
– O tak! Dawaj, Jess, tym razem skopiemy Kazarinie tyłek – wykrzyknął Dan, unosząc pięść.
   Skinęłam głową i już chciałam się podnosić, gdy zatrzymał nas kapitan Elright.
– Wolałbym, żeby Jessie została póki co w pałacu – oświadczył.


****

   Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje, choć jeszcze nic dziś nie zjadła. Podparła się ręką o zimną ścianę, dysząc ciężko i nawet nie próbując ocierać potu z czoła. Całe ciało ją bolało i piekło, jakby zostało zanurzone w lawie.
   Wiedziała, że trening będzie ciężki, ale nie przewidziała, że aż tak. Różnice w budowie ciał Ziemian a Gundalianów nastręczały jej dodatkowych problemów i jedynie posługiwanie się włócznią jako tako jej dziś wyszło.
– Tylko najsilniejsi mogą prezentować naszego władcę – usłyszała głos Airzela nad sobą. Odchyliła głowę. – Jesteś zdolna jeśli chodzi o bitwy bakuganów, ale słaba w kwestii fizycznej. Musisz to nadrobić.
   Skinęła głową, nie mając siły odpowiedzieć. Airzel patrzył na nią jeszcze przez chwilę, po czym oddalił się ku wyjściu. Odsunęła spocone włosy z czoła i podniosła się, krzywiąc, kiedy poczuła ukłucia z kilkunastu zadrapań na nogach.
   Powinna czuć frustrację i bardzo możliwe, że kłębiła się gdzieś w dnie jej duszy, jednak bardziej czuła dziwne niemal elektryzujące ciepło w dole brzucha. Podniosła dłonie. Skóra była miejscami poprzecinana, tu i tam dalej ciekła delikatnie krew.
– Nie ma łatwo, co nie? – powiedziała Zenet, która prawie opierała się podbródkiem o jej ramię.
    Obróciła głowę i spotkała się nią twarzą w twarz. Gundalianka zmarszczyła brew, widząc błysk w jej oczach
– To interesujące – powiedziała i zachichotała. – Pierwszy raz nie mogę nad czymś zapanować – Zacisnęła dłoń w pięść. – Pierwszy raz się tak czuję.
– Ha? – Zenet odsunęła się od niej. – O czym ty gadasz?
   Heather w odpowiedzi uśmiechnęła się szeroko. Zenet poczuła dreszcz zimny na plecach. Jak ona mogła wydawać się taka szczęśliwa? Co z nią było nie tak?!
– Czemu się uśmiechasz? – wyszeptała. Heather przechyliła głowę w bok. – Co w tym jest takiego zabawnego? – Dziewczyna dalej nie odpowiadała. Zacisnęła zęby, czując napływ złości. – Co jest z tobą nie tak?! – wrzasnęła. – Czemu stoisz tu poobijana i wyglądasz, jakbyś wreszcie znalazła szczęście?! Jesteś chora na łeb czy jesteś masochistką?!
– Och, nie musisz się tak drzeć – westchnęła Heather, rozkładając ręce. – Po prostu wreszcie to znalazłam – Jej oczy rozbłysły błyskiem szaleństwa. – Tyle nieprzewidywalności, wizja śmierci dyszącej nad karkiem, pełno niezbadanych scenariuszy. Nie sądzisz, że to ciekawe?
   Ciekawe? Ciekawe?! Zenet zaczęła się trząść. Dzień w dzień walczyła z dławiącym przerażeniem, dzień w dzień patrzyła, jak ich grupa się pomniejsza, a ta zachowuje się, jakby było to zaledwie coś na kształt widowiska w cyrku?!
– Ty też jesteś interesująca – słowa Heather sączyły się niczym jad. – Mimo że wszystko zaczęło iść nie po waszej myśli, desperacko trzymasz swoją maskę pewnej siebie, choć pewnie na co dzień masz ochotę ukryć się w najgłębszym kącie. Jesteś lojalna wobec tych, których się boisz i od których pragnęłabyś uciec. Ciekawi mnie to.
   Zenet miała wrażenie, że coś na moment ją opanowało, bo za nic nie mogła sobie przypomnieć, kiedy puściła lampion. Odzyskała jasność umysłu, dopiero gdy ujrzała głowę Heather odskakującą do tyłu i własna pięść lecącą ku dołowi. Zastygła, przez moment obserwując, jak Heather wznosi dłoń, dotyka palcem rozwalonej wargi, a potem znów się uśmiecha.
– Jesteś chora – wycedziła. – Nie masz zielonego pojęcia, jak tu się żyje, a zachowujesz się, jakbyś była ponad to. Nieważne, co sobie wymyśliłaś, tutaj nic ci się nie uda. Nie masz takiej siły.
   Heather wyprostowała się i zlizała krew z wargi.
– Jesteś pewna, że powinnaś mówić tak głośno?
   Chciała jej odszczekać, ale zdała sobie sprawę, że dziewczyna ma rację. Każde słowo rzucające cień na Cesarza było traktowane niczym zdrada. Ugryzła się więc w język i sięgnęła po upuszczoną latarnię. Otrzepała ją z kurzu.
– Chodź, zaprowadzę cię na posiłek – powiedziała, nawet na nią nie patrząc i ruszyła do wyjścia.
   Heather poszła za nią posłusznie, nie odzywając się już ani słowem. Zenet zerknęła na Contestira, który również wyglądał na mocno zaniepokojonego. Nie pierwszy raz miała do czynienia z zwichrowaną psychicznie osobą, w końcu Kazarina miała swoje momenty, jednak w tej dziewczynie było coś innego. Coś dużo gorszego.


****

   Koniec końców nadąsany, że nie dane było nam reaktywować duetu, Dan poleciał w parze z Jakiem, a Shun został z laskami, by przypilnować sytuacji. Ja natomiast udałam się tym razem na pogawędkę z kapitanem.
– Jest jakiś powód, dlaczego nie mogłam iść? – spytałam.
– Są i to dwa – potwierdził Elright. – Spectra poinformował mnie o wiadomości od Nurzaka i wspólnie  uznaliśmy, że lepiej będzie póki nie pokażesz się zwłaszcza Kazarinie na oczy.
   Brew mi drgnęła. Pomysł spoko i zrozumiały, ale ta blond pała oczywiście nawet się o nim nie zająknęła przed powrotem na Vestalię. Westchnęłam.
– A drugi?
– Czy mogłabyś pokazać mi swoją moc? – odparł pytaniem.
   Przechyliłam zdziwiona głowę, ale bez protestów uformowałam średniej wielkości purpurową kulę nad dłonią.
– Mogę jeszcze tworzyć niewielkie bariery lub przenosić przedmioty – dodałam. – Jednak co ma to do rzeczy?
   Elright gestem wskazał mi krzesło, po czym odwrócił się i zaczął pisać na klawiaturze. Pojawiło się nagranie wysokiego Gundalianina w ciemnych szatach o ciemnoszarych włosach do szyi, który wraz ze swoim bakuganem Darkusa niszczył okoliczne budynki Neathii. Obraz śnieżył, przez co z trudem dostrzegłam coś na kształt  miniaturowych ciemnych wyładowań elektrycznych skaczących po jego dłoni.
– Zauważyliśmy u niektórych Gundalian umiejętność do wytwarzania czegoś podobnego do piorunów – wyjaśnił Elright. – Są w stanie powalić kilku naszych żołnierzy na raz.
   Przełknęłam ślinę. A myślałam, że hipnoza Kazi to będzie największa przeszkoda.
– Jak dotąd stwierdziliśmy taką umiejętność u Barodiusa oraz jego prawej ręki Gilla – kontynuował. – I stąd też bierze się drugi powód. Neathianie tak nie potrafią, a obrona przed tym nie jest łatwa. Dlatego chciałbym spytać, czy twoja moc byłaby w stanie to zniszczyć lub stworzyć skuteczne bariery.
– Chciałabym zapewnić, że tak, ale ciężko mi stwierdzić – odparłam, patrząc na zapętlone nagranie. – Moja moc pochodzi od bakugana i nie zaprzeczę, że jest potężna, jednak nie wiem, jaka jest ich. Musiałabym zapytać Reiko, ona wie więcej ode mnie.
– W razie najgorszego scenariusza potrzebujemy czegoś, co obroni królową Serenę i świętą Kulę. Jeśli Barodius ją posiądzie...
   Reszta jego słów utonęła w rumorze wywołanym wstrząsem, który przebiegł przez cały pałac. Złapałam się rogu stołu, żeby sobie czasem zębów nie wybić, a Elright przejechał łokciem po klawiaturze. Gwałtowna fala ciepła rozpłynęła się po pomieszczeniu.
– Kapitanie! – Do środka wpadł jeden z żołnierzy. – Święta Kula wpadła w szał. Księżniczka Fabia i Marucho są w niebezpieczeństwie!





Udało mi się wrócić przed wybiciem 2 miesięcy, i'm so proud XDD Rozdziału tyle nie było, gdyż w sierpień miałam trochę wolny dom i grzechem byłoby tego nie wykorzystać, potem jakieś urodziny, wyjazdy i tak zleciało. A ten rok w szkółce to jest jakiś hit, mam tak dość i jeszcze wizja maturki ustnej psuje mi krew. Ehh no nic
Co do rozdziału to próbowałam tutaj trochę ująć załamanie Zenet (tak obejrzałam 20 odcinek XDD) no i kochaną Heather, z której coraz bardziej wychodzi jej psycho strona, Reszta to bajlando na Neathii, które idzie mi najgorzej, ehh
Odmeldowuje się!

środa, 7 sierpnia 2019

S2 Rozdział 35: Dwie księżniczki


   Omówienie reszty drużyny pierścienia w wersji gundaliańskiej, wyjaśnienie czym jest jakaś Święta Kulą, o którą w sumie toczyła się ta cała wojna i wycieczka po pałacu i okolicach, którą zafundował nam Dan zajęło dobre pół dnia. Gdy z niemałym trudem, gdyż zamek do małych i o łatwym rozkładzie nie należał, dotarłam do swojego pokoju, to miałam tylko siłę paść nosem na łyżko kryte jasnym baldachimem. Tępe pulsowanie w skroniach nieco osłabło, ale to może przez fakt, że zamknęłam oczy.
– Fludim, też się tu tak tragicznie czujesz? – mruknęłam,  zwijając się w kulkę.
– Trochę na początku, ale już mi przeszło – Przycupnął koło mnie na kołdrze. – Za to ty wyglądasz, jakbyś zaraz miała zwymiotować.
   Westchnęłam. Nie ma to jak przyzwoity komplement od bakugana. A jeszcze czekał mnie obiad, omówienie planów na najbliższy czas i to wszystko w towarzystwie tej dyplomatki od siedmiu boleści. Co prawda póki co jeszcze mnie nie wkurwiła ani nie sprawiła, że straciłam wiarę w Neathian, jednak podświadomie czułam, że to jedynie kwestia czasu.
   Syknęłam, czując, jakby kolejne igiełki wpiły się w skórę, rozsyłając fale bólu po całej czaszce.
– Aż tak cię boli? – zaniepokoił się.
– Gorzej niż jak Mira dała mi patelnią w twarz – odparłam. – Błagam, Fludi, leć do Shieny po przeciwbólowe, ona ma pewnie pół szpitala przy sobie.
– Dobra, a ty nie waż się mdleć! – rozkazał lekko spanikowanym głosem, podskoczył i jak strzała wystrzelił ku drzwiom. – I nie nazywaj mnie Fludi!
   Uśmiechnęłam się słabo, ale zaraz wykrzywiłam usta w kolejnym grymasie. Skąd się to brało? Dziewczynom, Gusowi i Spectrze nic nie było, więc to nie mógł być klimat ani nic w tym guście. Przewróciłam się na drugi bok i mój wzrok padł na szerokie lustro w błyszczącej ramie. A może to była kwestia domeny? W końcu Haos był przeciwieństwem Darkusa, a ta cała planeta wyglądała niemal jak utkana ze światła. No to się wybrałam, kuźwa, fantastyczny wybór, jeszcze się tu pochoruję.
   Rozległo się ciche pukanie, lecz nim zdołałam się podnieść, to Dan już wpadł do środka ze szklanką wody oraz jakimiś tabsami na talerzyku.
– Zupełnie zapomniałem, że możesz się słabo tu czuć – oznajmił i położył naczynia na szafce nocnej. – Jezu, umierasz?
– Dzięki, nie musiałeś – sarknęłam i ujęłam w palce żółtą podłużną tabletkę. Zmrużyłam powieki.  – Co to?
– Nie mam pojęcia, ale pielęgniarka powiedziała, że Heather pomogło.
   Dobra, nigdy nie otrułam się niczym na Vestalii, więc czemu tu miało być inaczej? Położyłam kapsułkę na języku i przełknęłam, wypijając całą szklankę. Miała lekki gorzkawy posmak zupełnie jak ziemskie leki. Niemal odczułam, jak te małe szpileczki wypadają z mojej głowy, a fale odpływają w siną dal. Odetchnęłam z ulgą.
– Dzięki, Dan.
  Kuso wyszczerzył zęby i dumnie wziął się pod boki.
– Serio?!
   Odwróciliśmy głowy ku Fludimowi, który z umęczoną miną z wszelkich sił próbował utrzymać opakowanie pigułek.
– To ja się tu męczę i przelatuję pół pałacu, a ty... – zaczął gderać.
– Tak, tak, wszyscy doceniamy twoje bohaterstwo – Uwolniłam go od ciężaru i rzuciłam tabletki na łóżko. – Ale na zawał mi zaraz nie zejdziesz, mam nadzieję?
   Burknął bardzo nieładny epitet pod moim adresem i odfrunął na poduszkę. Wywróciłam oczami i przeciągnęłam się.
– Tak ogólnie to jak wam się tu żyje? – zwróciłam się do Dana i wyjrzałam przez okna na błyszczący mur, który okalał bujny ogród.
– Jest świetnie! Mają zarąbiste żarcie, a Neathianie są strasznie mili – Wepchnął się koło mnie. –  Nie rozumiem, czemu Heather chce zniszczyć to miejsce – Oparł brodę o dłonie.
– Wątpię, by chciała zniszczyć Neathię – zauważyłam. – Jak mówiła Jane, ona to wszystko traktuje jak pokręconą formę rozrywki.
– Czyli może zrobić to samo z Gundalianami? Zdradzić ich, gdy tylko najdzie ją na to ochota? – Drago włączył się do rozmowy.
– Szczerze, to bym się nie zdziwiła. Choć pewnie ta cudna ropucha, z którą walczyliśmy, jej na to tak łatwo nie pozwoli.
– Wątpliwe jest też, że ją tak łatwo przyjmą.
   Zerknęłam przez ramię na Spectrę w towarzystwie Gusa, zduszając na języku uwagę o pukaniu. Jak tylko pojawiał się w nowych miejscach, to od razu jego osobowość „władcy absolutnego, robiącego co chce” wchodziła na pierwszy plan i nic nie dało się z tym zrobić. Bo patelni niestety nie wzięłam, a mogłam sobie zapisać, cholera jasna.
– Jak zrobią z niej swoją marionetkę, to też będzie przewalone, skoro pokonała Jake – westchnęłam.
– Najlepiej było ją dokładnie prześwietlić, zanim weszła w szeregi Wojowników – stwierdził z nutą kąśliwości Fermin, ale widząc minę Dana, zmienił temat. – Odkładając to na bok, to masz jakiś plan, Kuso? Kapitan Elright coś wspominał.
– No bo wiesz, od kiedy Gundalianie się wycofali, mamy większe pole do manewru – zaczął szatyn, a ja już podświadomie czułam, że coś walnie.
– Opracowałeś jakąś strategię ataku? – spytał Gus, robiąc wielkie oczy. Spectra i Helios również spojrzeli z zaciekawieniem.
– Eee... – Kuso uśmiechnął się. – A po co człowiek wymyślił improwizację, jak nie na takie okazje? Nie, Jess?
   Przybiłam z nim piątkę, zduszając śmiech na widok reakcji Vestalian, z których momentalnie wyparowała cała wiara w ludzkość. Grav klepnął się w czoło, kręcąc głową, Helios mruknął coś na kształt „głupoty się nie traci”, a Spectra zrobił tak zniesmaczoną minę, jakby dostał pod nos piekarskie popisy Miry doprawione porządną porcją węgla.
– Żadnych improwizacji – syknął przez zęby Keith, patrząc na mnie ostrzegawczo.
– Ehh a to czemu?
   Prawdopodobnie wejście Fabii uratowało naszą dwójkę przed godzinnym czytaniem w porządku alfabetycznym wszystkim spontanów zakończonych narobieniem cyrku stulecia. Swoją drogą niezły miałam dziś przemiał w tym pokoju, tylko czekać aż sama królowa zaszczyci mnie wizytą.
– Przeszkadzam? – spytała niepewnie, poprawiając grzywkę i stając w progu.
   Szybciutko przekalkulowałam, co bardziej się opłaca i pokręciłam głową.
– W takim razie mogłybyśmy porozmawiać w jakimś ustronnym miejscu, Jessie?
   He? Przesłyszałam się? Ona nie chce mnie wyciągnąć na rozmowę, nie? Jednak gdy spojrzała wyczekująco, nadzieję trafił szlag. Przytaknęłam i ruszyłam ku niej, rzucając zrozpaczony wzrok Spectrze. Cham mnie zignorował!
– Myślę, że w ogrodzie będzie najlepiej – powiedziała, kiedy wyszłyśmy na korytarz.
   Zgodziłam się natychmiastowo. Przynajmniej będę miała, gdzie ukryć jej zwłoki, jeśli coś odstawi.


****

 
     Czy u Gundalian im było się ważniejszym, tym brzydszym? Bo przynajmniej tak to wyglądało dla Heather, od kiedy weszła do sali tronowej, gdzie na ciemnym tronie zdobionym granatowymi klejnotami siedział osławiony cesarz Barodius. Uroku miał w sobie tyle co szerszeń, oczami mógł zamrozić duszę na kamień, a tuszę posiadał przyzwoitą, chyba że była to iluzja wywołała warstwami jego szat. Laska (albo Gundalian przypominający kobietę)  stojąca po jego prawym boku przez swoje wysoko postawione blond włosy od razu przywodziła na myśl brokuła, natomiast mężczyzna odziany w szkarłatne szaty wyglądał na takiego, co jest gotowy rozszarpać każdemu gardło. Przeurocze towarzystwo, nie ma co.
– Więc nazywasz się Heather, tak? – odezwał się wreszcie Barodius.
– Owszem – powiedziała, czując, że już ją kolano boli od klęku.
– I według Airzela chcesz do nas dołączyć?
– Owszem.
– A czemu mam ci uwierzyć? A nie uznać, że to kolejny podstęp Neathian i wtrącić cię do lochu?
   Podniosła głowę. Gundalianin wpatrywał się w nią z chłodnym zainteresowaniem, uderzając długimi palcami o podłokietnik. Wiedziała, że z każdej strony otaczają ich strażnicy i jedno niewłaściwe słowo mogło skończyć się dla niej tragicznie. Oblizała wargi, słysząc szum adrenaliny przepływającej przez żyły.
– Zadałam ich kapitanowi ogromne szkody oraz unieszkodliwiłam na kilka dni jednego z Wojowników – Jake’a. Gdyby to była tylko gra, to czy zadanie takich strat nie byłoby zbyt nieopłacalne?
– Czasami trzeba je ponieść, by osiągnąć pożądany efekt.
– To prawda, ale z największym szacunkiem – Przyłożyła dłoń do serca. – czy Neathianie tak miłujący pokój i prawość zgodziliby się skrzywdzić taką ilość swoich bakuganów tylko dla jednego podstępu?
– Hmm – Barodius przechylił głowę. – A jaki jest powód twojej chęci dołączenia do nas?
– Chcę ich zniszczyć – wyznała. – Patrzeć na te zrozpaczone twarze, które jeszcze do niedawna miały nadzieję. Słyszeć krzyki tych naiwnych Wojowników i móc się z tego śmiać. Zresztą – Uniosła kącik ust. – Czy Ciemność naprawdę może istnieć na planecie światła?
   Po jej słowach zapadła cisza. Cesarz przez chwilę świdrował ją wzrokiem, po czym podniósł rękę.
– Zenet!
– Tak, panie? – Z ogarniętego mrokiem kąta wyłoniła się zielonowłosa Gundalianka noszące na głowie coś na kształt żółtego beretu z czerwonym kryształem.
– Zaprowadź Heather do jakiegoś wolnego pokoju i przy okazji wytłumacz nasze zasady. A co do ciebie – Zwrócił się znów do niej. – Póki co dam ci szansę, jednak jeśli spróbujesz czegokolwiek, to będzie twój ostatni raz, gdy ujrzysz światło, rozumiemy się?
– Zrozumiałam i dziękuje bardzo – Skłoniła się, nim wstała i ruszyła za Gundalianką odprowadzaną spojrzeniami reszty sługusów Barodiusa.
   Widziała, że kompletnie jej nie ufał, ale z jakiegoś powodu pozwolił zostać. Pewnie cały pałac był wypełniony jego donosicielami lub jakimiś kamerami. Cóż, przynajmniej miał więcej oleju w głowie niż wszyscy Neathianie razem wzięci.
– Jesteś masochistką?
   Oderwała się od rozmyślań i spojrzała na Zenet, która szczerzyła zęby.
– Niby czemu?
– Żeby z własnej woli służyć Barodiusowi – sama, fiu fiu – zagwizdała. – Uważaj, by nie skończyć na stole Kazariny, bardzo nie lubi swoich rywalek.
– Zazdrosna czy zdaje sobie sprawę z własnej brzydoty?
  Zenet rozdziawiła usta i zamrugała kilka razy, nim wybuchła piskliwym chichotem. Heather skrzywiła się. Co w tym było takiego zabawnego?
– Serio masz coś z głową! – stwierdziła Gundalianka i zrobiła obrót na własnej pięcie, aż rękawy jej bluzki zafurkotały. – Żeby tak otwarcie hejtować jedną ze Zgromadzenia Dwunastu.
– A sama tego nie robisz?
– Więc ja mam swojego rodzaju ochronę – rzekła z tajemniczym uśmiechem.
  Heather uniosła brew, ale tego nie skomentowała, tylko rozejrzała się po korytarzu oświetlanym przez żyrandole rzucające limonkowe światło na ciemny marmur.
– Mam pokój gdzieś tu czy wreszcie mnie tam zaprowadzisz? – spytała lekko poirytowana.
   Zenet wywróciła teatralnie oczami, założyła ręce za głowę i ruszyła dalej.
– Zimna suka z ciebie, co?
   Heather poczuła, jak w środku zaczyna ją skręcać. Jeszcze ta wkurwiająca laska miała być jej przewodnikiem przez najbliższe dni? Zacisnęła dłoń w pięść i wzięła głęboki wdech. Wreszcie zatrzymały się przed drzwiami wykonanymi z czarnych desek. Zenet bezceremonialnie je kopnęła. Światło z korytarza oświetliło niewielkie wnętrze, które wypełniało jednoosobowe łóżko, okrągłe białe okno, fotel ze stolikiem i podłużną komodę. Po wejściu Heather uznała, że na Gundalii nie znali chyba ogrzewania, bo piździło przyzwoicie. Potarła się o ramiona.
– Tam masz łazienkę – Gundalianka wskazała na drzwi po lewej stronie. – Ciuchy przyniosę ci później.... Eeee...czegoś jeszcze ci trzeba?
– Nie – odparła krótko.
– Coż w takim razie rozgość się tu – Heather – chaan – przeciągnęła głoskę, szczerząc zęby w sztucznym uśmiechu. – Choć kto wie, ilu tu pomieszkasz.

  
****


   Ogród mieli bardzo ładny i zadbany, to trzeba Neathianom przyznać. Jednak poza tym pozytywów obecnej sytuacji brak. Choć powietrze czyste dobrze wpływa na płuca i ogólnie pracę mózgu. No to mamy już dwa plusy, cóż za postęp.
   A pomijając to, dlaczego wywlokła mnie na jakąś dziewczyńską pogadankę? A może chciała mnie wyjebać za zbity pysk, gdyż jakimś cudem telepatycznie odczytała moje myśli na jej temat? Choć gdyby posiadali telepatię, to nie doszłoby do tego całego cyrku. Z drugiej strony to Fabia ma ujemne iq, którym przebija już Shadowa i ma duże szanse przejąć podium póki co piastowany przez Zenka.
– Dlaczego chcesz nam pomóc? – spytała poważnym tonem, porzucając podziwianie habazi i wbijając we mnie twardy wzrok. Chyba chciała tą pozą pokazać, jaką to jest ważną i odpowiedzialną księżniczką, ale ja nigdy nie zapomnę jej fantastycznych popisów dyplomatycznych. Lepszej komedii – a raczej tragikomedii – dawno nie widziałam.
   A już nie skomentuję faktu, że odezwała się pierwszy raz od pięciu minut wejścia do ogrodu. Pewnie zbierała szare komórki rozproszone po mózgu czy coś takiego.
– Po prostu chcę dorwać Heather – odparłam.
– Czemu?
– Jak to czemu? – Rozłożyłam ręce. – Ponieważ wiem, że rozpęta chaos i wolałabym temu zapobiec, bo jednak Dan i inni mają dużo na głowie. Poza tym trzeba tej gówniarze wbić do łba, żeby nie tykała moich przyjaciół.
– Czyli nie obchodzi cię Neathia?
    Poczułam, jak zaczyna pulsować mi żyłka. Sepleniłam czy nie umyła uszu przy porannej toalecie?
– Pozbędę się stąd Heather, więc jakby nie było pośrednio pomogę wam. Ale jak pytasz o główny cel, to owszem, nie dbam o to.
    Fabia wciągnęła powietrze przez nozdrza, które lekko zadrgały, po czym westchnęła.
– Wiedziałam. Nie jesteś taka jak Wojownicy.
– Brawo za odkrycie – uśmiechnęłam się z drwiną.
– Więc czemu wydajesz się być ich częścią, chociaż tak bardzo się różnicie?
   Kurwa, ona sama się prosi, by wylądować dwa metry pod tymi chaszczami.
– Zdajesz sobie sprawę, że mimo innych światopoglądów można być przyjaciółmi? – Uniosłam brew. – Wspieramy się i pomagamy sobie nawzajem, nie ma tu głębszej filozofii – Przyjrzałam jej się spod zmrużonych powiek. Ślepa bym musiała być, by nie zauważyć, że mnie nie lubi, ale niech od mojej relacji z Wojownikami się odwali. – Swoją drogą czemu się tak wypytujesz, hm?
– Chciałam zobaczyć na własne oczy, jaka jest księżniczka Vestalii.
– Tylko z nazwy formalnej, władzę ma Rada – mruknęłam. – Chyba ci się niezbyt spodobałam, prawda?
– Wydawało mi się, że ktoś, kto przyjaźni się z Wojownikami i walczył z nimi w ramię w ramię, ma w sobie więcej dobroduszności oraz współczucia.
   Zdusiłam  w sobie śmiech, bo zaraz przed oczami pojawili mi się Hydron, Spectra, Gus, Maskarad i Klaus. Nie no sami świetni faceci, aniołki w ludzkiej skórze, nigdy nikomu nic nie zrobili, a w niedziele przeprowadzają staruszki przez jezdnię. Błagam, daj mi ktoś klej modelarski, zrobię przysługę wszechświatowi.
– Świat jest pełen zła. Lepiej, byś o tym pamiętała, gdy następnym razem pojawisz się gdzieś, szukając pomocy i nie będąc w stanie jej zdobyć bez pomocy innych, bo twoje umiejętności społeczne ssą – Podniosłam się z ławki i skłoniłam niczym francuska dama. – A teraz jeśli wybaczysz, to się oddalę, gdyż ta konwersacja prowadzi donikąd.
   Sheen przez chwilę miała minę, jakbym ją uderzyła, po czym schyliła głowę. Grzywka padła jej na oczy, kryjąc je w cieniu.
– Wiem, ile wszędzie jest zła. Widziałam je i doświadczyłam na własnej skórze – Zagryzła wargę. – Nie masz pojęcia, co Gundalianie nam zrobili. Co mi zrobili – W jej głosie pojawiła się wyższa nuta.
   Zerknęłam na nią, a potem przeniosłam wzrok na tatuaż na ramieniu.
– Ty też nie masz o mnie zielonego pojęcia – stwierdziłam spokojnie. – Zatem najlepiej jak nie będziemy wchodziły sobie w drogę i tyle.
   Waląc, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, obróciłam się na pięcie i wyszłam. Po jaką cholerę zaczęła to rozmowę, nie wiedziałam, ale ciśnienie ładnie mi podniosła, pieprzona. Zatrzymałam się przy spiralnych schodach, marszcząc brwi. Jak myśmy złaziły? Tędy?
– Zaraz będzie obiad w głównej Sali, nie masz co wracać do pokoju – Koło mnie magicznie pojawił się Keith. – Jak poszło?
– Nie dogadamy się nawet za milion lat – uznałam.
    Wywiesił oczy do góry, pewnie modląc się do Starożytnych, by dali mu siłę.
– Czemu?
– Cóż, dyplomatka wierzy, że trzeba mieć czyste intencje, jeśli komuś pomagasz i nie może przeboleć, że nie dbam o to – Machnęłam ręką w kierunku okna, skąd rozciągał się widok na okoliczne budynki. – No ale światło i mrok nigdy nie były dobrym połączeniem, czyż nie?

  



Wleciałam z 35, który musiałam napisać od początku, bo w pewnej chwili myślałam, że dostanę załamania nerwowego. Uznałam, że walę te odcinki, zrobię to po swojego, jak będzie mocno no - canon, trudno XDD Serio, nie mam siły wbijać sobie do łba charakteru każdej cholernej postaci. Jak którąś lubię, to będzie jej więcej, bo i jest dla mnie łatwiejsza (wyjątek to Kazia bo jest psycho i Fabia, bo wkurwia Jess XDD), reszta mnie wali, może zdechnąć, nie będzie mi przykro...Tak wylewam jad, ale serio nie cierpię tej serii, bo ciężko mi połączyć to z ockami. A co do rozdziału, to macie tutaj friendship (ta jasne) zielonych włosów i rozmowę dwóch księżniczek, w sumie krótką XD
Odmeldowuje się!