Kiedy zobaczyłam, jak wygląda rozwścieczony Spectra, to byłam blisko padnięcia na kolana i dziękowanie wszystkim bogom, że udało mi się od niego wywinąć. Jego twarz wykrzywiał okropny grymas, a w oczach gorzała furia. Mimo że wraz z Fludimem lewitowaliśmy dobry kawałek od niego, to i tak poczułam dreszcze, kiedy zamachnął się laserowym mieczem na Dana. Wyglądał, jakby naprawdę go chciał zabić. Nie było przesadą stwierdzić, że gdyby mnie dogonił po zdradzie Miry, to ukręciłby mi kark. Uroczy typek.
Teraz na szczęście było to tylko wspomnienie, bo wszystkim udało się uciec. Vexosi odmeldowali się do bliżej nieznanego wymiaru, Spectra i Gus to samo, a bakugany wreszcie mogły odetchnąć wolnością i spokojem. Znaczy przez jakieś cztery dni, bo ledwo udało mi się wrócić do domu, uspokoić jako tako rodzinę i zebrać opierdol stulecia od wszystkich przyjaciół po kolei, zadzwonił do mnie Dan. Swoją droga cholernie szybko udało mi się złapać wspólny język z całym towarzystwem, to jest Młodymi Wojownikami i Ruchem Oporu. Od razu pojęli, że ja się w tej całej imprezie pojawiłam nie do końca na własne życzenie, ale Vexosów to najchętniej powiesiłabym na suchej gałęzi. Wspólni wrogowie w końcu bardzo łączą.
– Ale co to znaczy, że ten król Zenon jakiś wybudował nowy system? – jęknęłam do telefonu, czując, że robi mi się słabiej.
Rodzice rzucili mi uważne spojrzenie znad książek, ale grzecznie nie przerwali.
– Zenoheld – poprawił mnie Kuso. – Starożytni dali nam moce domen, ale musimy ich mega strzec, bo jedna przegrana i jest nam odebrana. I one zasilają to BTS coś.
– To jaki macie plan? Da się to jako zniszczyć?
– Shun był na zwiadach i mówił, że cholera tkwi mocno w Vestroi. A i przy okazji straciliśmy jedną energię – wtrącił tak beztroskim tonem, jakby chodziło o jakiś świstek papieru, a nie morderczą broń.
Przysiadłam sobie, żeby się zaraz nie wywrócić z nerwów. Czułam, że rodzice coraz częściej na mnie zerkają.
– To dobrze wam tam idzie – zadrwiłam. – Ale jaki jest plan dalej?
– Póki Mira i Marucho lepiej nie przebadają tego całego systemu, to mamy zamiar schować się w jednym miejscu i liczyć, że Vexosi się nie zorientują, gdzie jesteśmy. W razie czego to zawsze razem łatwiej się bronić.
Pokiwałam głową. Lepsze to, niż jakby mieli ich próbować atakować.
– Dobra, tylko mam wrażenie, że czegoś ode mnie chcesz i średnio wiem czemu. Fludim niczego nie dostał, choć po tym info to pewnie nabawi się nerwicy.
Bakugan spojrzał na mnie spode łba. Zbyłam to machnięciem ręki.
– Widzisz, Jess, myślałam nad tym trochę – nagle po drugiej stronie odezwała się Mira. – I mam obawy, że w związku z tą twoją mocą możesz mieć nieproszonych gości.
Ścisnęło mnie w żołądku, ale starałam się nie okazać paniki.
– Vexosi nie wiedzą, że coś takiego mam.
– Nie byłabym taka pewna. Mój brat musiał o tym rozmawiać z Gusem i kto wie, czy Lync czegoś nie podsłuchał – wyjaśniła Mira. – Wtedy jeśli nie będą w stanie uzyskać mocy domen, mogą zacząć atakować ciebie. A nawet jeśli nie maja pojęcia, to Spectra i Gus wiedzą i boję się, że mogą to wykorzystać.
Wypuściłam wolno powietrze. Słowa Miry były logiczne i przez to nie wróżyły mi kolorowej przyszłości.
– Dlatego myślę, że rozsądne będzie, byś razem z nami udała się do Vestalii, do domu dobrego znajomego Wojowników. Razem będzie nam raźniej i bezpieczniej.
Tym oto sposobem pozostałą część wakacji miałam spędzić w wyjątkowo sporej i luksusowej rezydencji Klausa von Herztona. Rodzice oczywiście tak łatwo mnie nie chcieli puścić, ale zdolności dyplomatyczne miałam pierwszej klasy, dlatego w końcu się zgodzili pod warunkiem, że codziennie będę zadawała raport.
– I to tyle z tej mocy? – ni spytał ni stwierdził Ace, wyjmując łyżeczkę z ust.
Mijał tydzień od początku życia w tej wesołej komunie, gdzie lepiej poznałam całe towarzystwo. Już wcześniej im objaśniłam cały cyrk z bratem Miry, ale dopiero teraz Baron poprosił mnie, żebym im pokazała tą całą moc. Akurat siedzieliśmy nad niewielkim jeziorem, gdy uniosłam nieco prawą dłoń i skupiłam się, próbując sobie wyobrazić, jak ostatnio wyglądała. Zakręciło mi się w głowie, pot zrosił czoło, a mocy pojawiło się tyle, co kot napłakał. Owinęła się wokół moich palców niczym babie lato. Czułam, że lekko pulsuje, ale nawet nie byłam zdolna nią poruszyć. Jakim cudem wtedy mi się udało?
– Tyle – przyznałam. – Sama jej nie rozumiem ani nie wiem, skąd się wytrzasnęła – westchnęłam, wzruszając ramionami. – Ale Spectrę zainteresowała i mam problem.
– Na pewno ma potencjał – stwierdziła Mira, kiedy usiadłam. Podała mi szklankę z zimną lemoniadą. – Skoro Spectra pragnie podboju Vestalii i innych galaktyk, to każda siła mu się przyda.
Pociągnęłam dużego łyka i skinęłam głową. Nie wspomniałam im jedynie o tej dziwnej kobiecie? Istocie? Nie miałam nawet pojęcia, jak wyglądała. Musiała być z tym powiązana, ale nic mi to nie dawało.
– Ahh, jak bosko! - zamruczał Dan, wykładając się na kocu. – Potrzebowałem tej wyżerki!
– Wrąbałeś połowę całego prowiantu – wytknął Ace. – Gdzie ty to mieścisz?
– Wojownik musi dużo jeść! Daje mi to siły!
– Raczej masła na brodzie – zripostował Grit i podniósł się, strzykając kośćmi. – Vexosi nie śpieszą się coś.
– I bardzo dobrze! – zawołałyśmy z Mirą.
– Ale przez to nasze zmysły się przytępiają.
– Życie to nie ciągłą walka, Ace – upomniała go Mira. – Wilda i reszta też zasługują na spokój.
– Jak chcesz to ja mogę z tobą zagrać mały meczyk – zaoferowałam. – Co ty na to Fludim?
– Zawsze jestem chętny!
Nie było nam jednak dane powalczyć, bo przez cały teren poniósł się alarm. Poderwaliśmy się na równe nogi, a Mira lekko pobladła i wycelowała palcem w niebo. Nad dachem zmaku unosił się ogromny transportowiec w barwie ciemnego wina. Od razu przypomniało mi się, że takim zwiał Spectra i się spięłam.
– Cholera – syknął Ace.
– Jak mnie tu zobaczy, to kaplica – jęknęłam. – Muszę się schować.
Byłam gotowa rzucić się główką do jeziora, byle uniknąć konfrontacji z tym wariatem. Tylko gdzie oni byli?! Obejrzałam się dookoła, lecz widziałam tylko wysokie drzewa, krzewy i błyszczącą taflę wody.
– Moi drodzy, mam ich na oku cały czas – głos Klausa dobiegł nas z gantletu Miry. – Spectra i Gus znajdują się na przednim dziedzińcu. Biegnijcie tam, a ty Jessico proszę, idź tylną ścieżką, wtedy nikt cię nie zauważy.
Skinęłam głową i wymieniłam spojrzenie z Danem.
– Skopię mu dupę i wrócimy do pikniku – obiecał, unosząc kciuk.
Po tym odbiegliśmy w przeciwne strony.
****
Przy kolacji Dan przechwalał się swoją, Miry i Marucho wygraną. Machał przy tym tak energicznie widelcem, aż jego kawałek kurczaka wpadł do filiżanki Shuna. Kazami za to obdarzył go pełnym niesmaku spojrzeniem i ostentacyjnie odsunął ją od siebie, natomiast Ace’a prychnął śmiechem prosto w talerz. Mira próbowała opieprzyć jednego i drugiego, ale mało ją słuchali. Klaus za to miał cierpliwość anielską i udawał, że jest ślepy na wszystko, oddając się w pełni rozmowie z Marucho.
Ja za to dziobałam ciastko, ale nie miałam żadnego apetytu. Zachowanie Spectry gryzło mi się z tym, co o nim wiedziałam. Tak o zgodził się na walkę przeciw trzem bakuganom? Po co? I jeszcze wyciągnął te swoje sztuczne bakugany… A na koniec zniknąłby, jakby nigdy nic. Jaki tu był plan? On zawsze jakiś miał!
Lekko drgnęłam, gdy Klaus stuknął łyżeczką o filiżankę.
– Moi drodzy, muszą was poinformować, że za dwa dni w mojej rezydencji odbędzie się niewielkie przyjęcie dla moich inwestorów i wspólników fundacji. Piętnaście osób.
– Jak to przyjęcie? – spytał Shun. – A co jeśli jakiś Vexos lub Spectra tutaj przenikną? Nie da się tego przenieść?
– Alarm na wtargnięcia z zewnątrz ciągle działa. Moi goście przybędą tylko przez ustalony węzeł teleportacyjny – wyjaśnił Klaus. – Przykro mi, ale nie mogę tego odwołać. Ogłosiłem to już jakiś czas temu i zmiana daty w ostatniej chwili będzie wyglądała podejrzanie.
Byłam podobnie zaniepokojona co Shun. Nawet jeśli nikt z wymienionych nie może wejść bezpośrednio, to jaka była gwarancja, że nie pojawi się jakiś ich szpieg?
– Kochani, oczywiście jesteście zaproszeni, jednak rozumiem, jeśli nie chcecie uczestniczyć. Bankiet odbędzie się na parterze, więc reszta pięter zostaje do waszej dyspozycji, żaden z gości nie będzie mógł tam wejść.
– Poza tym Vexosi i Spectra tak wiedzą już, gdzie jesteśmy! – zauważył Dan, a ust wypadło mu parę okruszków. – Więc możemy się rozerwać!
– No nie wiem – zasępił się Shun.
– Przecież nas nie zaatakują na sali pełnej ludzi!
– Oni raczej nie mają hamulców, Dan – odparł Marucho.
– Ja na pewno wolę zostać w pokoju – oświadczyłam. – Nie mam coś szczęścia do ludzi.
– Taktu też nie – mruknął Fludim, za co go pstryknęłam.
Reszta zadecydowała, że każdy zrobi po swojemu w dniu przyjęcie. No z wyjątkiem Dana, któremu wizja szwedzkiego stołu przykryła wszystko.
****
– Na pewno nie idziesz?
Oderwałam wzrok od książki i przeniosłam go na Mirę. Przebrała się w długą suknie w odcieniu butelkowej zieleni. Ja za to od dobrej godziny paradowałam w piżamie z długimi, luźnymi spodniami.
– Podziękuje, nie lubię takich oficjalnych imprez – odparłam.
– A Klaus załatwił ci taką ładną sukienkę.
– Założę ją z radością, jak ten król Zenon i Vexosi kopną w kalendarz – obiecałam, uśmiechając się. – Leć się baw, ja mam co robić - Uniosłam opasłe tomisko.
Uległa i zeszła na parter. Tak jak Klaus obiecał, na piętro dało się dostać tylko przez dwoje drzwi, każde zabezpieczone kodem, który tylko my znaliśmy. Na górze zostali jeszcze Shun i Ace’e. Wobec takich środków ostrożności powinnam czuć się w pełni bezpieczna, ale nie umiałam się zrelaksować.
– Nic nam nie będzie, Jess – mruknął Fludim. – Spectra nie ma pojęcia, gdzie jesteś. Wątpię, że w ogóle cię szuka, Mira wolała cię tylko dodatkowo zabezpieczyć.
– Przypominam, że mówimy o psychopacie, który za nic ma życie bakuganów i miał zamiar zniszczyć rodzinę królewską – powiedziałam, wtulając się głębiej w fotel. – Pamiętasz przecież co powiedział, nie? Mojej mocy zawsze może użyć. Co więcej teraz jest w takiej sytuacji, że idealnie bym mu się przydała. Skoro nie ma rdzenia, a Vexosi go zdradzili.
Na to bakugan nie miał odpowiedzi, dlatego porzuciliśmy temat. Książka na trochę pochłonęła moją uwagę, ale w końcu zaczęłam czuć ból głowy. Pewnie stres tak się na mnie odbijał, dlatego wsadziłam ją pod pachę i wróciłam do pokoju. Wzięłam jakiś vestaliański proszek, porządnie zaryglowałam balkon i położyłam się. Przez dłuższą chwilę leżałam, starając się nie myśleć o niczym konkretnym. Nawet nie byłam śpiąca, pragnęłam tylko, by ból ustąpił.
Fioletowa struga mocy owinęła się wokół mojej ręki, a potem wyszarpnęła się do przodu. Towarzyszyło temu uczucie, jakby coś zostało ze mnie wyrwane. Zakrztusiłam i zatoczyłam, a dłonie powiodły po ciemności, szukając oparcia.
Wtedy ktoś się zaśmiał.
– Naprawdę myślałaś, że ci jej nie odbiorę?
Oko przybrało kolor szkarłatu niczym u demona.
Otworzyłam oczy i wypuściłam powietrze. Serce szybko mi biło, gdy się podnosiłam i ogarnęłam wzrokiem pokój. Wszystko było na swoim miejscu. Fludim drzemał na szafce nocnej, a palce zaciskałam na okładce książki. Wyglądało, że zaczęłam popadać w paranoję.
Wyjrzałam przez okno. Vestaliańskie wieżowce błyskały kolorowo w oddali, co rzucało refleksy na powierzchnię wody. Gdy wyszłam z pokoju, żeby przejść się po szklankę wody i coś słodkiego na nerwy, usłyszałam przytłumione dźwięki muzyki. Była ledwo dwudziesta trzecia, bankiet musiał trwać w najlepsze. Przystanęłam przy drzwiach do pokoju Shuna. Po chwili zawahania zapukałam. Odpowiedziała mi cisza. Poczułam, jak robi mi się cieplej i zapukałam do Ace’a. Brak odpowiedzi.
Serce mi przyśpieszyło, a w ustach poczułam smak paniki. Wtedy dobiegło mnie głośne chrapnięcie z wnętrza, na co odetchnęłam głęboko.
Naprawdę było coraz gorzej ze mną. Terapia by się przydała, a rachunki potem wysłać na konto Spectry.
Po powrocie do pokoju zdecydowałam się chwilę posiedzieć na balkonie w grubym szlafroku. Adrenalina dalej szumiała w moich żyłach, dlatego sen odpadał. Oparłam się o barierkę, oddychając chłodnym powietrzem. Słodkie tony skrzypiec niosły się przez noc. Przez moment poczułam się serio jak na wakacjach. Kilka minut poźniej przebiegł mnie dreszcz, więc uznałam, że czas wracać. Odsunęłam drzwi i zamarłam.
Spectra obracał w palcach Fludima, siedząc na moim łóżku. Ścisnęło mnie w środku, aż zabolało. Nie byłam zdolna do żadnej logicznej myśli ani czynu. Nie czułam, jak zimne powietrze bucha w moje plecy, byłam zdolna jedynie wbijać wzrok w Phantoma.
– Krzyknij, a nigdy więcej nie zobaczysz swojego drogiego przyjaciela – oznajmił, przenosząc w końcu na mnie wzrok. Był w nim czysty lód.
Gardło miałam tak ściśnięte, że wątpiłam, że byłabym w stanie. Musiałam mu odebrać Fludima. Fludim, Fludim, Fludim…
– Zamknij balkon z łaski swojej, przeziębisz się – jego głos był pełen fałszywej troski.
Nie spuściłam z niego oka ani na sekundę, wykonując polecenie. Drzwi cicho kliknęły.
– Czego chcesz? – wydusiłam mało inteligentnie, ale na nic lepszego nie było mnie stać.
Znajdował się może cztery duże kroki ode mnie. Gusa nie było w pokoju, pewnie stał pod drzwiami albo cztował gdzieś w pobliżu.
Co robić, co robić, co robić…
– Chyba już ci kiedyś powiedziałem – Podniósł Fludima, który bezskutecznie próbował się wyrwać spomiędzy jego palców. – Bardzo dobitnie.
– Też ci wyraźnie powiedziałam, co myślę – syknęłam.
Wskazał dłonią na fotel tuż koło łóżka.
– Przecież możemy o tym porozmawiać jak cywilizowani ludzie. Co sądzisz, Jessica? Czy może wolisz, bym cię stąd wywlekł?
Bez słowa przesunęłam się do fotela, gdy mój wzrok prześlizgnął się po opasłej księdze tuż koło oparcia. Zaklinając do Starożytnych, by choć raz udało mi się trafić, złapałam ją szybkim ruchem i cisnęłam prosto w nadgarstek Spectry. Ten chyba przecenił moją panikę, bo zdołałam wytrącić Fludima z jego ręki. Rzuciłam się, łapiąc bakugana i przetaczając się na druga stronę łóżka. Na tym moje szczęście się kończyło, bo pod ręką nie miałam już nic do obrony, a drzwi były zamknięte.
– ACE, BUDŹ SIĘ CHOLERA JASNA! – wydarłam się z nędzną nadzieją, że go to jakoś ocknie mimo grubych ścian, przyciskając Fludima mocno do siebie.
Spectra za to nie ruszył się ze swojego miejsca. Rozmasowywał wolno nadgarstek, nawet na mnie nie patrząc. Tak to panowało zupełna cisza. Serce dudniło mi tak szybko, jakby zaraz miało wyrwać się z piersi. W głowie miałam prawdziwą karuzelę, aż wezbrało mnie na mdłości. Miałam tylko nadzieję, że przypadkiem nie zwrócę zaraz kolacji, bo to będzie mój ewidentny koniec, a zwłoki znajdą na dnie jeziora za kilkanaście lat.
– Czyli wolisz drugą opcję – stwierdził bezbarwnym głosem.
Machnął nieuszkodzoną ręką, z której wysunął się ten przeklęty świetlisty miecz. Z braku lepszej opcji zaczęłam łomotać w drzwi, bo żadnej innej drogi ucieczki nie miałam. Nagle obraz przed oczami mi zawirował, a wokół lewej dłoni zebrała się ta cała moc w formie postrzępionej mgiełki.
– Czyli reaguje na strach – Spectra zerknął na moją dłoń, po czym eleganckim ruchem wzniósł ostrze, aż zatrzymało się blisko mojej skroni. – To bardzo dobrze się składa, bo wygląda, że raczej się mnie boisz, czyż nie, Jessica?
– Dziwisz się? – jęknęłam.
– Gorzej dla ciebie – skwitował jedynie. – Nikt po ciebie nie przyjdzie, nie łudź się.
– Odpierdol się w końcu ode mnie, na litość domen!
Zignorował to i wyciągnął wolną rękę, dalej nie spuszczając ostrza.
– Nie jestem zwolennikiem przemocy – oznajmił uprzejmym tonem. – Więc teleportujesz się ze mną czy mam użyć siły?
Było mi coraz słabiej, a jednocześnie gorąco. Od chłopaka biła taka aura, że szło się udusić ze stresu i nie słyszałam, żeby ktoś usłyszał, co tu się działo. Spectra musiał namieszać w systemie za poprzedniej wizyty. Fizycznie nie miałam z nim żadnych szans w starciu.
Zrezygnowana podałam mu dłoń.
****
Pomieszczenie, w którym się znalazłam, było wysokie i przypominało jakąś halę towarową. Spectra wyłączył to laserowe cholerstwo i mnie puścił. Rozejrzałam się, ale byłam tak oszołomiona, że z trudem zarejestrowałam Gusa stojącego koło rozsuwanych drzwi. Chciało mi się wymiotować, nogi mi drżały, a całe ciało pokrywał zimny pot.
– Chodź, Jessica, też chcę się dziś jeszcze położyć – rzekł Spectra i ruszył w stronę wyjścia.
Ruszyłam za nim, w ciągu dalszym mocno trzymając Fludima. Już wolałam oberwać, niż dać im go tknąć.
Na korytarzach panował ziąb, bo mimo grubej piżamy i szlafroka przebiegły mnie dreszcze. Statek zdawał się ogromny z zewnątrz, a jego wnętrze to potwierdzało. Z łatwością można by tu upchnąć pół mojego osiedla i jeszcze byłoby miejsce.
– Muszę przyznać, że nie przewidziałem, że dogadasz się z Mirą – odezwał się nagle. – Wydawałaś się kompletnie nie ufać nikomu.
– Połączyłam sobie kropki, kim jest – odparłam. – Musiałam zaryzykować.
Zerknął na mnie przez ramię.
– A i tak wróciłaś do punktu wyjścia – zakpił.
Zacisnęłam szczęki, zduszając warknięcie. Gus wystukał kod w klawiaturze koło drzwi, by się rozsunęły.
– Panie przodem.
Panika już zelżała i zaczęła mnie ogarniać irytacja na ten podszyty drwiną ton. Wlazłam do środka, starając się omijać tych dwóch wariatów jak największym łukiem. Po przekroczeniu progu od razu wyczułam, ze coś jest nie tak. Tym razem moim oczom ukazały się dużo większe wersje tub, w jakich wcześniej widziałam Shuna i resztę. W środku spoczywały dwa bakugany, jeden z domeny Haosu a drugi Aqousa. Ale coś mi nie pasowało w ich ekspresji. Była kompletnie pozbawiona emocji, jakbym patrzyła na lalki.
– Razem z Gusem udało nam się wytworzyć specjalną kartę, która wymusza ewolucję. Przetestowaliśmy ją na tej dwójce – objaśnił Spectra.
– Jak ta z Drago? – spytałam, bo Dan zdążył mi opowiedzieć o tamtym pokazie okrucieństwa.
– Nawet lepsza, gdyż nie wymaga posiadania mocy rdzenia – odparł i stanął nieprzyjemnie blisko mnie. Przesunęłam się w bok. – Tylko widzisz, Jessico. Ceną za tak szybką przemianę jest to, co można nazwać esencją bycia. Ani Elico ani Brontes nie pamiętają o swoich poprzednich partnerach czy nawet wcześniejszym życiu.
– Och, to akurat identyczne, co zrobiłeś z Drago – syknęłam, mrużąc oczy. – Co w związku z tym?
– Spróbuj durnych sztuczek, a twój Fludim będzie kolejny. To całkiem silny bakugan, więc przydałby się w moim arsenale. Wyraziłem się jasno?
– Jak najbardziej – powiedziałam krótko.
Na szczęście odszedł ode mnie kawałek i nakazał Gusowi obranie jakiegoś kursu. Wymienił ciąg współrzędnych, ale za nic ich nie zrozumiałam.
– Po co to wszystko? – spytałam zmęczonym głosem. – Vexosi i ten wasz król jakiśtam nie wiedzą, że ja mam tą moc! Poza tym jak sam widziałeś, ona mi mało daje, więc jak ma ci pomóc? Po cholerę mnie w to mieszasz?!
Ponownie się uśmiechnął i odwrócił głowę do tuby z bakuganem Aquosa. Coś wcisnął, na co bakugan cicho zajęczał. Drgnęłam, biorąc krok w tył.
– Owszem, nie wiedzą, ale zastanówmy się na moment. Wiedzą, gdzie są Wojownicy, dlatego wzrasta ryzyko, że zauważą też ciebie, a ta twoja umiejętność jest dość nieprzewidywalna. Nie będę ryzykował, że Zenoheld czy doktor Fermin się zorientują, jak przydatna możesz być – zaczął tłumaczyć, nie patrząc na mnie. – Nie zapomniałaś chyba, co zrobiłaś po tym, jak Mira mnie zdradziła? Nie był to mały wybuch, rozsadziło dobry kawałek podłogi. A na pewno ma większy potencjał. Może nie na walki przeciw bakuganow, ale ludzie?
Przez cały czas mówił tak jakbym była tylko ta mocą, co sprawiło, że zrobiło mi się niedobrze. Dla niego byłam bardziej narzędziem niczym te biedne bakugany niż istotą ludzką.
– Dowiem się, do czego jest zdolna, a twoja wola nie ma zbyt wielkiego znaczenia – kontynuował.
Przełknęłam ślinę, woląc sobie nie wyobrażać, co mnie czekało. Puste twarze bakuganów zdawały się przepowiadać mój los. Zabrakło mi słów czy jakieś riposty. Phantom był po prostu chory na łeb. Jeśli jakimś cudem Wojownicy albo ta istota mi nie pomogą, to nie wiem, jak skończę. I dobrze będzie jak w jednym kawałku.
Chyba moje milczenie go zdziwiło, bo w końcu na mnie zerknął.
– Oczekiwałem po tobie żywszej konwersacji.
Prychnęłam.
– A co mam ci powiedzieć? Nie mam tu za dużo do gadania – Rozłożyłam ręce. – Tylko co dalej? Mam opanować tą moc? Zabierzesz ją sobie, a co wtedy ze mną?
– Jak da się ją odseparować, to powinnaś się cieszyć, bo wtedy nie będziesz mi już potrzebna.
– Nie brzmi to zbyt dobrze – pozwoliłam sobie wytknąć. – Zupełnie jakbyś miał mnie wypchnąć z tego statku prosto w kosmos.
– Wyślę cię na Ziemię – mruknął.
Nie wiedziałam, czy to miała być jakaś próba ułagodzenia mnie, ale za grosz mu nie ufałam. Nasłuchałam się wystarczająco o jego osobie.
– Dużo łaski jak na kogoś zdolnego do manipulacji własną rodziną – zauważyłam cierpko.
– Więcej gwarancji niż moje słowa nie dostaniesz – wzruszył ramionami. – We wschodniej części znajdują się pokoje gościnne, weź sobie, jaki chcesz, powinny być tam też jakieś ubrania.
– I to tyle? – Uniosłam brew.
– Nie uciekniesz stąd. Statek należy do mnie, ty nie znasz technologii, a ja mam oczy wszędzie. Nikt ci nie pomoże. Jak będę cię potrzebował, to znajdę cię, uwierz.
Och, nie musiał mnie o tym zapewniać. Nie byłam zdolna już nic wskórać, więc rzuciłam ostatnie spojrzenie na bakugany i się obróciłam. Sytuacja była chujowa, ale mój organizm potrzebował choćby chwili snu.
– Ach, jeszcze jedno.
Zatrzymałam się wpół kroku, a na moje ręce spłynęła sukienka, którą dostałam od Klausa. Żołądek mi wywróciło na widok granatowej, miękkiej tkaniny. Spectra objął mnie za ramię, przysuwając usta bliżej ucha. Wygięłam szyję jak najdalej w przeciwną stronę.
– Mówiłaś mojej siostrze, że ubierzesz ją, gdy pozbędę się Vexosów. Więc ci ją zabrałem.
– Jak mnie zaraz nie puścisz, to przysięgam, zwymiotuję ci na buty – wycedziłam.
Ledwo to zrobił, ewakuowałam się na korytarz, przyciskając suknię do piersi.
***
Gdyby zignorować fakt bycia zakładnikiem na statku dwóch niedoszłych pacjentów psychiatryka, to mój żywot mogłabym ocenić na całkiem znośny. Przynajmniej przez minione trzy dni. Statek był naprawdę wielki, dlatego łatwo mogłam unikać wpadania na Gusa i Spectrę. Oni zresztą specjalnie nie zwracali sobie mną głowy i chyba nawet na rękę im było, że sama wszędzie grzebałam. Koło pokoju, który wzięłam za własny, znalazłam kuchnię z jakimś suchym prowiantem i chyba owocami (w smaku były słodkie) . Ubrania też się trafiły, choć wymagały drobnych modyfikacji, bo zazwyczaj były męskie. Statek był też doskonale wyposażony, praktycznie samowystarczalny. Podczas włóczenia się natrafiłam nawet na poletka nieznanych mi warzyw i ziół oraz wielkie cylindry prawdopodobnie z paliwem. Dlatego odpadała szansa jakiegokolwiek postoju na Vestalii czy Ziemi. Zresztą co za różnica, skoro mieli tutaj nawet teleporty i mogli się przenosić w razie potrzeby. Oczywiście wszelkie sprzęty, którymi mogłabym się posłużyć do ucieczki, znajdowały za zablokowanymi drzwiami. Tutaj nawet się nie łudziłam, że znajdę hasło.
Fludim starał się podnosić mnie na duchu, ale nie było się co czarować, położenie było tragiczne. Mogłam jakoś spróbować zwiać na Ziemię, Vestalię czy Vestroię ale jak to zrobić w cholernym kosmosie? Przez większość czasu widziałam z okien głównie ciemność. Szybciej to się nabawię niedoborów witamy D niż stąd ucieknę!
Dobre jaja to też była moja „współpraca” ze Spectrą. Nie byłam samobójcą, żeby próbować się wymigać i posłusznie przychodziłam, gdy czegoś chciał. Póki co głównie były to tylko jakieś testy i pomiary, ale gdy zadawał mi pytania, to stawałam się piramidalną idiotką. Naukowcem nie byłam, miałam prawo nie rozumieć tego żargonu i bezczelnie z tego korzystałam. Widziałam, że szlag go brał, gdy musiał mi cokolwiek objaśniać w prostszych słowach, a ja wlepiałam w niego ślepia jak tępa krowa. Oczywiście robiłam to do pewnego limitu, bo dalej wzbudzał we mnie strach i nie chciałam go zbyt wkurzyć. Z rozrywek to było tyle, gdyż Gus wziął sobie za punkt honoru zupełne ignorowanie mnie. Życie z dwójką pierdolniętych to był teraz mój los.
W ciągu tego szaleństwa, doszłam do smutnego wniosku, że jedyną szansą na zawinięcie się stąd, było szybsze opanowanie tej mocy, niż zauważyłby to Spectra. Ale to rodziło takie problemy, jak miejsce czy czas. Oni zawsze wiedzieli, gdzie jestem i co robię, a ja nie. Już olewałam oko kamer, bo zupełnie bym zwariowała. Jedynym miejscem, gdzie nie powinno ich być, była łazienka. Tylko jak miałam tam cokolwiek ćwiczyć i nawet nie wiedząc jak?
– Zabranie tej mocy to będzie katastrofa, Jess – wyszeptał mi do ucha Fludim, kiedy położyłam się po pracowitym dniu gotowania, przerabianie ubrań i liczenia ile razy coś huknęło w laboratorium.
– A to ci nowość – westchnęłam.
Tak jak Phantom zauważyłam, że moc odpalała się, gdy odczuwałam intensywny strach. Ale pojawiła się również, gdy po prostu poczułam złość. Więc może odpowiedzią były silne emocje? Jeśli uznać to za prawidłowe, to jak zyskać nad nią jakąkolwiek kontrolę w takim stanie?
– Jego żądza potęgi przypomina mi tego cholernego Nagę – dodał jeszcze i ułożył się koło mojej głowy.
Wczesnym rankiem obrzuciłam Gusa wyjątkowo zniesmaczonym spojrzeniem, kiedy wparował zaraz po dwóch puknięciach. Nawet dobrze się nie przecknęłam, gdy zaczął coś do mnie mówić, przesuwać sprzęty w pokoju i rzucać dookoła jakieś rzeczy. Przeciągnęłam się, próbując zmusić do przytomności.
– Szybciej się ruszaj, weź suplementy i zbieraj. Muszę to dziś załatwić.
Nawet nie próbowałam dopytywać, o co mu chodziło. Wtedy zacząłby swoje jojczenie, od którego pękała głowa. Gus skinął głową, gdy wreszcie się podniosłam, wskazał gestem na komodę a potem na drzwi.
– Poczekam przed pokojem.
Wyszedł.
– Czego chciał? – mruknęłam i podeszłam zobaczyć, co przyniósł.
W niewielkim plastikowym opakowaniu spoczywało parę niewielkich tabletek bardzo przypominających suplementy, a obok stała papierowa torba na ubrania. Brwi podjechały mi wysoko, kiedy wyciągnęłam z nich proste ale zdecydowanie ziemskie rzeczy i to w damskim kroju. Co to był za pokaz dobroci?
– Wspominał coś, że masz mu pomóc przetestować karty, bo mistrz jest zajęty. A to prezent, więc masz traktować z szacunkiem.
Z prawdziwą ulgą przebrałam się w eleganckie spodnie i fioletową bluzkę. W ciuchach vestalaińskich czułam się wybitnie nie na miejscu. Suplementów wolałam na tykać, bo cholera wiedziała, co to tak naprawdę było. Może i nie trucizna, ale oni nie mieli po kolei w głowie i mogli wepchnąć tam inne dziwne środki.
Szczęśliwie Gus nic nie powiedział, gdy do niego dołączyłam, tylko powiódł mnie do jednej z wielkich hal, jakich było kilkanaście na statku.
– Sprawdzamy tylko karty, nie musisz umieć walczyć Aquosem – odezwał się w końcu, rzucając mi błękitną kulkę.
Nie powinno mnie dziwić bezduszne traktowanie bakuganów przez byłych Vexosów, ale i tak nie umiałam zrozumieć, jak byli do tego zdolni, a jednocześnie dbali o swoich partnerów. I czy ten cały Vulcan wolał to ignorować?
– Gantlet ci nie pomoże – dodał jeszcze, podając sprzęt.
Miał tak poirytowaną minę, jakbym była jakąś ciężką do usunięcia plamą na jego płaszczu. Przechyliłam lekko głowę, a na usta wpłynął mi lekki uśmiech.
– Czy mam to uznać za zazdrość, że twój kochany idol nie poświęca ci całej uwagi?
– Słucham?!
– Bo tak się zachowujesz – Rozłożyłam ręce. – Przywlekliście mnie tutaj wbrew mojej woli, a jeszcze masz czelność stroić miny. Ze skargami to do upierzonego, nie do mnie – Wskazałam korytarz.
– Twoja moc jest ważna, ty to sprawa drugorzędna – wycedził. – Potrzebuje zrobić te testy, a ty mi pomożesz, zanim się zdenerwuje.
– Przerażające – Przewróciłam oczami i załadowałam kartę. – No dawaj, lokowany.
Widziałam, jak siłą zdusił jakąś uwagę i też odpalił gantlet, po czym wyrzucił kartę pola, a za nią bakugana o wyglądzie pajacyka. Elico był lekki, ale dziwnie ważył mi na dłoni, kiedy go podrzuciłam. Nie chciałam przykładać ręki do ich cierpienia, ale z drugiej strony musiałam zacząć zdobywać jakieś informację, co oni tak naprawdę planowali.
Elico: 700g
Brontes: 700g
Już mi się to nie spodobało. Poza Drago nigdy nie widziałam bakugana z tak wysokim wyjściowym poziomem mocy.
Gus użył jakiejś karty, która sprawiała, że Brontes przywołał złota kostkę do gry. Obracała się szaleńczo, ale oprócz dodania stu punktów do mocy nie wywołała większych efektów.
– Kurwa! – warknął Grav i wyciągnął inną. Nie przypominała z wyglądu kart supermocy. – Nova X.
Bakugan wzdrygnął się, kiedy całego jego ciało objęły błękitne łańcuchy. Po chwili wtopiły się się w skórę, na co zadygotał. Cofnęłam się o krok, a potem o kolejny.
– Sukinsyn! – wysyczał Fludim. – Znowu wymusza ewolucję.
Elico zdawał się nawet nie dostrzegać koszmarnego spektaklu przed sobą. Wpatrywał się tępo w przestrzeń, czekając na jakąś komendę.
–V..vo-olt – wyjęczał Brontes, kiedy objęło go światło.
– Zabijesz go! – krzyknełąm.
Gus wzruszył ramionami.
– Zbyt słaby i tak się nie przyda w naszych planach.
Miałam wrażenie, że usłyszałam, jak coś gdzie pęka, po czym mroczki eksplodowały mi przed oczyma. Odczułam już znajomą mi lekkość, po czym gorąco. Kątem oka złapałam jeszcze, jak fioletowa wiązka śmignęła w powietrzu, uderzając gdzieś nad naszymi głowami. Zatoczyłam się, czując, jak żółć podchodzi mi do gardła.
Liście szumiały, a gałęzie wyginały się pod wpływem wiatru. Wszystko było w chromatycznych barwach. Mężczyzna przechylił głowę. Jego twarz zdawała się być nieprzenikniona, ale w spojrzeniu czarnych tęczówek czaiło się coś niepokojącego. Nosił mundur.
Zamrugałam parę razy, gdy obraz się rozmył. Byłam pewna, że gdzieś już widziałam taki strój. Dotarło do mnie też, że ktoś zacisnął palce dookoła mojego przedramienia.
Spectra uśmiechnął się, gdy spotkaliśmy się wzrokiem. Pole bitwy zniknęło, Elico spoczywał koło moich stóp. Pod sufitem płynął dym z niewielkiego przebicia.
– Tak jak przypuszczałem, twoja empatia szalenie ułatwia mi sprawę – stwierdził. – Coś blokuje moc przed całkowitą manifestacją, lecz im bardziej gwałtowne twoje emocje, tym bardziej się wymyka.
Cały ten teatrzyk był tylko, by sobie sprawdził teorię? Z drugiej strony chłop chciał zamordować rodzinę królewską i zabrać tron dla własnych ambicji, co ja się jeszcze dziwię.
– Naprawdę nie masz sumienia – wypaliłam.
Parsknął z drwiną.
– Po jaką cholerę mi coś takiego, Jessico?– Odgarnął włosy z mojego czoła w parodii miłego gestu. – To tylko słabość, która sprawiła, że tu teraz jesteś. Nigdy nie pozwolisz, żeby cokolwiek stało się twojemu bakuganowi. Współczujesz nawet tym, z których pomocą ujarzmiliśmy Vestroię – Wskazał głową na bok, gdzie leżał Elico. – Czyż to nie smutny los być przykutą do osoby, której się boisz przez rzecz zwaną sumieniem?
Bez zawahania porzucił własną siostrę, jego relacja z ojcem też wyglądała na zerwaną. Ale były dwie postacie, które zdawały się być stałą w jego życiu.
– Czyli mówisz, że porzucisz Heliosa, jeśli przestanie być przydatny? – spytałam zupełnie serio.
Po raz pierwszy się zawahał. Były to może dwie sekundy, ale musiałam się otrzeć o czuły punkt. Nie spuściłam wzroku, choć moje nogi dygotały z wysiłku. Opanował się, ale mnie nie puścił.
– Cenię sobie dobrego partnera i dzielimy z Heliosem ambicję. A jeśli przestaniemy, to nasze drogi się rozejdą – odparł.
To nie była do końca odpowiedź i on zdawał sobie z tego sprawę. Gdyby istotnie pragnął jedynie najsilniejszego bakugana, nigdy wtedy na Ziemi nie zgodziłby się na rewanż z Danem. Zabrałby się z Drago na Vestalię i wykorzystał swoją wiedzą i umiejętności, by zrobić z niego uległa marionetkę. Nie, dla Spectry tylko Helios mógł być ostatecznym zwycięzcą.
– Nie rozumiem, co takiego pragniesz się dowiedzieć lub co moja siostra mogła ci powiedzieć, ale pozwól, że wyrażę się jasno – odezwał się, a jego głos był dużo chłodniejszy. Zdenerwowałam go. – Nie znajdziesz we mnie współczucia dla ciebie ani bakuganów.
– Tylko zapytałam – westchnęłam. – Nie musisz się tak irytować, maszkaronie. I możesz mnie w końcu puścić, wzbudzasz we mnie odrazę.
– Biedactwo, będziesz jakoś musiała z tym żyć – zakpił i wręcz wzmocnił uścisk, ciągnąc mnie za sobą. – Gus! Szykuj jakiś posiłek, nasz drogi gość musi odzyskać siły!
– Czy skoro Gus robi za twojego asystenta, pomoc medyczną, sprzątajacą i kucharza, to płacisz mu poczwórną pensję? – zapytałam, starając się zabrzmieć na autentycznie zaciekawioną. – W Vexosach musieli naprawdę dobrze płacić.
– Bardzo mnie cieszy, że humor cię nie opuszcza, Jessica. Przynajmniej mnie nie zanudzisz.
Obiecałam sobie w duchu, że jeśli kiedykolwiek opanują tą moc, to pierwszą rzecz, jaką zrobię, będzie uderzenie Spectry prosto w zęby.
****
Maszkaron musiał być niesamowicie spragniony rozrywek, gdyż następnego wieczora niemal przyprawił mnie o zawał, kiedy znikąd pojawił się w bibliotece. Przez to zamiast czytać księgę i próbować uzyskać z niej jakichkolwiek informacji, zostałam przymuszona do gry. Może lekko przesadzałam, bo zaproponował, że w trakcie rozmowy możemy otwarcie porozmawiać. Wiadomo, powie mi prawdy tyle co nic, ale nawet z kłamstw czasami da się uzyskać cenną wiedzę.
Zbaraniałam, kiedy wyciągnął planszę do szachów – swoją droga dobrze, że Gus mu jej nie przyniósł, bo coś by mnie wzięło. Uniósł na to brew.
– To chyba jedna z ziemskich gier.
– Tym bardziej mnie zastanawia, skąd ją wziąłeś – odparłam, biorąc czarne figury. Pionki były wykonane z drewna bardzo dobrej jakości. – Ukradłeś podczas ostatniej wizyty?
Nie odpowiedział, rozkładając swoją stronę. Jego zachowanie uległo przemianie czy lepiej powiedzieć jego podejście do mnie. Dał mi ziemskie ciuchy, wczoraj po śniadaniu zostawił w spokoju, teraz ta propozycja rozmowy. Uznał, że lepiej mnie podejść w uprzejmy sposób jak wcześniej Mirę? Może moja wczorajsza manifestacja mocy dała mu jakieś odpowiedzi i stąd ta zmiana?
Podniosłam głowę, gdy usłyszałam stuknięcie. Czerwona maska leżała koło planszy, a Spectra przejechał dłonią po włosach. Byłam przekonana, że zasłaniał twarz przez jakiś defekt lub oparzenie, tymczasem jego cera była bez skazy. Oczy miał o chłodnym odcieniu błękitu w kontraście do ciepłego Miry, ale kształt był ten sam. Jego oblicze było niepasujące do całości postaci, wręcz surrealne.
– Co planujesz tym osiągnąć? – spytałam, czekając na jego ruch.
– Chyba nie rozumiem pytania.
Zadrgała mi brew. Przesunął piona o dwa pola.
– Ta nagła łagodność, zdejmowanie maski. Próbujesz się mi przedstawić w lepszym świetle, ale szczerze to po co? Nie mam tu żadnej przewagi, jestem wręcz w żałosnej pozycji.
Oparł podbródek o zwinięta pięść. Z daleka mógł wyglądać na znudzonego, ale jego wzrok pozostał bystry. Czujny.
Przesunęłam skoczka na f3.
– Może dlatego, że nie mam powodu? – odparł w końcu i obdarzył mnie tym irytującym uśmieszkiem. – Nie jestem w pośpiechu, nikt nie próbuje mną rządzić. Nie muszę obierać brutalnych metod, by dostać to czego chcę. A jak już wspomniałem, nie jestem fanem przemocy. Wolę współpracę.
Zdusiłam w sobie docinek i skupiłam wzrok na planszy.
– Tylko jeśli Vexosi dokończą to swoje fikuśne coś, to będzie po bakuganach. Czyli też po Drago i rdzeniu Vestroi.
– Póki co Wojownicy całkiem dają sobie radę. Kiedy będzie potrzeba, odbiorę rdzeń.
Znów posunął piona. Tym razem o jedno pole.
– Brzmisz bardzo pewnie siebie – mruknęłam, myśląc nad ruchem. Rzadko grałam. – I dalej co? Co zrobisz z tym swoim super – bakuganem?
– Co będę chciał.
Przewróciłam oczami i podparłam sobie policzek.
– Czyli wszystkie cierpienie jakie zadałeś, było w imię „będę sobie robił, co chcę”? – Zmarszczyłam nos i uderzyłam lekko wieżą o pole.
– To naprawdę tak cię zaskakuje? – W jego tonie odbiła się nuta rozbawienia. – Pragnienie potęgi? Tylko ona daje prawdziwą wolność. Każdy zegnie przede mną kark. Jeśli zdołam uzyskać rdzeń, to znaczy że zasłużyłem żeby stać na szczycie.
Milczałam, bo po co mi było dyskutować z szaleńcem, który nie widział nic poza czubkiem własnego nosa. Czułam jedynie odrazę, która dodatkowo wzmacniały wydarzenia z wczoraj.
– To, że chcę byś opanowała moc, możesz potraktować jak pomoc – dodał.
– Pomoc? – wykrztusiłam, myśląc, że się przesłyszałam. – Kpisz sobie?
– Gdybym nie zorientował się ja, zauważyłby ją doktor Clay, a to byłoby nawet gorsze dla ciebie. Czy nie lepiej opanować coś, dzięki czemu możesz się bronić?
Zacisnęłam pięści. Paznokcie wpiły się w skórę.
– Gdyby nie ty, nigdy nie skończyłabym w tym pieprzonym pałacu – wycedziłam.
Machnął ręką lekceważąco, a jego skoczek przeskoczył na e5.
– Nie łudź się. Szybciej czy później przyciągnęłabyś uwagę Hydrona lub Zenohelda nawet będąc z Ruchem Oporu. To było nieuniknione.
– Ach, tak samą przysługą były twoje wszelkie groźby i manipulacje, żebym była zmuszona być z tobą.
– Nie miałem specjalnej swobody ruchów w pałacu. Chyba dało się zauważyć. Skoro miałaś tam wybór strony, to musiałem sprawić, żebyś go straciła.
Czułam przemożna ochotę, żeby przewrócić planszę prosto na niego. Zamiast tego wypuściłam powietrze. Jak frustrująca nie była ta rozmowa, to dawała mi drobne aczkolwiek cenne informacje.
– Współpraca i tak nie ma sensu w naszym przypadku. Ty trzymasz w garści Fludima, a ja jeśli opanowałabym moc, to skończyłabym jako ktoś na kształt tamtych bakuganów. Bo z mocą stanowiłabym za duże zagrożenie, byś miał mnie kiedykolwiek wypuścić z rąk. Nie ma tu dla mnie żadnego zysku.
Zaczął mi się przyglądać. Nie spuszczałam oczu, choć serce lekko mi przyśpieszyło. Lepiej było to zachować dla siebie? To koniec roli dobrego porywacza? W końcu odchylił się lekko i zaśmiał. Było to tak absurdalne, że aż się wzdrygnęłam, a drugi goniec spadł mi na ziemię.
– Dlatego zwróciłem na ciebie uwagę – przyznał, kiedy się opanował. – W przeciwieństwie do prostolinijnego, naiwnego Kuso rozmowy z tobą dają mi dużo rozrywki. Będę miły i przyznam ci rację, do niedawna nie miałem żadnych planów, by pozwolić ci odejść. Jednak po większych analizach wiem, że twoja moc to może jedna szesnasta mocy zwykłego bakugana i to w najlepszym przypadku. Dokładając do tego możliwość pozbawienia cię możliwości teleportacji na dana planetę, jak zrobiłem to z Vexosami, nigdy nie staniesz się dla mnie groźna.
– To tylko twoje słowa, marna gwarancja – pozwoliłam sobie przypomnieć, co sam wcześniej rzekł. – I dalej nie mam korzyści.
– Pomyśl przez chwilę – Pochylił się w moją stronę. – Po co wcześniej chciałem posłuszeństwa bakuganów?
– By ci służyły i pomogły obalić Hydrona – Wzruszyłam ramionami.
– Tyle że sytuacja się zmieniła. – ciągnął wątek, na chwilę zapominając o szachach. – Najpierw przez przejęcie władzy w Vestroi chciałem rzucić wszystkie jej siły przeciw Zenoheldowi, który byłby osłabiony bez Vexosów. Teraz starzec uciekł z podkulonym ogonem wraz z tamtymi głupcami z Vestalii, żeby przygotować się do swojej zemsty.
– Korona wciąż czeka.
– Ale teraz dziecinnie prosta do zdobycia. Nie ma potrzeby na wyrafinowane plany.
Wyglądało na to, że interesowały go jedynie rzeczy, która rzucały przed nim wyzwanie, by móc je zdobyć.
– Czyli że co? Vestroia już nie ma dla ciebie wartości?
Skinął głową i przeniósł uwagę na szachownicę.
– Mamy wspólnego wroga w tym momencie, Jessico. Ty możesz zapewnić, że planecie twojego ukochanego bakugana już nic nie zagrozi, a ja pozbędę się wyjątkowo upierdliwej przeszkody. – Zbił mojego skoczka, która upadł z cichym stukotem. – Nie ma tu przegranych.
Gdybym go wcześniej nie poznała, to może dałabym się skusić na taką ofertę. Brzmiała logicznie. Ale doskonale pamiętałam, że on nigdy nie odsłania wszystkich kart. Przed własną siostrą ukrył stworzenie dodatkowych sztucznych bakuganów. Mogłam tylko zgadywać, ale przypuszczalnie moją moc dało się jakoś oddzielić ode mnie lub ją zablokować jak siłę bakuganów. Więc nie musiał się niczym stresować i zamiast ze mną użerać, to spróbować zamydlić oczy pustymi frazesami. Ostatecznie i tak zabierze mi moc, nieważne, na co się zdecyduję. A faktycznie łatwiej będzie, gdy samą złapię za jego rękę niż będę się opierać.
Przygryzłam
wargę. Muszę jakoś kupić sobie czas i stąd zwiać.
Z tego
co powiedział, to Dan i ekipa się jakoś trzymają, ale z Vexosami
dyszącymi na karku to prędko mi na ratunek nie przybędą. Och, jak
przydałaby się ponownie tamta babka!
– No nie wiem – odpowiedziałam w końcu z zawahaniem. Musiałam mu jakoś wmówić, że zdołał we mnie wzbudzić nieco ciekawości. – Wolałabym za parę lat nie podzielić losu bakuganów i obudzić się z bandą ufoków pod drzwiami.
– Zenoheld miał takie ambicje, nie podzielaliśmy ich.
Niby zaprzeczenie, ale nie do końca. Wyznał mi tylko plany, które dawno porzucił, a jakie były obecne? Jego filozofia była jasna – to słaby musi poddać się rządom silniejszych. Dlatego pożądał rdzenia. Gdyby do tego doszło, konsekwencje mogłyby być opłakane dla wszystkich.
– A co jeśli nie zdążysz odebrać rdzenia, nim Drago straci energię domeny?
– Jeśli nie można powstrzymać maszyny, wystarczy pozbyć się osoby, która nią kieruję - Uśmiechnął się, ale jego oczy były zimne niczym dwie grudki lodu.
W pierwszej chwili odpowiedź wydawała mi się niezbyt szokująca, ale po paru sekundach doszło do mnie, że nie chodziło mu jedynie o tego ich króla. Osobą, która zbudowała ten system, był nikt inny niż doktor Clay. Jego ojciec.
Mimo to przełknęłam ślinę i kontynuowałam ruszanie figur, chociaż nawet nie myślałam, co robię. Tylko chciałam utrzymać dalej grę.
– Jakie masz cele? – zapytał mnie niespodziewanie.
– Przecież wiesz.
Machnął ręką.
– Te, które nie tyczą się bakuganów.
Po cholerę mu taka wiedza? Udałam zamyślenie na moment.
– Nie tak chore jak twoje – powiedziałam szczerze. – Skończyć szkołę i żyć w spokoju.
– Na Ziemi nie pragnie się potęgi? Władzy?
– To zależy, co rozumiemy pod tym. Dla jednych możliwość życia bez trosk to już władza, dla innych dopiero rządzenie innymi daje potęgę. Jedno i drugie ma swoje wady i zalety.
Nie odpowiedział mi już. Podniósł się z fotela i z powrotem założył maskę.
– Masz czas by pomyśleć, nie oczekuję odpowiedzi na już. Ale myślę, że możemy się dogadać.
Rozgrywka na szachownicy pozostała niedokończona.
****
Żeby móc uciec czy choćby się do tego zabrać, trzeba było znać rutynę duo z domu wariatów. W tym celu posłużyła mi takie sprzęty jak: nóż, nitka oraz kratka od wentylacji w łazience. Mając te resztki nadziei, że akurat łazienki mi nie podglądali, zarąbałam nóż z kuchni i zaczęłam bawić się w odkręcanie śrubek od kraty. Gdy się udało, rozprułam jedną z vestalskich koszulek i zawiązałam Fludimowi do nóżki, co by się biedak nie zgubił.
I kto to powiedział, że nie opłaca się czytać mitów? Gdyby nagle nie przypomniała mi się historie Andromedy, to byśmy ładnie wyglądali!
– Przypatruj im się, słuchaj wszystkiego. Może wyłapiesz jakiś kod czy coś – mruknęłam.
– Gdyby się pojawili, to pociągnij mocno – mruknął i wskoczył do przewodu.
W formie kulki to za prędki nie był, dlatego oparłam się wygodniej o szafkę, nogi przerzuciłam przez toaletę i trzymałam kłębek nici. Dumałam sobie, patrząc, jak powoli się rozwija. Możliwe, żebym zasnęła, gdyby nie zaalarmował mnie odgłos z zewnątrz.
– Mistrz chce cię widzieć!
Przewróciłam oczami, słysząc ten rozkazujący ton Gusa. Zapukał a raczej załomotał w drzwi.
– Słyszałam, drzesz się jak trąba jerychońska! – krzyknęłam, zrywając się na równe nogi. – Mogę zapiąć spodnie czy mam biec w negliżu?
To go na moment ogłuszyło, więc miałam czas, żeby wstawić kratkę z powrotem i wsadzić kłębek w kąt. Trzasnęłam wymownie głośno klapą od kibla, zanim wystawiłam łeb. Gus wyglądał na zmieszanego.
– Vestalianie nie mają potrzeb fizjo… - zaczęłąm, a ten się zaczerwienił.
– Wystarczy! - uciął.
Zaklinając w duchu, że Fludim da radę wrócić, zanim nić się skończy, wygoniłam Grava z pokoju. Po chwili sama do niego dołączyłam. Starałam się nie wyglądać na specjalnie zaskoczona, co było proste, bo wystarczy że wykrzywiłam się w grymasie i szłam wyjątkowo wolno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz