piątek, 4 maja 2018

S2 Rozdział 11: Zapomniane karty historii


   „Ludzie boją się tego, czego nie rozumieją. A tego, czego się boją, nienawidzą.”
Jo Nesbø „Człowiek nietoperz”

   Czy może istnieć coś lepszego, niż świadomość, że człowiek, którego nienawidzisz, przeżywa niewyobrażalne katusze? Bo Akane nie miała wątpliwości, że mężczyzna przed nią cierpi. Może i miał regularnie podawane leki oraz morfinę, ale i tak rak pożerał go od środka, wżerał się w skórę, powodował ból, odbierał spokój. Uśmiechnęła się pod nosem. Czasami los bywał sprawiedliwy.
 – Dość ponuro tutaj – uznała, rozglądając się po pokoju. Oprócz szpitalnego łóżka, szafki nocnej, drzwi zapewne od łazienki, niewielkiego okna zakrytego zielonymi zasłonami, plazmowego telewizora i fotela wciśniętego w kąt nie było tu nic więcej. Żadnych kwiatów, prezentów, obrazków. Pusto. – Czyżbyś nikogo nie obchodził? Och, jak mi przykro.
 – Po co tu przyszłaś? – spytał zmęczonym głosem. Zgarbił się, jakby stracił wszelkie siły. – Nie mamy sobie niczego do powiedzenia.
 – Ojej, chciałam ci tylko opowiedzieć, jaki to przewrotny jest los. W końcu uważałeś nas bezwartościowe, a tymczasem to ty leżysz w tej sali opuszczony, chory, przykuty do kroplówki, która jest twoim zegarem odmierzającym czas do końca. Oby nastąpił jak najszybciej, nawiasem mówiąc.
 – Przestań – powiedział, zaciskając pięść. Akane nic sobie z tego nie robiła. Mężczyzna przed nią zawsze był żałosny, ale teraz chudy, nieporządnie ogolony, z łysą czaszką w szpitalnej piżamie budził w niej jedynie wstręt. Jak mogła się kiedyś kogoś takiego bać?
 – Natomiast my z mamą i Sayu świetnie sobie radzimy! Co prawda nie płaciłeś alimentów i dzięki swoim znajomym spod ciemnej gwiazdy zwaliłeś całą winę za rozwód na mamę, ale Jess i jej rodzice nam pomogli, wiesz? Dzięki temu nie sprzedałyśmy mieszkania, mama poszła do pracy, bo pewnie nie pamiętasz, lecz jako przykładna japońska żona szlachetnego pana Kamisakiego musiała siedzieć w domu i gotować mu obiadki. Co za zaszczyt, doprawdy. Tak naprawdę bałeś się jej, bo jest od ciebie mądrzejsza i widzi coś więcej poza czubkiem własnego nosa. No ale wracając, Sayuri mogła dalej leczyć anemię, ja...
 – Do dziś nie umiem zrozumieć, czemu ta mała Knight się tobą zainteresowała – mruknął. Akane wyczuła w jego tonie zirytowane nutki.
– Nie, nie, wcale cię to nie interesuje. Jesteś tylko zły, że nie dowiedziałeś się o tym, bo byś mógł wykorzystać taką znajomość, prawda? – Przechyliła głowę na bok. Mężczyzna uniknął jej spojrzenia. Miała rację, ten śmieć taki już był. Interesowny, zakłamany, przybierający różne maski. Jak Hydron, Zenoheld, mnóstwo innych ludzi. – Pewnie to będzie dla ciebie szok, ale nie wszyscy są tak zepsuci jak ty, więc państwo Knight w życiu nie podaliby ci ręki. Zbyt śmierdzi od ciebie zepsuciem.
 – Dość! – warknął i uderzył dłonią o materac. – Jak śmiesz tak do mnie mówić! – Szare oczy na moment odzyskały ostrość i zaczęła tlić się w nich złość. Aki uniosła brew.
 – Mówię prawdę, skurwielu – uśmiechnęła się i wyjęła z kieszeni kurtki swój krótki nożyk. Mężczyzna zesztywniał na ten widok i z trudem przełknął ślinę. – Zawsze się zamykałeś, gdy ktoś okazał się od ciebie silniejszy. No tak w końcu pies, który dużo szczeka, nie gryzie! – Zauważyła, że ojciec sunie ręką w kierunku dzwonka dla pielęgniarki. – Dzwoń śmiało, w kroplówce masz leki znieczulające, nie? Chętnie zobaczę, jak będziesz wił się z bólu, gdy pielęgniarka zabierze ci połowę.
   Mężczyzna się zgarbił i machnął ręką w rezygnującym gęście. Spuścił głowę, wzdychając. Był przegrany, dobrze o tym wiedział.
 – Czego ode mnie chcesz? Zabić mnie, dręczyć, aż nie umrę?
 – Nie zasługujesz na tyle mojej uwagi – odparła chłodno. – Przyszłam tylko dziś z kilkoma pytaniami. Za kogo ty się uważasz? Zawsze mnie to ciekawiło. Zachowywałeś się jak król, choć nic nie osiągnąłeś, byłeś tępy, wulgarny. Zapewniłeś mi koszmary na długie miesiące, ciocia Kate nawet rozważała psychologa, ale nie chciałam, by z twojej winy musiała płacić.
 – Jestem wyjątkowy – przerwał jej. – Inni nie potrafili tego dostrzec. Twoja matka, ty, Sayuri. Wszyscy jesteście ślepi! Nie dostrzegacie moje potencjału, tego, że jestem inny, ponadprzeciętny! Zawsze tylko zwykłe, przyziemne obowiązki. Wiesz, jak to denerwuje? 
 – Jedyne w czym jesteś wyjątkowy, to bycie skurwysynem. Choć nie, nawet w tej dziedzinie jesteś przeciętny w porównaniu do Zenka. Miałeś ty w ogóle kogoś po tym, jak odszedłeś?
 – Nie, nie miałem – wycedził przez zęby. – Żyłem samotnie.
 – No tak nawet największa masochistka by na ciebie nie spojrzała – zachichotała Akane. – Ciekawe ile osób będzie na twoim pogrzebie? Ksiądz, grabarz, może jakaś moherowa babcia? Smutne, co?
 – Żebyś się nie zdziwiła, jeśli skończysz tak samo.
 – Tylko że to nie ja rzucałam figurkami w córki, głodziłam je, biłam żonę, upijałam się do nieprzytomności. Bogowie, jesteś naprawdę parodią człowieka, aż mi niedobrze, gdy przypominam sobie te koszmarne osiem lat. Szkoda tylko, że pewna banda debili nie umie dostrzec, że wszyscy podobni tobie to zwykłe skurwysyny, które powinny zdechnąć – Rozłożyła ręce i pokręciła głową. – No nic, ich strata, nie otaczam się takimi ludźmi.
   Chciała mówić dalej, ale drzwi od pokoju się otworzyły i stanęła w nich pielęgniarka.
 – Proszę pani, czas na wizyty się już kończy.
 – Rozumiem – Akane wstała i posłała ojcu prześmiewczy uśmiech. – Żegnaj, ojcze. Najgorszej śmierci – mrugnęła, splotła ręce za plecami i podskokami wyszła z sali, nie zawracając sobie głowy zdumioną i zdegustowaną miną pielęgniarki.
   Przed szpitalem rozpostarła ramiona i wzięła głęboki wdech. Czuła, jakby pękała ostatnia nitka łącząca ją z tym człowiekiem z sali 406. Ruszyła w dół ulicy. Było jeszcze ciepło, ale zimny wietrzyk omiatający jej ramiona i twarz przypominał, że nadciąga zima. Znowu trzeba będzie wyciągać płaszcze, kurtki, czapki, żeby to szlag.
 – Podziwiam, byłaś całkiem opanowana – powiedział cicho Leaus, wystawiając głowę z kieszeni kurtki. – Myślałam, że go dźgniesz, kiedy wyciągnęłaś nóż.
 – Wtedy wpadłabym w kłopoty, a przecież zaczęłam nagrywanie singla.
 – Szczerze, nigdy mi nie mówiłaś, że było ci tak ciężko.
 – A czy to ważne? – Akane westchnęła i lekko posmutniała. – Ważne, że się skończyło. Chociaż, gdyby nie Jess i Jane... – zagryzła wargę. – pewnie stałabym się jeszcze większym "potworem". – Widząc wzrok Leausa, wykrzywiła wargi. – Nie udawaj, doskonale wiem, że większość ludzi uważa, że jestem psychiczna. Bo przecież każdemu należy się szacunek i zapomnienie win, jak raz zrobi coś dobrego – prychnęła z irytacją, kopiąc kamień. – Mówią takie pierdoły, bo nigdy nie zobaczyli, ile zła jest w ludziach. Albo widzieli, ale nie doświadczyli na własnej skórze, pierdoleni znawcy. A ja muszę bronić Sayu, mamę, Jessie, Jane, Haru....
 – Akane...
   Japonka pokazała mu gestem, żeby skończył temat, więc umilkł. Przynajmniej teraz zrozumiał całkowicie czyny swojej partnerki. To była jej własna sprawiedliwość. Nie jemu było oceniać czy jest ona dobra, czy zła. Zresztą, czy istnieje ktokolwiek we Wszechświecie, kto jest całkowicie dobry albo całkowicie zły?
   Akane zaczęła klepać kieszenie spodenek i kurtki, poszukując słuchawek. Musiała jeszcze raz przesłuchać podkład, a nie chciała, by cała ulica również go słyszała. Kurde, gdzie one są? Zatrzymała się i zaczęła wywracać kieszenie do góry nogami. Czyżby zapomniała ich ze szpitala?
 – Akane?
   Podniosła głowę i uniosła brew, widząc przed sobą Gusa odzianego w koszulę w czarno – pomarańczową kratę, dżinsowe spodnie i skórzane buty za kostkę. Jego niebieskie loki były upięte w kucyka. Huh, widać wreszcie Jess nauczyła niektórych Vestalian jak się ubierać na Ziemi.
 – Co ty tu robisz, Gus-kun? Bo jeśli pierzasty cię wysłał po Jess, to jej tu nie ma.
 – Nikt mnie tu nie wysłał, przyszedłem sam.
 – Ahaaa, to co ty tu robisz? Pobiegłeś mu na zakupy? – zakpiła.
 – Nie, przyszedłem z tobą porozmawiać.
   Tego się nie spodziewała. Po co Grav chciałby z nią gadać? Przecież miał dziewczynę, Jess sama mówiła.
 – O co chodzi? – spytała w końcu, zakładając ręce na piersi.
 – Może w jakimś milszym miejscu niż ulica? – zasugerował z delikatnym uśmiechem. Wywróciła oczami, jednak rozejrzała się. Dostrzegła stoisko z bubble waflami i wskazała na nie pytająco. Chłopak skinął głową i razem przeszli przez jezdnię.
   Ku zdumieniu Japonki, Gus miał skądś dolary, więc kupił im po jedym gofrorożku.
 – Przynajmniej jesteś dżentelmenem – uznała, nabierając na łyżeczkę lody o smaku straciatelli. Siedzieli na pomarańczowych krzesłach przy stoliku najbardziej oddalonym od ulicy. – Więc? O czymś chciałeś rozmawiać? I przy okazji, przypadkiem nie masz dziewczyny?
   Gus lekko się zmieszał, lecz Akane nie była pewna czy z powodu pytania, czy przez dwie dziewczyny ze stolika obok, które zerkały na niego od jakiegoś czasu i wymieniały między sobą ciche uwagi.
 – Mam, nazywa się Irene – powiedział. – A chciałem z tobą porozmawiać o wydarzeniach z pałacu.
 – Czyli? – odgryzła kawałek gofra.
 – Akane, czemu tak bardzo nienawidziłaś Hydrona? Rozumiem, że gardziłaś nim, bo zranił twoją przyjaciółkę, ale ta próba zaatakowania go, twoje zachowanie. Wydawałaś się być kompletnie inną osobą. Czy może to byłaś prawdziwa ty?
   Akane poczuła nagłą ochotę na wybuchnięcie śmiechem. Już myślała, że odcięła się od przeszłości, a tu proszę, zawraca!
 – Pozwól, że opowiem ci krótką historię, Gus – kun – wbiła łyżeczkę w gałkę loda i odchyliła się na krześle. – Dawno, dawno temu żyła sobie mała dziewczynka. Jej rodzice wyglądali na kochanych i opiekuńczych, jednak w przypadku ojca była to zwykła iluzja. Ojciec dziewczyny był zwykłym śmieciem z uważającym się za boga. Postanowił, że córka będzie najmądrzejsza, najlepsza, najpiękniejsza, żeby spełnić jego dawne ambicje. Jednak kiedy coś jej nie wychodziło, wyzywał ją, traktował jak najgorszego śmiecia. Nie, nie uderzył jej – dodała, widząc minę Grava. – od tego miał żonę. W końcu co ludzi obchodzą siniaki na ciele dorosłej kobiety. Sama sobie winna – zakpiła, przejeżdżając paznokciem po blacie. – Kilka lat później dziewczynce urodziła się chora siostra. Ojciec stał się wtedy jeszcze gorszy. Zaczął pić, rozwalał meble. W końcu odszedł, pozbawiając rodziny środków do życia, jako że jedyny pracował. Na szczęście do dziewczynki wyciągnęła rękę inna i tym samym ją uratowała. Koooniec – klasnęła w dłonie. – Teraz rozumiesz? Hydron był taki sam jak ten mężczyzna. Zwykły kundel uważający się za pana. Takich powinno się wieszać, zanim założą własne rodziny i zafundują im piekło. W tym popieprzonym świecie pozbawionym logiki trzeba się jakoś bronić.
   Gus spuścił wzrok na własny rożek. Aki zauważyła, że mocniej zacisnął palce na białej, papierowej serwetce.
– Przepraszam, Akane. Nie miałem pojęcia.
   Machnęła ręką i złapała za łyżeczkę.
– Jebać. Stare sprawy, ten staruch za niedługo zdechnie.
– Ale mimo to – zaczął, a ona uniosła brew. – uważam, że nie powinnaś iść zaślepiona nienawiścią. Krzywdzisz tylko siebie, Akane.
– Słuchaj, Gus – warknęła. – Dzięki temu, że tak żyję, mogę chronić tych, na których mi zależy. Nie mam zamiaru wierzyć w pieprzenie o wybaczeniu, dobru i sprawiedliwości tak jak Wojownicy czy ty. Nie zamierzam też skończyć jak ty – Zmrużyła oczy. – Jak uzależniony, pozbawiony własnej woli szczeniak czekający na każde słowo Spectry. To napełnia mnie obrzydzeniem. Nie masz własnej godności?
– Nie wiesz wiele o Spectrze, Akane – westchnął Grav. – On naprawdę mi pomógł.
– Więc w zamian podeptałeś własną godność. Doprawdy, wspaniała pomoc – Plastikowe krzesło z piskiem przejechało po brukowanej kostce. – Żyj sobie, jak ci się podoba, ale nie próbuj wchodzić mi w drogę.
   Po tych słowach Akane machnęła mu ręką na pożegnanie i poszła w swoją stronę. Westchnął. Przeholował. Spojrzał za dziewczyną. Postronnym osobom mogło się wydawać, że Akane jest wściekła i tyle. Ale on widział coś więcej. Widział strach.

****

   Wyryte w kamieniu, pochyłe litery układały się w napis „Sybilla Elevenor. Pierwsza Królowa Vestalii.”
   Sybilla.
    Ta która wszystko zapoczątkowała.
 – Mało kto wie o tym miejscu – powiedział wujek.
   Siedzieliśmy na ławeczce pod drzewem tuż koło grobu, który, jak na pochówek królowej, był dość skromny. Stanowiła go marmurowa tablica zwieńczona u góry małą rzeźbą korony, przez którą przeplatały się róże. Nie było żadnych bukietów czy zniczy z wyjątkiem fioletowo – białego lampionu przyniesionego przez wujka.
 – Rada wie? – spytałam.
 – Martin owszem, ale pewnie bał się twojej reakcji, jeśli poznałabyś jej historię.
   Spojrzałam na niego pytająco. Ściągnął brew, a na jego twarz padł cień. Reiko zaczęła wyłamywać sobie palce. Wtedy to wyczułam. Mrok, który bił od grobu. Mimo że nie mógł mnie dosięgnąć, dreszcz przebiegł mi po plecach. Róże, które oplatały koronę, stały się czarne. Odsunęłam się na koniec ławki. Podskórnie czułam, że to Tytan, choć ten stary cholernik powinien spłonąć rok temu. Mrok był agresywny, obłąkany i taki jakby...zrozpaczony?
 – Według dawnych podań ta Zielona Dzielnica została oderwana z terenu, gdzie znajdował się rdzeń Vestalii – zaczęła Reiko, wpatrując się w tablicę. – Podobno w tym grobie jest jego fragment.
 –  Rdzeń. Tam, gdzie jest Tytan – mruknęłam. – Co to znaczy? – spytałam.
 – To jego mrok. Jego nienawiść do Vestalian. Gdybyś dotknęła tablicy, ujrzałabyś całą jego przeszłość, a on znowu przejąłby twój umysł.
 – To on nie umarł?
 – Jego nie da się zabić, panienko – powiedział wujek.  Dusza Tytana jest tu zaklęta na wieki. Pozbyłaś się go tylko ze swojej świadomości.
   Westchnęłam. No trochę chamsko, ja się tak nabiegałam, nakrzyczałam; prawie gardło sobie zdarłam! A ten co? Wrócił sobie do ciepłego rdzenia!
 – Sybilla była jego ukochaną – powiedziała Reiko i uklękła. Przymknęła oczy, układając ręce do modlitwy. – Wieki temu Tytan walczył z Exedrą o tytuł starożytnego, co w świecie bakuganów wiąże się z byciem bogiem. Ich pojedynki trwały latami, lecz pewnego dnia Exedrze udało się zebrać grupę bakuganów innych domen. Kiedy po walce Tytan był wyjątkowo wykończony, użyli swoich mocy, zesłali go na wygnanie do odległej Vestalii i zaklęli w ludzkiej postaci. Tytan był sfrustrowany, ale i niezdolny do używania swoich mocy, więc musiał jakoś radzić sobie na Vestalii. Spotkał tutaj Sybillę – urwała, żeby nabrać powietrza. – Na początku nienawidził wszystkich ludzi, bo uważał ich za słabeuszy, ale rok po roku coraz bardziej zakochiwał się w Sybilli. W końcu zostali parą.
 – Jakim cudem ona się w nim zakochała? – uniosłam brew. – Przecież to tyran i dodatkowo jest stuknięty.
 – Sybilla nie była typową cichą myszką. Potrafiła użyć siły, jeśli było trzeba naprostować Tytana – wyjaśniła Reiko. – Wracając, wiele Vestalian zauważyło, że Tytan przewyższa ich siłą fizyczną i wybrali go na króla. – Po jej twarzy przemknął słaby uśmiech. – Potem urodziły im się dzieci. Można powiedzieć, że to był najszczęśliwszy okres życia dla Tytana. Jednakże – objęła się ramionami. – Zaklęcia rzucone na niego zaczęło słabnąć i Vestalianie zauważyli, że nie jest on taki jak oni. Wybuchła panika. Tytana oraz jego dzieci, które odziedziczyły po nim połowę mocy, uznano za potwory. Zaatakowano ich i wtedy...wtedy... –zacieśniła uścisk, drżąc. 
   Wujek wstał z ławki i położył Reiko rękę na ramieniu.
 – Odpocznij, Reiko. Ja opowiem resztę – powiedział troskliwie, po czym zwrócił się do mnie. – Najstarszy syn i Sybilla – sama zginęli. To był czynnik, który sprawił, że Tytan całkowicie złamał czar i ogarnięty rozpaczą zaczął niszczyć Vestalię, chcąc ją ukarać za tą okrutną zbrodnię. Starożytni przybyli do Vestalii, żeby go zatrzymać, lecz Tytan pogrążył się w szaleństwie. Musieli więc go zabić. Jednak tuż przed śmiercią udało mu się przekazać cząstkę swojej mocy do rdzenia Vestalii. Dzięki temu był w stanie ochronić resztę swoich dzieci przed atakami Vestalian. A potem wykorzystać tą więź do próby zemsty na Vestalianach.
 – Czemu jego potomkowie nie wrócili do Vestroi?
 – Nie mogli. Mieli ludzką postać i tylko połowę mocy bakuganów. Nie przetrwali by tam. Pozostali więc tutaj. Vestalianie ze strachu przed mocą i Tytanem już ich nie atakowali. Co więcej dalej byli władcami. Lecz dalej traktowano nas jak potwory – Reiko obróciła i spojrzała na mnie smutnymi oczami. – Izolowano nas od zwykłych mieszkańców, odbierano dzieci w nadziei, że one nie będą „przeklęte”. Dopiero za czasów twojej babci to się zmieniło i zaczęto traktować nas jak błogosławieństwo.
 – Mroczna strona Vestalii, co? – mruknęłam.
   Przypomniałam sobie krótkie urywki, jak zabierano jej córkę i syna, jej rozmowę z mężem. Kto tutaj był prawdziwym potworem?
 – Martin nie powiedział o tym panience, by nie odczuła panienka wstrętu do tego miejsca. Postawa tchórza, doprawdy – Wujek pokręcił głową ze zniesmaczoną miną. – Pani Melody oraz pan David chcieli, żeby panienka wiedziała. Ja również. Żeby mogła panienka zrozumieć, dlaczego do tego wszystkie doszło. Upiększanie historii prowadzi tylko do tragedii.
 – Dziękuje, wujku – uśmiechnęłam się. – Mam jeszcze jedną prośbę.
 – Tak, panienko?
 – Powiesz mi, gdzie znajduje się grób rodziców i Cassie?




Namęczyłam się z tym rozdziałem, nie powiem xD Ale jest długi. W sumie miał dłuższy, ale uznałam, że opiszę akcję Heather w kolejnym, wybaczcie, musicie poczekać XD Ogólnie ten rozdział jest strasznie przegadany, ale cóż, przeszłość, a mi się nie chciało pisać retrospekcji XD Sorry. Są błędy, bo nie sprawdzałam, zrobię to jutro.
Odmeldowuje się!


sobota, 28 kwietnia 2018

S2 Rozdział 10: Pozostałości przeszłości

   Obróciłam się i zostałam uraczona widokiem wyższej ode mnie o jakieś pół głowy dziewczyny. Miała różowe włosy związane w wysoki kucyk, a na jej twarzy gościł szeroki uśmiech, który nieco przypominał mi wyszczerz klauna z horroru. Dobra, Knight, musisz nauczyć się panować na skojarzeniami, bo zaraz wszystkich zaczniesz brać za potencjalnie niezrównoważonych.
– Tak, to ja. O co chodzi? – spytałam, przyglądając się jej uważnie, bo była w stroju, który przypominał mi mundurek w jednej z prywatnych szkół.
   Była ubrana w błękitną koszulę z białym krawatem, czarną spódnicę kończącą się kilka centymetrów przed kolanem oraz ciemne buty na niskim obcasie. Do bluzki miała przypiętą broszkę w kształcie ważki.
– Nazywam się Reinare i zostałam poproszona przez pana Klausa, by zaprowadzić panien... – Skrzywiłam się, a ona uśmiechnęła – ...cię do pewnego dżeltemena, który chce koniecznie cię poznać.
   Myślałam, że popłaczę się ze szczęścia. Wreszcie jakaś osoba mniej więcej w moim wieku normalnie do mnie mówiła! Doczekałam się cudu, warto było wyklinać na Starożytnych!
– Jess wystarczy. Miło poznać, Reinare – wyciągnęłam rękę, ale dziewczynie tylko oczy się zaświeciły jak bożonarodzeniowe lampki i rzuciła mi się na szyję.
– Reinare Volan, ale wszyscy wołają na mnie „Rei”, mam dwadzieścia lat, nienawidzę sztywniaków i już cię lubię! – powiedziała na jednym oddechu, prawie zgniatając mi kark. – Matko, ulżyło mi. Bałam się, że będziesz jakąś nadętą panienką jak ci z Rady – przyłożyła ręce do serca i wypuściła powietrze z ulgą.
– Znam ten ból – Poklepałam ją po ramieniu. Nagle coś mnie tknęło i prawie się zakrztusiłam śliną. – Zaraz...Volan...jesteś siostrą Lynca?! – wypaliłam, celując w nią palcem. Reiko by mnie już opieprzyła za złe zachowanie, ale halo mówimy o Lyncu! Różowej piszczałce, która z pewnością nie była chodzący wulkanem energii i w dodatku miłym wulkanem!
– Pff, weź! – Wzdrygnęła się. – Chyba by mnie szlag trafił. Jesteśmy...a nie przepraszam...byliśmy kuzynostwem. Nasi ojcowie to bracia – Spojrzała na zegarek, który miała na nadgarstku i podskoczyła, prawie wybijając mi książkę z ręki. – Jeny, musimy się pośpieszyć, za pół godziny muszę wrócić do roboty! – Złapała mnie pod ramię i popędziła w stronę wyjścia, energicznie wymachują w przód i tył drugą ręką.
   Niestety potknęła się o próg i wspólnie poleciałyśmy na Ethana, który szedł ze swoją nieodłączną teczką i wzrokiem utkwionym w papierzyskach. Reinare złapała go za ramię i pociągnęła na posadzkę, próbując ratować się przed upadkiem, a ja uraczyłam kochanego pana sekretarza ciosem kolana w wątrobę. Całą trójką wylądowaliśmy na podłodze i przykryły nas różnej maści dokumenty. Ja przejechałam na łokciach tuż pod ścianę, Fludim wytoczył się z mojej kieszeni i zapoznał bliżej ze ścianą, Rei potoczyła się w prawo, a starszy Grit rozpłaszczył malowniczo na podłodze.
– Co to ma znaczyć?! – wycedził Ethan, czerwniejąc na twarzy. Spojrzał na mnie złym wzrokiem, mówiącym, że mi tego nie przepuści i zwrócił się do Reinare. – A ty co sobie wyobrażasz?! Od kiedy to służba biega tak beztrosko po pałacu? – wysyczał, podnosząc się i otrzepując swoją marynarkę obszytą złotą nicią. – Nikt cię nie uczył, jak się zachowywać?
   Reinare jednak kompletnie olała jego wrzaski i złapała się za głowę, błądząc dookoła skonfundowanym wzrokiem. Dopiero po chwili odzyskała równowagę i spojrzała na niego zniesmaczona, również się podnosząc.
– Nie ma to jak krzyczeć na dziewczynę, z którą nie tak dawno świętowało się zakończenie studiów, co? – spytała z przekąsem, poprawiając przekrzywioną broszkę.
– Jess, czy możesz mi z łaski swojej wyt...ababww – Zatkałam palcem usta Fludima i przyłożyłam drugi do warg. Ethan po wypowiedzi Rei potarł nos wskazującym palcem, a to zawsze zwiastowało niezły cyrk. Ciekawe, co tym razem wymyśli?
– Nie wydaje mi się, żeby na studia uczęszczała osoba, będącą jedną ze służących. Chodziłem w końcu do jednej z najlepszych uczelni w kraju – powiedział chłodno, patrząc na Reinare z góry. Wygiął wargi w ten swój irytujący, pełen wyższości uśmiech, który sprawiał, że miałam ochotę sprawdzić, jak odbije się mój pierścionek na jego nosie lub policzkach.
– A nie nauczyli cię tam trochę szacunku do innych i ogłady? Oraz żeby nie oceniać po pozorach? A i twoja pamięć też dość szwankuje, skoro nie pamiętasz, że nazywam się Reinare, jak oni cię tam przyjęli? Po kontaktach? – Uśmiechnęła się, widząc, jak po twarzy Ethana przebiega cień. – Już pamiętasz?
– Reinare Volan – powiedział wolno i westchnął. – Wybacz, jestem niezwykle zajęty i nie mam naprawdę siły do przypominania sobie twarzy dawnych znajomych.
– Haha, nie ma co przepraszać, Ethan! – Rei zaśmiała się. – I tak opowiem Klausowi, że nic a nic się nie zmieniasz!
   Ethan odchrząknął nerwowo i sięgnął po swoje dokumenty. Zerknął na mnie.
– Kto jak kto, ale panienka – prawie wypluł to słowo. – powinna też nauczyć się ogłady.
   Uniosłam brew, krzyżując ręce na piersiach. Fludim, gdyby mógł, to by się najeżył, a tak to pozostało mu tylko świdrowanie swoim morderczym okiem dziury w głowie najbardziej irytującego Vestalianina w dziejach.
– Nie chcę słyszeć tego od kogoś twojego pokroju – odparłam.
   Rei ujęła mnie pod ramię, ciągle uśmiechając się z lekką drwiną, nim Ethan zdążył odpowiedzieć.
– Naprawdę się śpieszymy, więc pogadacie sobie kiedy indziej. Do zobaczenia, Grit! – Machnęła dłonią i pociągnęła mnie w kolejny korytarz. Szłyśmy szybkim krokiem, odprowadzane wzrokiem służacych oraz innych pracowników.
– Jakim cudem wytrzymałaś z tą amebą na studiach? – spytałam.
– Na szczęście mieliśmy razem tylko rachunkowość i siedział daleko ode mnie – Zerknęła na mnie przez ramię. – Podziwiam, że wytrzymujesz z nim na posiedzeniach, zrobił się jeszcze gorszy.
– Podziw raczej należy się Ace’owi, że z nim wytrzymał tyle lat pod jednym dachem – wtrącił się Fludim.
– OOOO! – Rei zatrzymała się i zrobiła półobrót, prawie pchając mnie na ścianę. – Jaki śmieszny bakugan! Jaka domena?
– Oryginalnie Darkus, ale dostał jeszcze Haos podczas ewolucji – mruknęłam.
– To tak się da?
– Bardzo rzadko, nam się udało fartem – powiedział z dumą Fludim.
– Szkoda. A właśnie! – Rei wygrzebała z kieszeni spódnicy pomarańczowo – czerwoną kulkę. – To Kasai, chętnie bym was zapoznała, ale to leń i śpi dużo za dnia – wydęła policzki i postukała kilka razy paznokciem w bakugana, po czym z powrotem go schowała i westchnęła. – AAA! – krzyknęła nagle, patrząc na zegarek. – Czas nam ucieka! Jess, biegniemy, Klaus – san jest serio straszny jak się wkurzy, uwierz mi!
  Nie miałam nawet szansy spytać, jaki to ma związek, bo Volan zarzuciła takie tempo, że pomimo kondycji wyrobionej u Vexosów, z trudem nadążałam. Dobiegłyśmy do wyjścia i wypadłyśmy na podwórze. Koło bramy czekała już słynna latająca taksówka. Od razu przypomniała mi się ostatnia eskapada nią i zabolał mnie łokieć. Tyle dobrze, że tym razem nie ma ze mną Dana, bo znów bym zagościła na drzwiczkach.
   Wsiadłyśmy, ja do tyłu, Rei koło kierowcy. Zapięłam na wszelki wypadek pasy, podczas gdy Volan ustalała cel podróży.  Silnik zawarczał, lekko zatrzęsło i samochód uniósł się w powietrzu.

****

   Jaką maskę powinna przybrać, by móc bez przeszkód owinąć sobie Kuso wokół palca i jednocześnie nikt nie nabrał podejrzeń? Jaką historyjkę opowiedzieć? Bardziej podszytą smutkiem czy gniewem? Postukała długopisem w zeszyt, ignorując gwar panujący na korytarzu. Szczęśliwym trafem trafiła na parapet, na którym siedziała jakaś szara myszka, która na sam jej widok zwiała.
   Hmm, a może powinna więcej posiedzieć w Bakuprzestrzeni i więcej dowiedzieć się o tej całej sprawie? Czy też spróbować najpierw od Knight? Niee, z nią będzie trudniej, nie wyglądała na tak naiwną jak Dan. Sięgnęła po puszkę, wyciągnęła zawleczkę i wypiła kilka łyków energetyka. Zaczęła zapisywać skrótami najważniejsze punkty. Była tak pochłonięta, że nawet nie zauważyła, jak w stronę jej ręki pędzi plecak. Dopiero kiedy poczuła mokro na twarzy i koszulce poderwała głowę i zmierzyła wściekłym spojrzeniem jakiegoś blondyna. Napój cienką strużką ciekł z jej nosa do brody.
– Przepraszam za niego – Rudy chłopak wysunął się przed blondyna i podał jej opakowanie chusteczek. – Nathan nigdy nie patrzy, co robi – dodał, szturchając go łokciem w brzuch.
   Heather nawet nie podziękowała, tylko porwała paczuszkę i wyjęła kilka. Miał facet szczęście, że nie zalał jej zeszytu, bo niechybnie zapoznała by go ze swoimi adidasami, pomyślała,
– Sorki, mam nadzieję, że nic ci nie zniszczyłem? – Nathan potarł dłonią kark, szczerząc się jak debil.
   Jednak uśmieszek szybko mu zrzedł, kiedy omiotła go lodowatym spojrzeniem i cisnęła w niego paczką.
– Następnym razem chodź z większą gracją niż słoń – syknęła i zeskoczyła z parapetu.
   Złapała za torbę, lecz Nathan zagrodził jej drogę, machając rękami. Uniosła brew, jednocześnie zaciskając usta w cienką linię. Była już wystarczająco zła, czy ten koleś serio jest tak ślepy i tego nie widzi?
– Bo jak chodzi o bluzkę, to mogę ci ją odkupić – powiedział, klepiąc się w pierś. – Masz moje słowo.
– Nie ma to jak stracić całą tygodniówkę z roboty przez własną grację, co? – rzucił jego rudy kolega.
– Spadaj, Roger! – jęknął Nathan i znów na nią spojrzał. – To jak?
   Heather wzięła głęboki wdech i przybrała swój firmowy uśmiech miłej dziewczyny z sąsiedztwa.
– Największą przyjemność mi sprawisz, jak się ode mnie odczepisz na jakiś czas – powiedziała spokojnie, po czym wyminęła chłopaka.
   Gdy oddaliła na wystarczającą odległość, zaśmiała się pod nosem. Co za kretyn, doprawdy. Gdyby miała z niego jakieś korzyści, to bez wahania skorzystałaby z propozycji odkupienia win, ale wyglądał jej na zwykłego palanta. Choć miała u niego przysługę, kto wie, czy jej nie wykorzysta?
  Zatrzymała się, czując, jak trybiki jej mózgu szybciutko pracują. To jest to! Może go wykorzystać, jak będzie potrzebowała wiarygodnej historyjki dla Wojowników!
   Uśmiechnęła się szeroko, otwierając szafkę. To smutne, nie ma rzeczy do przebrania, więc chyba musi iść do domu, prawda? Nikt nie będzie się czepiał, ojciec pewnie siedzi u którejś ze swoich kochanek, a matka bawi się z koleżankami w SPA. Zabawne, często słyszała, że jest pokrzywdzona, przez to, że rodzice tak często zostawiają ją samą. Miała na ten temat inne zdanie. Nie była małym dzieckiem, nie wymagała opieki, więc co było złego w tym, że dawali jej pieniądze oraz kilka porad na kartce? Owszem, czasami dopadała ją nuda, ale doskonale umiała sobie z nią radzić.
  Nie zawracając sobie głowy powiedzeniem komuś z klasy, że musi iść, wyszła na dziedziniec i ruszyła w kierunku bramy. Szybko się przebierze i rusza na kolejną wycieczkę do Bakuprzestrzeni. Oby tym razem owocną w informacje.

****

   Powiem wam jedną rzecz.
   NIENAWIDZĘ TYCH CHOLERNYCH LATAJĄCYCH METALOWYCH PUSZEK UDAJĄCYCH TAKSÓWKI.
   Pewnie teraz w waszych głowach pojawia się pytanie: „Ale dlaczego, Jess? Przecież to taki przyjemny środek transportu.” Z radością wam odpowiem: Spędziłam ponad półgodziny, modląc się do Starożytnych, wszystkich znanych mi bogów – w tym greckich oraz trzymając się kurczowo uchwytu przy drzwiach. Czemu? A bo Rei chciała przyśpieszyć, a w rezultacie włączyła największą prędkość, przez którą nasze żołądki praktycznie zostały wciśnięte w oparcia siedzeń.
– Dojechaliśmy do celu – oświadczył uprzejmie robot, zatrzymując auto koło niewielkiej Zielonej Dzielnicy. Było to określenie na platformy, na których znajdowały się jeziora, wodospady, lasy, łąki i tym podobne. Unosiły się one nad Velarią. Niektóre były publiczne, a niektóre były własnością prywatną bogatych Vestalian np. Klaus miał własną Zieloną Dzielnicę.
   Z trudem wysiadłyśmy na stały grunt. Nogi nam się trzęsły, a mój żołądek z trudem powstrzymywał się od zwrócenia zawartości. Już chciałam paść na kolana i ucałować ziemię, gdy ujrzałam znajome białe włosy oraz krótką sukienkę pełną kwiatów.
– Co ty tu robisz, Reiko?! – krzyknęłam, stając jak wryta.
   Popatrzyłam na Rei, ale ta wyglądała na równie zaskoczoną, co ja. Zjawa westchnęła.
– Towarzyszę panu Falkowi de Vamkil – powiedziała.
   Zamrugałam kilka razy. Przez moje myśli przeleciał obraz twarzy starszego mężczyzny o gęstych, ciemnych brwiach oraz tego samego włosach zaczesanych na bok.
– Wujek... – wyrwało mi się.
– Czyli jednak panienka mnie pamięta – usłyszałam głos, który kojarzył mi się, nie wiadomo czemu, z przyjemnym trzaskaniem ognia w kominku.
Duża, ciepła dłoń zaczęła targać brązowe kosmyki, by zaraz zacząć wyciągać z nich liście oraz kawałki gałązek.
Musi panienka bardziej uważać. Pani Melody chyba by się zapłakała, gdyby coś panience się stało.
   Dziewczynka pociągnęła nosem, po czym podniosła ręce, niemo prosząc, by ją podniósł.
  Łagodny, lekko rozbawiony uśmiech zagościł na opalonej twarzy, po czym podniósł ją i pozwolił, by małe ramiona owinęły się wokół jego szyi.
Skąd wiedziałeś, że tu będę, wujku?
   Zielone oczy, przy źrenicy przechodzące niemal w żółć, rozszerzyły się w zdumieniu, ale po chwili pojawiło się w nich zrozumienie.
Pani Melody również tu uciekała, kiedy się z kimś pokłóciła.
Zajmowałeś się też moją mamą, wujku?
- Owszem. Może i nie wyglądam, ale mam już ponad 50 lat, panienko. Obowiązkiem naszej rodziny zawsze była opieka i czuwanie nad rodziną królewską. A teraz wrócimy do pałacu i porozmawia panienka z paniczem Kenjim, dobrze?
   Ścisnęło mnie w gardle. Mimo że włosy miał już siwe i rzadsze, twarz pooraną zmarszczkami, a w ręce trzymał laskę, to był bez wątpienia on.
– Fufu, naprawdę panienka wyrosła, panienko Jessico.
– Ty....żyjesz... – zdołałam wydusić, podchodząc. Nogi miałam jak z ołowiu, bo bałam się, że gdy go dotknę, to rozpadnie się jak senna mara.
   Uśmiechnął się. Oczy zaszły mi łzami, kiedy przejechałam opuszką palca po jego dłoni. Była ciepła. Żył. Ciągle tu stał.
 Fufu, oczywiście, w końcu moim obowiązkiem było powitanie panienki po powrocie, prawda?
– No tak – otarłam łzy wierzchem dłoni i starałam się uśmiechnąć. – Wróciłam, wujku.

****

   Ledwo Akane przekroczyła próg szpitala, od razu owiał ją zapach charakterystyczny dla tego miejsca. Ostry zapach środków do sprzątania podłóg pomieszany z wodą utlenioną oraz drobną domieszką śmierci.  Przywykła do nienawidzenia tego zapachu. Zawsze kiedy go czuła, ktoś umierał. Puste oczy Jordana, zimna ręka dziadka, Jess osuwająca się z wolna na kolana, Jane uderzającą pięścią w ścianę i krzycząca przez łzy. Zamknęła oczy. Dość, nie chciała tego pamiętać.
  Tym razem szpitalny zapach nie sprawiał przykrości. Wręcz przeciwnie. Był radosny. Podeszła do recepcji. Recepcjonistka rzuciła jej krótkie spojrzenie i delikatnie się skrzywiła, widząc, że Akane jest w czarnym topie zakończonym koronką.
– Przyszłam odwiedzić pana Kamisakiego – oznajmiła, uśmiechając się delikatnie i machając dowodem osobistym na wszelki wypadek. Gdzieś w oddali usłyszała trzask figurki rozbijanej o ścianę. Och, jak dobrze znany dźwięk.
– Proszę chwilę poczekać – Recepcjonistka kliknęła kilka razy myszką. – Leży w sali 406, to na trzecim piętrze. Tylko proszę go nie denerwować, jest po intensywnym zabiegu.
– Oczywiście – Akane uśmiechnęła się jeszcze szerzej, czując, że od tej sztuczności drżą jej mięśnie twarzy. Najchętniej wybuchłaby teraz pełnym triumfu śmiechem. Wreszcie!
   Mogła skorzystać z windy, lecz zdecydowała się na schody. Zaczęła wspinać się na pierwsze piętro.
Czemu nie umiesz tego zapamiętać, idiotko?! Hyyy?! Myślisz, że po jaką kurwę cię karmię, ubieram i tu trzymam?! Byś przynosiła mi wstyd?!
  Zacisnęła mocniej palce na poręczy. Musiała się uspokoić. Wypuściła wolno powietrze przez nos i ruszyła na drugie piętro.
  Świst porcelanowej figurki tuż przy uchu, a potem głośny trzask. Nigdy jej nie uderzył. To by zrodziło za wiele pytań i jeszcze ktoś by się zainteresował.
Póki się tego nie nauczysz, nie dostaniesz kolacji!
Ale to jest materiał dla wyższej klasy, po co....
   Kolejny świst. Wachlarz gejszy niemal otarł się o jej skroń.
Nie pyskuj, mała dziwko! Do nauki!
   Żałosny, bezwartościowy, słaby. Sam z trudem skończył studia i nigdy nie dostał swojej wymarzonej pracy, a zachowywał się jakby był samym cesarzem. Weszła na pierwszy stopień prowadzący na trzecie piętro.
  Szum deszczu. Zimne krople spływają jej po twarzy. Przed nią stoi on w płaszczu, w jednej ręce ma dużą walizkę, a w drugiej parasol.
Gdzie idziesz? Przecież Sayuri jest chora, nie zostawiłeś mi pieniędzy na leki!
Po co miałby ratować ludzkiego śmiecia?
  Czuła, jak wszystkie jej mięśnie zamierają. W głowie miała pustkę.
Dalej tego nie rozumiesz, idiotko? – Szyderczy ton przeszył ją na wylot i spowodował, że poczuła suchość w gardle. – Ty i twoja siostra jesteście bezwartościowe. Mam gdzieś, czy zdechniecie.
   Stanęła przed białymi drzwiami z czarnym numerem „406”. Kilka lat temu wpadła by tu ogarnięta dzikim szałem i zapewne wyrwała mu z żył kroplówkę zawierającą cenne leki. Teraz chciała po prostu napawać się cierpieniem największego śmiecia, jaki kiedykolwiek stąpał po ziemi.
   Weszła do małego pokoju oświetlanego tylko przez nocną lampkę. Wychudzony mężczyzna o kilku dniowym zaroście podniósł się na jej widok. W jego mętnych, szarych oczach błysnął strach. Przyciągnęła sobie krzesełko i usiadła. Wyglądał jeszcze żałośniej niż go zapamiętała. To dobrze. Bardzo dobrze.
– Tęskniłeś, ojcze?
– A...Akane.
– Brawo, zapamiętałeś moje imię, śmieciu – porzuciła wszelkie serdeczności. Dostrzegła, jak zerka na guzik do przywoływania pielęgniarki. – Nie próbuj, Knigtowie tutaj też mają kontakty – skłamała gładko. – Musimy porozmawiać, nie sądzisz? Jak ojciec z córką.
  






Hehe, wiem, że niektórzy zapewne chcą mnie utłuc za taką długą przerwę ^^" Bardzo przepraszam, ale z powodu testów, musiała sobie trochę odpuścić pisanie, a potem wena mi poszła w cholerę i bakugan przestał jarać. Ale spokojnie wracam do formy! Obecnie będzie dużo o przeszłości Vestalii oraz Aki z knującą Heather na boku ^^
Odmeldowuje się!
Mam nadzieję, że następny będzie szybko xD

środa, 14 lutego 2018

Krzyki, koszule i diabły czyli nowa porcja cukru by Angel


Choroba


   Zdechł.
   No po prostu kurna zdechł.
   Jeszcze przed oczami przemykały mu się nikłe smugi światła, ale jego ciało już trawiły ognie piekielne.
   A jeszcze był taki młody! Miał tyle do zrobienia! Chciał...
– Gus, przysięgam, jak zaraz nie ogarniesz dupy, to ci wsadzę ten termometr w oko i tak zostawię! – warknęła Akane, opatulając go mocno kołdrą. –  Masz tylko 38 stopni, człowieku!
   Wytrzeszczył  na nią oczy. Ile?! Przecież on tu płonie żywcem, jego organy krzyczą o uwolnienie, a ona mówi, że to jedynie 38 stopni? Chyba zapomniała o zerze po ósemce!
   Akane westchnęła ciężko, widząc zjarany wzrok Grava i poszła do łazienki. Doskonale wiedziała, że na Ziemi chory facet przebija kobietę z okresem, ale nie spodziewała się, że na Vestalii będzie jeszcze gorzej. To już pijana Phoebe była łatwiejsza do opanowania.
   Wykręciła ręcznik, sprawdziła, jak tam z zupą i wróciła do pokoju. Na widok Gusa, który nieudolnie próbował zapiąć guziki białej koszuli, myślała, że sama się pochoruje. Bez chwili namysłu cisnęła w niego szmatą. Trafiła idealnie pomiędzy oczy, w rezultacie czego zszokowany chłopak zatoczył się do tyłu i wylądował na łóżku.
– Mogę łaskawie wiedzieć, co ty odwalasz, Gus – kuuuun? – spytała, przeciągając „kun” i mrużąc oczy.
   Grav popatrzył na nią, o dziwo, przytomnie i zakaszlał kilka razy.
– Muszę pomóc Mis... – Akane spojrzała na niego z diabelskim błyskiem w oku. – ...Keithowi w dokończeniu projektu. To prawie data oddania i... – urwał przez napad kaszlu.
– No rzeczywiście zjarany z pewnością mu się przydasz – zakpiła, wywracając oczami. – Powinieneś się nauczyć dbać o siebie, Gus! – jęknęła.
– Pójdę tylko na godzinkę i wrócę.
– O nieee, tym razem oczy skrzywdzonego kotka nie zadziałają – pokręciła głową. – Przebieraj się w piżamę raz dwa!
– Nie tobie o tym decydować, Akane – stwierdził, chwiejnie wstając. – Wiem, że się martwisz, ale to ja decyduję o swoim życiu.
– Ooo? – uśmiechnęła się, przechylając głowę. – Tak myślisz?
   Nim Gus zdołał sięgnąć do guzików koszuli, zerwała ją z niego jedną ręką, a drugą popchnęła go na brązową kołdrę w szare szlaczki, przytrzymując dla pewności, że nie zwieje.
– Akii, przyniosłam tę miksturę twojej babci...och... – Shiena stanęła w drzwiach i przez krótką chwilę przyglądała się Akane, która trzymała nad głową męską koszulę, a potem Gravowi leżącemu na łóżku. Uśmiechnęła sie pod nosem, położyła reklamówkę na podłodze i odwróciła na pięcie. – To ja wam nie przeszkadzam – ruszyła szybciutkim krokiem w stronę drzwi wyjściowych.
– Czekaj, moment, to wcale nie jest tak! – Akane olewając fakt, że wymachuje koszulą jak rozbitek, popędziła za przyjaciółką, ale nie zdołała jej złapać, bo szatynka była już piętro niżej.
– Ja rozumiem, Aki! Rzeczywiście im bardziej się ogrzejecie, tym szybciej zbije mu się gorączka! Wybacz, że przeszkodziłam!  Shiena pokazała jej język, po czym zjechała na poręczy.
– Zamorduję cię! – wycedziła Akane, pokazując środkowy palec.
– Lepiej wracaj, bo z tą koszulą i twarzą w kolorze raka wyglądasz dość dziwnie – stwierdził spokojnie Leaus, nic sobie nie robiąc z zabójczych spojrzeń dziewczyny.
   Co za ona musiała tak cierpieć? Przecież była grze...no dobra kryształowego charakteru na pewno nie miała, ale no kurde! To Jess była dzieckiem wiecznego przypału nie ona!
   Zauważyła, że ciągle trzyma nieszczęsną koszulę w ręku. Przez moment rozważała spalenie jej w kominku, ale uznała, że pewnie była droga, a kasę trzeba szanować – pamiętajcie. Cisnęła ją więc do kosza na brudy i poszła do kuchni, jednocześnie pilnując, czy Grav nie próbuje się wymknąć z domu.
   Kiedy zupa była już idealna, przelała ją do zielonej miski w żółte kropki i ruszyła do sypialni Gusa. Widząc puste łóżko, myślała, że trafi ją szlag, ale zaraz rozległ się szum wody, więc się uspokoiła. Postawiła dymiące naczynie na nocnej szafce i już chciała zgarnąć ręcznik, by znów go namoczyć, gdy ręce Grava owinęły się wokół jej talii, a jego nos zagościł w zagłębieniu szyi.
– Przepraszaaaam – wymamrotał, przyciągając ją bliżej siebie.
    Akane wywróciła po raz kolejny oczami. Faza zjarania na horyzoncie.
– Gniewasz się? – spytał, opierając gorący policzek o jej własny.
– Na razie nie, ale jak zaraz się nie położysz i  nie będziesz spokojnie leżał, to się zdenerwuje, rozumiemy się? – spytała, targając mu włosy. – A i masz coś zjeść, bo jesteś osłabiony.
– A nakarmisz mnie?
   Parsknęła cichym śmiechem i zerknęła na niego z rozczuleniem. Może i był w tym stanie cholernie irytujący, ale również niezwykle pocieszny.

****

   Sama nie wiedziała, kiedy zasnęła, ale było wtedy grubo po północy. Ziewnęła i przetarła oczy. Przed nią była szara koszula. Zerwała się i spojrzała na Gusa pogrążonego w głębokim śnie, który jedną ręką obejmował ją w pasie. A przecież zasnęła na krześle...
– Leaus, która godzina? – wymamrotała, szukając sposobu, by się oswobodzić i nie obudzić Grava.
– Trzecia coś – wymruczał bakugan.
   Oho, już widziała jutrzejszą pogawędkę z menadżerką z sińcami pod oczami i bledsza niż zazwyczaj. Znów ją posądzą o anemię albo inną głupotę!
   Już miała stoczyć się z łóżka na podłogę, gdy ręką Gusa zacisnęła się na jej ramieniu i popchnęła na materac, a zielone oczy rozbłysły w ciemności.
– Gdzie idziesz? – wymamrotał.
– Ratować swoje resztki urody – odparła, dając mu pstryczka w czoło. – Bierz łapę.
– Nie – zaprotestował zupełnie jak małe dziecko, któremu odmawia się cukierka. – Zostajesz ze mną.
– Jeszcze mnie zarazisz i będzie cyrk – westchnęła.
– To się tobą zajmę.
   Akane załamała ręce. Chyba tylko pozostało jej użycie siły, ale czy powinna tłuc swojego chorego chłopaka? Hm, to była sporna kwestia.
– Kocham cię – wymruczał jej do ucha sennym głosem i przymknął oczy.
   Zacisnęła pięści, czując, jak palą ją policzki. Jeszcze wykorzystywał jej metody, by tańczyła, jak zagra! Wydęła policzki i obróciła się do niego plecami, ale nie próbowała już wydostać się z objęć.

****

   Kichnęła i wysmarkała nos, patrząc jednym okiem z morderczym błyskiem na Gusa. Chłopak kompletnie się tym nie przejął i wysunął w jej stronę pałeczki, które trzymały kawałek sushi.
– No, Aki, powiedz „aaa” – powiedział spokojnie, uśmiechając się.
– Zginiesz – wycharczała. – Będziesz spał na wycieraczce i żywił się na mieście.
– Cokolwiek zechcesz, a teraz otwórz buzię – Gus wyraźnie świetnie się bawił.
   Zacisnęła usta w cienką linię. Najwyraźniej nie ona jedyna była przebiegła w tym związku.




Pioruny


   Wszyscy się czegoś boją. Jedni małych myszek, inni wysokości, niektórzy bladych zjaw wychodzących z ekranów telewizorów po siedmiu dniach od dostania niepokojącego telefonu. Nie ma istoty na świecie, która choć raz w życiu nie zaznała uczucia strachu.
   Alice Gehabich nie była żadnym wyjątkiem. Również miała swoje drobne lęki (na przykład o stan zdrowia dziadka, który, jej zdaniem, za długo przesiadywał w laboratorium) czy zmartwienia. Cierpiała też na astrafobię.
   Nie miała jej od dziecka. Ciągle przecież pamiętała, jak siadała owinięta w koc przy kuchennym stole i przez okrągłe okno podziwiała szalejący żywioł. Czasami zdarzało jej się wzdrygnąć, gdy niedaleko uderzył jakiś piorun, ale nie wpadła w panikę. Teraz niestety tak nie było.
   Przyczyną prawdopodobnie był Maskarad. Kiedy Alice była jeszcze nieświadoma jego obecności, często śniły jej się koszmary o bakuganach spychanych do wymiaru zagłady, którym towarzyszyły zrozpaczone krzyki ich partnerów, triumfalny ryk Hydranoida i trzaski oraz błyski piorunów. Potem budziła się zlana potem z krzykiem zamarłym na ustach.
   Właśnie dlatego bardzo cieszyła się, że tego dnia nie będzie sama. Shun, który przybył do nich, by skorzystać z teleportu i przedostać się do Nowej Vestroii, musiał poczekać do jutra, gdyż sprzęt był ciągle wadliwy. Dziadek pojechał do miasta po kilka ważnych części i wiadome było, że Alice ujrzy go dopiero rankiem, a w telewizji zapowiadano na dziś burze.
   Ruda uśmiechnęła się sama do siebie, zakasując rękawy swetra. Obecność drugiego człowieka zawsze była pokrzepiająca. Może i Shun nie należał do specjalnie rozmownych, ale w jego towarzystwie zawsze odczuwała spokój, a wszelkie problemy odpływały na dalszy plan.
   W trakcie mycia ulubionego kubka dziadka zaczęła zastanawiać się nad kolacją. Wiedziała, że pytanie Shuna nie ma sensu, bo chłopak wzruszyłby ramionami i powiedział „cokolwiek”. Całkowite przeciwieństwo Dana, on by zaraz zasypał ją propozycjami najróżniejszych posiłków.
   Kiedy umyła ostatni talerz i odstawiła go na suszarkę, wytarła ręce. Przymknęła oczy, zamyślając się na chwilę. Nie miała żadnego pomysłu na kolację. Ani jednego! Więc może spróbuje spytać Shuna? Może tym razem uzyska odpowiedź?
   Przeszła przez długi korytarz, niemal potykając się o parasol, który zapewne porzucił tu dziadek. Weszła do obszernego salonu ogrzewanego przez murowany piec stojący w centralnej części pokoju. Na brązowej sofie siedział Shun zatopiony w lekturze, jednak ledwo Alice weszła do środka, od razu oderwał od niej wzrok i przeniósł go na dziewczynę.
– Shun, masz może jakieś pomysły lub specjalne życzenia na kolację? – spytała, przestępując z nogi na nogę. Bardzo lubiła Kazamiego, ale czasami robiło się jej nieswojo, kiedy tak intensywnie się w nią wpatrywał. Szczególnie, że posiadał hipnotyzujące tęczówki o barwie bursztynu...
– Hmm... – Shun zamyślił się na moment. – już od dawna nie jadłem twojej solanki, Alice. Co o tym myślisz?
– Solanka? – powtórzyła i rozpromieniła się. – Świetny pomysł!
   Shun uśmiechnął się delikatnie, na co Alice szybciej zabiło serce i wrócił do lektury. Tymczasem ruda cała w skowronkach popędziła do kuchni i czym prędzej zaczęła przygotowywać składniki do zupy.

****

   Niemal w całej kuchni intensywnie pachniało mieszanką ziół. Zarumieniona Alice uwijała się przy półkach kuchennych, kątem oka pilnując zupy bulgoczącej w garnku. Jednak istotnym problemem okazał się jej wzrost. Zazwyczaj najpotrzebniejsze naczynia czyli talerze, miski, różnej maści garnki, patelnie, szklanki oraz kubki trzymała na niższych półkach. Niestety roztargniony profesor Gehabich musiał zapomnieć o tym, że jego wnuczka nie należy do olbrzymów i wrzucił wszystkie miski na sam szczyt. Alice na sam ten widok załamała ręce.
  Już – już chciała włazić na krzesło, kiedy do kuchni wszedł Shun. Nie musiał nawet pytać, bo Alice, która już jedną stopę miała uniesioną, oraz otwarta szafka mówiły same za siebie.
– Powinnaś mnie zawołać – westchnął. – Co mam ci zdjąć?
– Dwie miseczki z zieloną obwódką na krawędzi – wymamrotała, cofając się i zabierając przy okazji krzesło, by zrobić Shunowi miejsce.
   Nie minęło nawet pięć sekund, a owe naczynia znajdowały się na blacie stołu.
– Dziękuje – powiedziała ruda, nie umiejąc się zdobyć na podniesienie wzroku. Jej najbardziej irytująca cecha – nieśmiałość, po raz kolejny postanowiła się nad nią poznęcać.
– Jakbyś jeszcze czegoś potrzebowała, to wołaj – oznajmił jeszcze Kazami, po czym wyszedł.
   Alice oparła się ręką o stół, a jej policzki pokryły się zdradziecką czerwienią. Co się z nią działo?! Przecież znała Shuna od dawna, a teraz zachowywała się jak...jak...
   Zakochana...Nie, nie! Potrząsnęła głową, próbując pozbyć się obrazu uśmiechniętego bruneta sprzed oczu. Wzięła do jednej ręki miskę, a w drugą złapała chochlę i włożyła do zupy. Nie była zakochana, to po prostu...
   Po prostu dziś nieśmiałość wzięła nad nią górę!
   Takie wytłumaczenie nieco uspokoiło jej oszalałe serce, choć w głębi czuła, że okłamuje samą siebie.

****

   Noc zapadła szybciej niż Alice przypuszczała. Wraz nią nadciągnęły nieszczęsne burzowe chmury i pierwsze pomruki grzmotów były już słyszalne. Westchnęła, otulając się mocniej puchową kołdrą. Nawet wciągająca powieść fantasty nie była w stanie całkowicie odciągnąć jej uwagi od zjawiska szalejącego na zewnątrz zjawiska. Zamknęła książkę, położyła ją na stoliku nocnym i sięgnęła po zatyczki. Nie miała wyjścia, musiała zastosować taktykę szybkiego snu, czyli położyć się tyłem do okna, zatkać uszy i liczyć barany.
   Jednak kiedy włożyła dopiero jedną, usłyszała huk pioruna i z jej ust mimowolnie wyrwał się krótki okrzyk. Szybko zasłoniła buzię dłonią, mając nadzieję, że nie obudziła Shuna. Wzięła głęboki wdech, przyłożyła rękę do szybko bijącego serca i nasłuchiwała. Cisza. Wypuściła z ulgą powietrze.
– Nic ci nie jest, Alice? – spytał troskliwie Hydranoid, przyglądając się jej.
– Nie, po prostu ten huk był strasznie nagły – Uśmiechnęła się. – Dobranoc, Hydranoidzie.
– Dobranoc.
   Ale i tym razem ruda nie mogła zasnąć, gdyż w kuchni rozległ się jakiś grzechot. Zaalarmowana czym prędzej odrzuciła kołdrę, wsunęła stopy w ciepłe papcie i poczłapała do sąsiedniego pomieszczenia. Kuchnia była jedynym pokojem w domu, który nie posiadał zasłon w oknach, to też kiedy Alice stanęła w progu, szukając włącznika, podłogę rozświetliła różowa błyskawica, a po niej nastąpił grzmot.
   Gehabich pisnęła i wzdrygnęła się, zaciskając powieki.
– Alice?
   Uchyliła jedną i ujrzała zaniepokojonego Shuna, który stał ze szklanką wody w dłoni. Ach, czyli to był on.
– Usłyszałam dziwne dźwięki i chciałam je sprawdzić – wyjaśniła i spróbowała się uśmiechnąć, ale marnie to wyszło. – Skoro to ty, to wracam spa... – Nie zdołała dokończyć, bo rozległ się kolejny grzmot.
   Nie kontrolując swoich odruchów, zacisnęła dłoń na rękawie piżamy Shuna. Oddychała ciężko, nogi jej drżały, a w umyśle panowała wielka pustka.
   Shun przyciągnął ją do siebie i pogładził delikatnie po rudych lokach. Alice na moment przestała drżeć, czując, jak ogarnia ją spokój. Rozluźniła rękę i przymknęła oczy.
– Już wszystko dobrze – Shun ciągle jej nie puszczając, ruszył do salonu. Tam usiadł na fotelu przy kominku i otulił ich kocem. – Jestem przy tobie.
   Tej nocy Alice spała już spokojnie.


Plotki


   Od zawsze wiedziałam, że gdyby istniały zawody w doprowadzeniu Spectry do furii, bezapelacyjnie zdobyłabym złoto i nawet przy tym nie wysiliła. Byłam w tej kwestii prawdziwą mistrzynią, nawet większą niż w ładowaniu się w idiotyczne sytuacje.
   Dlatego absolutnie się nie zdziwiłam, kiedy wieczorem wróciłam do domku, a od Keitha biła aura mordu. Hmm, tym razem nie napisałam mu niczego na ścianie (pozdro dla kumatych xD) czy też coś zniszczyłam, więc co jest? A może wkurzył się na swoich – módlmy się za nich – podwładnych i jeszcze go chęć rozwalenia komuś gęby nie opuściła?
   Niby siedział na fotelu pod oknem i przeglądał coś na tablecie, ale mogłam dostrzec zarysy płomieni wokół niego. Jeszcze ten groźny wyraz twarzy i dwie grudki lodu w roli oczu. No diabeł jak w mordę strzelił.
   Ale ja się diabła nie boję, w kwestii uspokajania go też byłam championem. W końcu jakoś bez specjalnego szwanku przetrwałam okres, gdy totalnie mu odbiło, nie?
– Co ci? – spytałam prosto z mostu, wieszając mu się na szyi.
– Nic takiego – mruknął, odkładając tablet i sadowiąc mnie na swoich kolanach. Aura mordu gwałtownie osłabła. Hyhy, mówiłam?
– Hmm, coś nie wierzę, masz wzrok, jakbyś chciał kogoś zabić – stwierdziłam i zaczęłam dźgać go paznokciem w policzek. – No powieeeedz.
– Naprawdę nic mi nie jest, Jess – westchnął i oparł głowę o moje ramię.
   Uśmiechnęłam się pod nosem i już chciałam sięgnąć po książkę, którą rano porzuciłam na stoliku kawowym, gdy przebiegł mnie dreszcz, bo poczułam jego usta na szyi.
– Keeeith – jęknęłam ostrzegawczo, lecz mnie olał. – Przestań, jutro mam ważną rozmowę –Przestał, więc odetchnęłam. – Poważnie, co cię tak nagle napadło? – burknęłam i zauważyłam, że płomienie powróciły. O cholera.
 W odpowiedzi wrócił do przerwanej czynności ze zdwojoną siła. Przewróciłam oczami i próbowałam go trzepnąć. Złapał mnie za nadgarstek, jednocześnie mocniej zasysając skórę, po czym ją przegryzł. Cicho jęknęłam i zadrżałam, na co pogładził mnie po udzie i zaczął lizać ranę. Dopiero po chwili przestał i podniósł na mnie pociemniałe nieco tęczówki.
   Cofam.                                                                  
   On nie jest zły.
   On jest wkurwiony.

****

   Reinare przez moment przyglądała mi się, mrużąc powieki, po czym odchyliła się na krześle, łapiąc szklankę. Siedziałyśmy w jednej z moich ulubionych vestaliańskich kawiarenek, która była wciśnięta w wąską uliczkę z dala od centrum miasta. Wnętrze było bardzo przyjemne. Ściany pomalowane na jasne kolory, pastelowe stoliki i fotele, a to wszystko oświetlane przez lampy z białym kloszem zdobione czarnymi rysunkami ptaków lub roślin.
– Jest zazdrosny – wydała osąd i pociągnęła kilka łyków soku przez rurkę. – Pewnie dlatego cię „oznaczył” – postukała palcem w szyję. – Tacy jak on tak mają.
– Ale o co? – mruknęłam. Po tej jego małej akcji zachowywał się już normalnie, ale luj wie, co mu może odwalić. Dodatkowo twierdził, że dramatyzuje i nie raz miałam od niego malinkę. Tu się zgodzę, ale ich tworzeniu nie towarzyszył nigdy wzrok zabójcy!
– No ja ci na pewno nie powiem. Co robiłaś wczoraj?
– Byłam z Jane i Phoebe w kinie – położyłam brodę na stoliku. – Pomyślał sobie, że zmieniam orientację? – zakpiłam.
– A wcześniej?
– Ym...chyba poszłam wybierać z Rogerem prezent dla jego dziewczyny – Widząc znaczący wzrok Rei, machnęłam ręką. – Zły trop, on go zna od dość dawna.
– Ale mówimy o Spectrze – zauważyła, bawiąc się guzikiem jedwabnej zielonej koszuli. Założyła nogę na nogę. – Nie wiem...nie zachowywał się dziwnie ostatnio?
– Nope, jak mu coś nie pasuje, to mówi wprost. No, przynajmniej do tej pory mówił – westchnęłam, wyprostowałam się i wyjrzałam na uliczkę, podnosząc filiżankę z herbatą.
   Po kilku sekundach cała jej zawartość znalazła się na stoliku oraz moich nowych rurkach.
   Uliczką szedł sobie Keith w białym kitlu narzuconym na ramiona. Z dziewczyną, której nie znałam. Zamrugałam kilka razy i przetarłam oczy, ale widoczek nie znikał. Dziewczyna miała błękitne włosy sięgające jej do pośladków i była ubrana w pomarańczowy kombinezon ze srebrnym zamkiem oraz czarne buty o grubej podeszwie. Hm, uniform typowy dla techników z laboratorium. Tylko co oni robią na mieście w środku dnia? RAZEM?
   Keith mnie zauważył i pomachał, a techniczka skłoniła się szybko, po czym zasłonili ich inni przechodnie. Zmrużyłam oczy i zwróciłam wzrok na Rei, która z rozdziawioną buzią wpatrywała się w okno.
– Widziałaś to?! – Wycelowała palcem w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był Spectra.
– Yhym, nawet mi pomachał – mruknęłam, wyciągając ze torebki chusteczki. Okazało się to niepotrzebne, bo zaraz jakaś pracownica przyleciała z ręcznikiem, który mi wręczyła, szmatką i pytaniem czy nic mi nie jest.
– Ciekawe, czy to jakaś jego była kochanka – zamyśliła się Reinare, a ja prawie poplułam, słysząc to.
– Co? – wykrztusiłam, przerywając osuszanie spodni.
– Ara, nie wiedziałaś? Kiedy Vexosi byli na szczycie popularności, organizowano wiele imprez lub wydarzeń „zaszczyconych” ich osobami. Wtedy spora część Vestalianek lubiła się chwalić, że ich spotkała i no... polecieli do sypialni. Większość to pewnie plotki, ale...chyba jedynie dzieciak albo totalna ciota by nie skorzystała... – spostrzegła, że czarna aura dosłownie ze mnie wypływała i lekko zbladła. – Ale spokojnie to tylko spekulacje, nikt nie mówi, że tak było.
– Nic się nie stało, Rei – oparłam brodę o nadgarstek. – Pogadam sobie z Keithem później – wycedziłam, mrużąc oczy i prawie krusząc ucho filiżanki.

****

  Więc to tak? Na mnie się wkurza o zwykle nie wiadomo co, a się doskonale bawił kilka lat temu i nawet się słowem nie zająknął? Ooo nie, tak łatwo nie będzie! Zacisnęłam pięści, przyśpieszając krok. Do domu miałam jeszcze spory kawałek, ale nie złapałam taryfy ani nie skorzystałam z tramwaju, bo chciałam się z tym przejść i jak to mówi Shiena „wychodzić złość”.
– Nie żebym go bronił, ale to było szmat czasu temu, Jess – odezwał się Fludim.
– Irytuję mnie tylko to, że o tym nie powiedział. Przeszłość to przeszłość, ale on wie o Jordanie – mruknęłam, otulając się ciasno rękami, gdyż chłodny wiatr sieknął mnie w twarz.
– A nie jesteś zwyczajnie zazdrosna?
– Phi, ja? Ja to nie on, nie obrażam się o byle co – wydęłam policzki i wreszcie doszłam do czarnych sztachet, za którymi rosły krzaki irksu*.
   Pchnęłam białą bramę i weszłam na brukową kostkę, którą była wykładana alejka prowadząca do domu. Mieszkanie na przedmieściach miało swoje plusy, bo miałam dom, ale jednocześnie odległość do centrum była dobijająca.
   Rzuciłam bluzę na wieszak i zaczęłam szukać blond cioty. Znalazłam go w gabinecie.
– Co to była za dziewczyna, hm? – spytałam, zakładając ręce na piersi i opierając się o drzwi.– Twoja była kochanka?
   Stanowczo nie spodziewał się takiego pytania, bo przestał czytać jakieś papiery i podniósł na mnie oczy, które urosły do rozmiaru talerzy.
– O czym ty mówisz? Jaka kochanka?
– Słyszałam od Reinare, jak to się bawiłeś za czasów Vexos – odparłam, podnosząc podbródek. – Więc?
   Westchnął i przyłożył dłoń do czoła, kręcąc głową.
– To była tylko techniczka, Jess. Poszliśmy po materiały dla nowego zestawu dla Fludima, który tak chciałaś – powiedział, patrząc na mnie przez palce. 
– Eh? – zamrugałam kilka razy i uświadomiłam sobie, że mówił prawdę: trułam mu o tym zestawie przed dwa dni! Pokręciłam głową. – W każdym razie nic mi nigdy nie mówiłeś o tych dziewczynach! – uderzyłam dłońmi w blat biurka, świdrując go wzrokiem.
– Naprawdę myślisz, że jakakolwiek z nich mnie obchodziła i obchodzi? – Przechylił głowę. – Nie mów mi...jesteś zazdrosna? – przyjrzał mi się badawczo, uśmiechając pod nosem.
– Chyba śnisz – prychnęłam. – Tylko napominam, jasne? Poza tym to ty dziwnie się wczoraj zachowywałeś! O co ci chodziło?
– Wiesz, Jess... – wstał z krzesła i nachylił się w moją stronę. – każdy byłby zły, gdyby jego narzeczona ignorowała go przez trzy dni – Widząc mój nieogar na twarzy, wyjaśnił. – Od trzech dni pojawiasz się w domu tylko wieczorem, więc musiałem ci przypomnieć, że jednak z kimś tu żyjesz.
   Złapał kosmyk moich włosów i zaczął kręcić na palcu.
– Ha? Tylko o to ci chodziło? Nie można było powiedzieć? – jęknęłam. – Jak z dzieckiem.
– To nie ja jestem zazdrosny o jakieś wyimaginowane kochanki.
– Nie jestem zazdrosna!
– To niby czemu się tak złościsz? I pędzisz na złamanie karku, tylko by dowiedzieć się, kim była ta kobieta?
   Zamilkłam, bawiąc się palcami. Keith westchnął rozbawiony, puścił kosmyk i podniósł mój podbródek. Przyglądał mi się z uśmiechem, który mówił "wiem, jaka jest prawda", jednocześnie gładząc kciukiem mój policzek lub przejeżdżając nim po wargach.
– To jak jest? 
– Nooo... – Nachylił się jeszcze bardziej, przez co prawie stykaliśmy się nosami. Owiał mi szyję ciepłym oddechem. Wzdrygnęłam się. – Może nieco byłam.
– Właśnie to chciałem usłyszeć – stwierdził, zanim przycisnął swoje usta do moich.

* takie kwiatki na Vestalii podobne trochę z wyglądu do tulipanów.

Hyhyhy, to znowu ja i moje miniaturki, które, według mnie, wyszły całkiem przyzwoicie. Wczuwałam się w nie! Wiem, że jest o jedną mniej, ale biorąc pod uwagę ich długość (każda plus minus tysiąc słów), to wychodzi na jedno xD Nigdy więcej Shun x Alice, cholernie ciężko mi się piszę o takich spokojnych i cichych postaciach ^^''
No nic, mam nadzieję, że się podobało, ja spadam i Wesołych Walentynek!
Ps. Pamiętajcie 15 to dzień singla i są promocje na czekoladę! XD