poniedziałek, 9 lipca 2018

S2 Rozdział 14: Nierozerwalna więź.

~ Uprzedzam, że rozdział jest długi, ale to taka moja rekompensata, za te wszystkie nieobecności. Mam nadzieję, że dotrwacie do końca ^^ ~



    Heather omiotła wzrokiem poczekalnie w punkcie dostępu, gdzie miała się spotkać z którymś z Wojowników. Jednak nikt nie siedział na oczojebnych pomarańczowych krzesełkach ani nie opierał się o ściany pomalowane na mandarynkowy kolor. Skrzywiła się. To połączenie kolorów bolało jej oczy i sprawiało, że czuła się niekomfortowo. Tylko gorzej by było, gdyby całe pomieszczenie było utrzymane w bieli i żółci; barwach Haosu.
   Przeczesała włosy, wzdychając niecierpliwie.
– Chcesz coś do picia?
   Zerknęła na Nathana. Trzymał w dłoni czarny portfel i uśmiechał się miło, ciągle mając te maślane oczka. Uprzytomniło jej to, że musi grać zestresowaną i przerażoną, jeśli ma oszukać Wojowników. Przybrała więc zbolały wyraz twarzy i zaczęła miąć rąbek spódnicy.
– Poproszę wodę. Gazowaną.
   Chłopak po chwili wrócił z półlitrową butelką. Postawił ją koło niej i sam padł na ławkę, odchylając głowę do tyłu.
– Spóźniają się, coo? – zagadnął.
– Trochę – mruknęła i odkręciła zakrętkę.
   Nie zdążyła wziąć porządnego łyka, gdy drzwi od poczekalni rozsunęły się i do środka wpadł zaaferowany Dan. Los naprawdę ją kochał, skoro na drodze stawiał jej największe ameby umysłowe, jakie wychował świat. Szatyn szybko ją zlokalizował i dobiegł do niej, wyrzucając z siebie jakieś usprawiedliwienia o spalonych tostach, korkach i sznurówkach. Zbyła to milutkim uśmiechem i mówieniem, że nic się nie stało.
– To jest Nathan. Mój kolega, który widział wczorajsze zajście z daleka, lecz uciekłam i nie zdążył mnie dogonić – przedstawiła Crovena, zaklinając go w myślach, by niczego nie spartolił.
   Chłopcy wymienili uściski dłoni, po czym Kuso znów zwrócił się do niej.
– Czyli jesteś pewna, że chcesz walczyć z Gundalianami?
– Tak – powiedziała pewnym głosem. – Muszę odnaleźć moich kumpli. – Zacisnęła dłoń w pięść. – Dlatego proszę was o pomoc.
– Oookej i wszystko jasne! – zawołał Dan i zrobił gwałtowny obrót. – A teraz chodźcie, zaprowadzę was do reszty! – Wyszczerzył zęby.
   Podążyli za nim. Nathan nie miał zielonego pojęcia, co tak właściwie się stało i już chciał się spytać Heather, gdy poczuł, jak ta łapie go za rękaw koszulki. Hormony zaczęły w szalonym tempie biegnąć przez układ krwionośny, w mózgu pojawiła się żółta tabliczka z migającym na czerwono napisem „Error”, a wszelkie rozsądne myśli zostały pożarte przez motyle, który wydostały się z brzucha. W ułamku sekundy zgłupiał całkowicie i nawet warknięcie zielonowłosej w jego uszach zabrzmiało jak prośba wypowiedziana słodkim głosikiem.
– Żadnych pytań.
   Dał się ciągnąć niczym szmaciana lalka, nie dostrzegając, że Heather daleko jest od miłej dziewczynki. Jego stan ameby przebił wszystkie poprzednie, co rzecz jasna było nastolatce na rękę. Miała tylko lekkie trudności z ciągnięciem jego cielska, ale wystarczyło, że kopnęła go w kostkę, by zaczął iść szybciej.
    Myśli Dana były zbyt zaprzątnięte misją Fabii i Marucho, którzy udali się do Bakuprzestrzeni w celu wyciągnięcia stamtąd jak największej ilości ludzi, przez co nie zauważył niczego dziwnego. Owszem nigdy nie należał do specjalnie spostrzegawczych osób, lecz od czasu incydentu z Renem uważniej obserwował otoczenie. Jednak dla niego Heather nie mogła być szpiegiem, Marucho znalazł ją nawet w dawnych rankingach jeszcze za czasów Maskarada. Był też zbyt rozproszony, co Heather radośnie wykorzystywała.
    Używając mocy Drago, przenieśli się do oficjalnej bazy Wojowników, która mieściła się w dodatkowym pokoju administracyjnym w Bayview w punkcie dostępu.
   Pierwszą rzeczą, jaka rzucała się w oczy, był ogromny plazmowy ekran umieszczony na ścianie naprzeciwko drzwi wejściowych. Przed nim stał długi srebrny stół z sześcioma krzesłami wymoszczonymi zielonymi poduszkami, a wokół tego wszystkiego były rozwieszone lub wyświetlone różne tablice, wykresy lub mapy. Była tu nawet mini kuchenka z ekspresem. Nie ma co baza operacyjna pełną gębą.
– Dzień dobry – przywitała się Heather, widząc Shuna oraz Jake.
   Obydwaj skinęli do niej głowami i spojrzeli pytająco na Dana.
– Heather zdecydowała, że chce razem z nami dopaść Gundalian i uratować przyjaciół.
   Shun zmrużył oczy, mocniej oplótł rękami tors i spojrzał na Nathana.
– A to kto?
– Jestem Nathan, przyjaciel Heather,  widziałem, jak wczoraj ten krzaczasty zniknął z Bennym i Archiem – oświadczył Croven, drapiąc się po karku. – To moi kumple – dodał na wszelki wypadek.
   Heather w duchu pogratulowała sobie, że powiedziała mu imiona kuzynów i zajęła wskazane przez Dana miejsce.
– Też chcesz z nami lecieć na Gundalię? – drążył Kazami.
    Heather nie drgnęła ani nie zmieniła wyrazu twarzy, lecz nastawiła uszy. Jeśli ten teraz palnie, że tak, to będzie miała dodatkowy balast na głowie, którego trzeba będzie się szybko pozbyć. Wiedziała, że to tylko kwestia czasu, zanim zacznie zadawać niewygodne pytania.
– Co? Nie, nie – Nathan uniósł ręce i pokręcił nimi stanowczo. – Mam pracę, nie mogę. Przyszedłem tu dziś, bo Heather chciała mieć towarzystwo.
– To prawda – powiedziała, odwracając głowę i obdarzając go uśmiechem. Prawie przyprawiła go tym o zawał ze szczęścia, ale olała to i zwróciła się do Shuna. – Po prostu trochę bałam się iść sama.
– Z nami nie będziesz musiała się bać! – oświadczył głośno Jake. Wypiął tors i dźgnął się w niego kciukiem. – Mistrzunio i Drago nigdy nie przegrają z jakimiś ufokami! Ja również!
   Mówiąc to, utwierdził Heather w przekonaniu, że póki co w pomieszczeniu znajduje się jedna rozsądna osoba i jest nią Shun. Mimo to uśmiechnęła się i podziękowała za te jakże pełne otuchy słowa, choć doskonale wiedziała, że wkurwiający rudzielec będzie pierwszym przegranym. Bez dwóch zdań.
   W pokoju pojawili się Fabia wraz z Marucho. Oczywiście zaraz posypały się pytania, więc Dan pośpieszył z wyjaśnieniami. Po około kwadransie wszystko stało się jasne i ku zadowoleniu Heather Marukura oraz Fabia nie mieli do niej żadnego problemu. Została zaakceptowana przez wszystkich jako biedna dziewczyna próbująca uratować przyjaciół. Doprawdy, ma taki talent aktorski czy oni są aż tak tępi?
– Heather, będę musiał już lecieć – szepnął Nathan trzymając w dłoni wibrujący telefon i z miną, jakby miał tam bombę.
– Rozumiem, dziękuje ci bardzo – Cmoknęła go przelotnie w policzek, odnotowując z zadowoleniem, że się zarumienił. Im bardziej da się omotać, tym mniej szkodliwy będzie. – Spotkamy się jutro, dobrze?
– J-jasne! – wykrztusił. – Hej, mogę użyć teleportu? – Zerknął na Wojowników.
– Droga wolna! – Dan machnął ręką.
   Nathan wypadł na korytarz niczym niesiony na skrzydłach.
– Wracając do tematu twoich przyjaciół – odezwał się Shun. – Masz może jakieś ich zdjęcie lub coś takiego?
– Hmmm, coś powinnam mieć – Udała zadumę i zaczęła grzebać w worku z Adidasa. – O, jest! – Wyciągnęła sfałszowane zdjęcie i podała je Kazamiemu. – To Benny, a to Archie – Postukała paznokciem najpierw w twarz piegowatego szatyna a potem bruneta z blizną na policzku.
– Możemy zrobić kopie? – spytał Marucho, przejmując fotografię.
– Pewnie, tylko oddajcie mi potem oryginał, dobrze?
– Przełóżmy to na później – przerwał im Shun. – Teraz mówcie, co tam w Bakuprzestrzeni.
   Heather oparła się wygodniej i również zaczęła słuchać, mając nadzieję, że dowie się czegoś jeszcze.

****

– Stresujesz się?
   Zerknęłam na Fludima, który siedział na pędzlu od pudru. Skinęłam głową, po czym wróciłam wzrokiem do swojego odbicia. Próbowałam za pomocą różu i rozświetlacza nieco zamaskować fakt, że jestem blada jak trup, jednak nic to nie dało. Z lustra spoglądała na mnie przerażona dziewczyna mająca może za kilka godzin spotkać swojego brata. Na dodatek ciągle nie pamiętałam, co takiego ważnego wiązało Kenjiego z Daphteą, a sny z jego udziałem stawały się coraz częstsze. Tak, tak, chyba wracamy do podobnej szampańskiej zabawy co z fragmentami. Ciekawe co tym razem mnie opęta?
   Prawie dostałam zawału, gdy na moim ramieniu spoczęła ciepła ręka.
– Zaraz się spóźnisz, Jess – powiedziała mama. W drugiej dłoni trzymała miękki kaszmirowy szal. – Boisz się?
– Trochę – mruknęłam. – Minęło już jedenaście lat. Nawet nie wiem, jaki on jest. Nie znam go. Nie chcę mu niszczyć życia. Ale jednocześnie chcę go poznać – Z trudem przełknęłam ślinę.
    Mama przykucnęła i oparła swój ciepły policzek o mój lodowaty. Miałyśmy inne rysy twarzy, jej nos był zadarty, mój prosty, oczy miała barwy liści mięty. Jedynie kosmyki w odcieniu orzechowego brązu mogły kiedyś świadczyć, że jesteśmy spokrewnione.
– Może być tak, że twój brat cię odrzuci. Z więziami tak to już jest. Czasami te tworzone przez krew są kruchsze niż te stworzone z przypadku. Nieważne, co się stanie, będziesz musiała to zaakceptować, nawet jeśli będzie to bolesne. Musisz tylko pamiętać, że zawsze będziesz miała mnie, tatę i Micka, dobrze? – Uśmiechnęła się, gładząc mnie po głowie. – Bez względu na wszystko.
– Wiem, mamo.
– No to wstawaj i idź. – Klepnęła mnie lekko w plecy i wyprostowała się, jednocześnie owijając moją szyję szalem.
   Gdy wyszła z pokoju, włożyłam błyszczyk do kieszeni szafirowego płaszcza, po czym zarzuciłam go na ramiona. Wzięłam jeszcze jeden głęboki wdech, by się uspokoić i ruszyłam do teleportu. Wstukałam współrzędne.
   Będzie dobrze, Jess. Jak coś pójdzie nie tak, to zawsze możesz iść upić się do nieprzytomności, zwalając problem doprowadzenia cię do porządku na resztę.

****

   Raczej nikt nie lubi, gdy ktoś przerywa mu dopiero co zaczęty relaks. Nie inaczej było w przypadku Jane, która pełnymi garściami korzystała z pustego przystanku, siedząc po turecku na ławce w rozpiętej pikowanej kurtce i słuchając zespołu Rixton. Miała dziś naprawdę wiele męczących zajęć takich jak przeżycie dwóch chemii, unikanie Rogera, utrzymywanie Akane we względnej równowadze psychicznej, zabieranie Jess nożyczek oraz cyrkla, gdy ta szła na fizykę z najgorszymi zamiarami czy powstrzymywaniem Haruki przed zadźganiem piórem biednej Stelli, która na chwilę odleciała podczas szycia sukienki, w wyniku czego szew był lekko krzywy. Szczerze mówiąc, czasami czuła się jak matka musząca powstrzymywać co chwilę swoją gromadkę dzieci przed zdemolowaniem całego miasta. A warto zauważyć, że była od nich starsza zaledwie o rok. Tsa, Haruka mówiła, że to ona ma trudno, kiedy Wilson, Aki i Jess wpadają na jakieś idiotyczne plany, ale mocno przesadzała. Co niby mogło się im stać, gdyby zaatakowały tamtych nachalnych typów zapalniczką oraz dezodorantem? Albo pożyczenie na chwilę wozu z lodami, by nie płacić za taksówkę? To nie były żadne głupie pomysły a zdroworozsądkowe myślenie!
   No ale wracając do tematu, chciała się wyciszyć i odpocząć. Nie było jej to dane, albowiem na horyzoncie zamajaczyła sylwetka Phoebe. Nie trzeba było być geniuszem, by dostrzec, że dziewczyna jest w stanie przypominającym głęboką depresję pomieszaną z furią.
– Pieprzyć to wszystko! – warknęła przewodnicząca klasy jej przyjaciółek, z całej siły kopiąc kosz, który zaczął się chybotać.
   Jane zatrzymała piosenkę i zdjęła słuchawki. Wolała nie drażnić już wkurwionej nastolatki swoim zwyczajowym wyjebaniem. Znała jej możliwości, a naprawdę chciała wrócić do domu bez szwanku.
– Bracia Rendich? – strzeliła, jak się okazało po minie Phoebe, celnie.
– Tak, a konkretnie Drake! Wiesz, że przez niego Gepardzica będzie mnie teraz obserwować?! I jeszcze mówiła, że się na mnie zawiodła! – Blondynka znów kopnęła niewinny blaszany kosz. W jej brązowych oczach niemal płonął ogień. – Nie odpuszczę mu tego, dziś może zwiał, ale jutro zginie. Przetrę nim wszystkie męskie toalety w szkołach w Los Angeles, potem przywiąże do podwozia samochodu i przejadę się przez autostradę na pełnej prędkości – wycedziła, zaciskając palce na kształt szponów. Zamachnęła się nogą.
– Lepiej przestań, jak jakiś nauczyciel zauważy, zacznie się pluć, że niszczysz własność publiczną – przestrzegła ją Jane.
   Phoebe zamiast tego z całej siły kopnęła w chodnik, ciągle mamrocząc przekleństwa pod nosem. Wilson trochę jej współczuła, bo słyszała od Jess, jak bardzo ta dziewczyna ceni sobie dobrą opinię i jak ciężko na nią pracuje. Nic dziwnego skoro chciała zostać dyplomatką albo ambasadorką.
– Jeśli chcesz się wyżyć, to może lepiej będzie kogoś sprać w Bakuprzestrzeni? – zasugerowała. – Mogę iść z tobą.
   Phoebe przyjrzała jej się, mrugając raz po raz.
– Serio? Nie masz żadnych planów?
– Póki co nie. To jak będzie?
– Bardzo chętnie!
   Jane uśmiechnęła się pod nosem, widząc, że dziewczyna nieco ochłonęła. Żywiła tylko nadzieję, że Phoebe nie będzie wyżywała się przez trzy godziny, bo serio miała ochotę na zapiekankę mamy.

****

   Tyle złota oraz srebra nigdy nie widziałam na żadnym festiwalu. Budki bileterów, atrakcje, nawet stoiska z jedzeniem miały pozłacane elementy. Co do cudnej „Szybującej Bańki” Barona, to już obiecałam w duchu chłopakowi uduszenie gołymi rękami. Wiecie, co to była za atrakcja?! Wchodziło się do miękkiej przeźroczystej napompowanej piłki, która następnie została wyrzucana przez specjalne metalowe ramię do góry. Bez zabezpieczenia! Phy, a po co? Bańka miała bardzo grube i elastyczne ściany, przez co odbijała się od ziemi. Wszystko w sumie pięknie ładnie, lecz tam nie było siedzeń ani niczego takiego. Nie zliczę, ilu osobom przywaliłam łokciem lub kolanem. Ogólnie to Vestalianie – nie licząc Barona – nie mieli absolutnie żadnych problemów z utrzymaniem równowagi. Co najwyżej lekko się chwiali, gdy piłka stykała się z podłożem. To by w sumie tłumaczyło, jakim cudem Gus lub Spectra nawet podczas ciężkich walk mogli stać na swoich bakuganach bez trzymanki i nawet nie drgnęli.
   Na samo wspomnienie poczułam nawrót nudności i przyłożyłam dłoń do ust. Reszta na szczęście tego nie zauważyła, bo byli zbyt pochłonięci wypatrywaniem jakiejś znanej aktorki, która mignęła im w tłumie.
– Poproszę jedną nalewkę z komucja. – Keith złapał mnie za tył płaszcza, tym samym zatrzymując przed jednym ze stoisk, od którego bił słodki zapach. – Mogłaś od razu powiedzieć, że źle się czujesz – mruknął, zerkając na mnie przez ramię.
– To tylko chwilowe mdłości – odparłam i machnęłam ręką. – Nie przewidziałam, że moim żołądkiem będzie aż tak miotało.
– Hej, nie zostawajcie z tyłu! – krzyknęła Mira, machając do nas ręką. – Tu niedaleko jest ta słynna wróżka!
   Ace – jakimś cudem Spectra nie wywalił go z naszej radosnej grupki – popatrzył na mnie, sugestywnie unosząc brew i zerkając na Fermina. W odpowiedzi uśmiechnęłam się promiennie i pokazałam mu środkowym palcem, gdzie sobie może wsadzić swoje domysły.
– Już idziemy! – odkrzyknął Keith i wcisnął mi do dłoni niewielki kubeczek z ciepłym naparem. – Dobrze działa na żołądek, więc wypij wszystko.
– Hai, hai, przyjęłam – Uśmiechnęłam się i otuliłam kubek dłońmi.
   Ruszyliśmy w stronę reszty. Odciągnęłam szal od ust, by móc wziąć łyka. Napój na początku był gorzki, ale po chwili stał się słodszy, smak nieco przypominał poziomki. Przyjemnie przy okazji rozgrzewał, co było ważne, bo na Vestalii panował już niezły chłód. Tylko poczekać, aż zacznie padać śnieg, a wtedy mój świetny teleport na pewno do reszty zwariuje.
   Keith miał, hmm, jak to powiedzieć, by nie skłamać...no wyjebane na to zimno po prostu. Serio, szedł ubrany w granatową bluzkę z długim rękawem, na to narzucił krótką czarną kurtkę i tyle. A ja obok dreptałam w zapiętym płaszczu do kolan i owinięta szalem po czubek nosa. I nie, to nie ja byłam jakaś nadwrażliwa na pogodę. Mira, Ace, Baron i Gus też byli ciepło ubrani, a Leltoy miał nawet nauszniki. Ja czaję, że Pyrus, ale bez przesady, co on ma wyższą temperaturę ciała?
– Nie zimno ci? – spytałam z nutką ironii, patrząc na niego.
– To delikatny przymrozek.
   Tsa, delikatny jak kurwa motylek. Taki zmutowany, mierzący trzy metry, ważący półtora kilo i mający dwie pary czułek.
– Chociaż rękawiczki by się przydały. – Potarł z lekka zgrabiałe ręce.
   Odciągnęłam jedną dłoń od kubka i złapałam jego zimną odpowiedniczkę. Nic nie powiedział, jedynie splótł swoje palce z moimi.
– Już nie trzeba.
   Uśmiechnęłam się pod nosem. Doszliśmy do reszty. Wtedy Keith od razu stał się mniej zrelaksowany, bo ujrzał Ace’a, który przekroczył tę magiczną granicę metra od Miry i trzymał rękę na jej ramieniu. Gus miał minę pełną zwątpienia, gdy na nich patrzył, jakby wiedział, że zaraz ta nieszczęsna dłoń zostanie odgryziona przez Fermina. Keith zmrużył oczy i wyrwał się do siostry, ciągnąc mnie za sobą, Baron rzucił się ostrzec Ace trwającego w słodkiej nieświadomości niebezpieczeństwa, gdy rozległ się radosny okrzyk.
– Hej, hej, nic mi nie mówiłaś, że jesteś razem z Keithkiem!
   Stanęłam jak słup soli, a słowo „Keithkiem” dźwięczało mi w uszach. Po prawej usłyszałam pierwsze parsknięcie śmiechu. W końcu sama nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać.
– Huh? O co chodzi?
– Chyba miliony razy cię prosiłem, byś skończyła z tymi zdrobnieniami, Volan – westchnął Keith, sztyletując Reinare lodowatym spojrzeniem.
   Dziewczyna uśmiechnęła się, kiwając na piętach. Czarna czapka zsunęła się jej bardziej na lewą skroń, przysłaniając przy okazji oko.
– No wybacz, wybacz, przyzwyczajenia – zachichotała.
– Znacie się? – wykrztusiłam, gdy w końcu opanowałam śmiech i dźgałam Ace’a łokciem, by też tak zrobił, bo postawa Keitha niezbicie wskazywała, że go zaraz zamorduje na środku ulicy.
– Nieste...
– Od liceum! – Rei przerwała Ferminowi w pół słowa. – Zgubiłam Venę, więc zaczęłam się tak kręcić bez celu, a tu nagle widzę was. Pomyślałam, że ją może widzieliście – zmieniła kompletnie temat.
– Venę? – spytaliśmy równocześnie z Baronem.
– Średniego wzrostu, ma długie proste włosy w kolorze śliwki i śliczne oczka, jakby wykonane ze złota. Powinna się kręcić z takim brunetem.
– Nie widzieliśmy nikogo takiego – powiedział Gus, bo jego mistrz już miał chyba bo dziurki w nosie udzielania się społecznego i wbił wzrok w oddalony punkt, gdzie unosiła się jasna łuna.
– Ehh, może poszli na wzgórze – westchnęła Rei i spuściła ręce. – No nic, pokręcę się z wami!
   Uwiesiła mi się na ramieniu, przez co niemal upuściłam kubek z naparem. Ewidentnie ci od Pyrusa mają jakąś cieplejszą krew, bo ona była tylko w legginsach, skórzanych kozaczkach, czerwonej bluzie oraz wcześniej wspomnianej czapce.
– I jak ci się podoba Daphtea, Jess? I co tam u pana Vamkil? O czym rozmawialiście? Bo ja cudem zdążyłam, a już było blisko, by Klaus – san mi głowę urwał! – zalała mnie falą pytań i nie dała czasu na odpowiedź, bo popatrzyła na Keitha, którego ciągle trzymałam za rękę. – Zabieramy się z Jess na kilka minutek, potem ci ją zwrócę – Puściła mu oczko.
   Kilka minut później siedziałyśmy na ławce pod fontanną. W oddali słyszałyśmy dźwięki bębnów oraz trąbki. No tak ceremonia na zakończenie.
– Jesteś pewna, że się później odnajdziemy, Rei? – spytałam powątpiewająco, wskazując na tłum. – Z moją orientacją w terenie jest średnio, tak ci powiem.
– Nie czaruj, jest tragiczna i przyprawia mnie czasami o zawał – parsknął Fludim.
– Lepiej obsługuję GPS niż prowadzę taksówkę – powiedziała uspokajająco Reinare.
– To wcale nie polepsza sytuacji.
– Kochana jesteś.
– Od zawsze.
   Volan parsknęła śmiechem, zakładając nogę na nogę.
– Zawsze możemy też szukać dziewcząt, które ze ślinotokiem wpatrują się w kogoś. To z pewnością będzie Keith – uznałam.
– Jesteście parą?
– Chyba można to tak określić – stwierdziłam po krótkiej chwili.
– Chyba?
– Żadne z nas nigdy czegoś takiego nie powiedziało – westchnęłam, rozkładając ręce.
– Hee? Jak słodko – Rei uśmiechnęła się, a oczy jej zabłyszczały. – Może i to będzie brutalne, ale wydawało mi się wcześniej, że Keith nie znajdzie sobie jakiejś normalnej dziewczyny. Wiesz, w liceum główny nacisk kładł na naukę i nie zwracał uwagi na swoje adoratorki. Nie wiem, jak to było, gdy był liderem Vexosów, aleeee – Zaczęła nawijać kosmyk włosów na palec. – kobiety się do niego kleiły. Tylko, że głównie miały parcie albo na jego sławę albo wygląd.
   Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszyłam, że Aki lub Mick tego nie słyszeli. Wtedy na pewno odwalili by swój „Awaryjny plan wpajania tej zakochanej idiotce, że Spectra to zło wrodzone”. I ja nie żartuję z tą nazwą, Aki ma tak zapisane w notatkach w telefonie.
– Braciszku, stóóój! To te najnowsze maskotki z mini laserami!
   Obróciłam głowę w stronę małej dziewczynki z dwoma kucykami, którą ciągnęła niewiele starszego chłopca za kurtkę i wskazywała palcem na pluszaki wywieszone na jednym ze stoisk. Widok zaczął mi się rozmazywać przed oczami, jakby pochłaniała go złoto- srebrna łuna.
Ehh, może poszli na wzgórze.
    Kwadratowy lampion zdobiony po bokach w srebrne fale na tle niemal żółtej trawy, którą delikatnie głaszcze wiatr.
  Poszli na wzgórze.
   Maska mająca przy policzkach doczepione czerwone piórka. Przez otwory na oczy widać okrągłe, błękitne tęczówki. Wąskie usta otwierają się, gdy chłopiec podnosi rękę.
– Chodźmy, Jessie.
   Poczułam, jak powietrze twardnieje mi w płucach i nie chce iść dalej. Słyszałam, że Rei coś mówi, ale nie docierały do mnie słowa. Nie umiałam oderwać wzroku od rodzeństwa, które już odchodziło od stoiska. Dziewczynka przyciskała do piersi pluszaka, a chłopczyk wymachiwał czerwonym pękatym lampionem.
– Kenji... – wydusiłam z trudem, ciężko oddychając, jakbym mając astmę, przebiegła maraton.
– Jessie?
   Wzgórze.
   Księżyc oświetlił swym jasnym blaskiem huśtawkę. W sznurki, którym była przywiązana do grubej gałęzi, miała wplecione kwiaty. Gdy się na niej siadało, widziało się całą panoramę miasta, które na kilka chwil tonęło w złoto – srebrnym kokonie, który tworzyły lampiony.
   Wzgórze.
   Zerwałam się z ławki, prawie przyprawiając Rei o palpitacje serca. Nie zwróciłam na to uwagi, tylko złapałam ją za ramię i potrząsnęłam.
– Gdzie jest to wzgórze, na które poszła Vena? – spytałam.
– Na wschodnim wylocie Velarii, ale skąd ty to...Ej, Jessie! – krzyknęła za mną, ale już jej nie słuchałam.
   Wbiegłam w falę Vestalian, nie siląc się na mruczenie jakiś przeprosin. Wręcz przeciwnie przepychałam się przez nich, czasami używałam łokci, ignorując oburzone krzyki czy komentarze o braku kultury. W końcu przedostałam się do luźniejszej części, gdzie mało kto się kręcił.
   Jak mogłam zapomnieć, że co roku z Kenjim chodziliśmy na to wzgórze, by podziwiać zakończenie festiwalu? Przecież to była nasza tradycja, od dnia, gdy pierwszy raz byłam na Daptheii!
   Skręciłam z głównej ulicy i zaczęłam biec przez park, słysząc coraz głośniej bębny. Choć może to krew w moich uszach tak dudniła? Czułam już zapach kwiatów lomni. Byłam blisko. Jeszcze tylko dwie przecznice i skrzyżowanie.
   Proszę Kenji, bądź tam. Nie musisz znów być moim starszym bratem, nie musisz się mną zajmować, nie musisz niczego robić! Tylko bądź żywy. Daj mi dowód, że to co zrobiłam dziesięć lat temu, nie uratowało jedynie mnie, nie było bezcelowe. Błagam, powiedz mi, że nie zostałam sama w tym świecie.
   Nie zauważyłam, gdy bębny zmieniły się w dźwięk klaksonu, gdy zamiast po chodniku biegłam po asfalcie. Dopiero przez załzawione oczy ujrzałam jasne światła tuż koło mnie. Pisk opon zaczął wibrować w moich uszach, a czerwona maska samochodu przypominać twarz diabła.
– Nie teraz – jęknęłam, próbując się szybko cofnąć, choć czułam, że i tak nie uniknę zderzenia.
    Gwałtowne, mocne szarpnięcie. Żółte światła i opony zawirowały mi przed oczami. Poczułam twardą powierzchnię najpierw na barku, potem pod plecami, a na końcu na boku. Włosy wpadły mi do ust. Ktoś ciągle ściskał mnie za ramię.
– Nigdy nie odpuszczasz, prawda, Jessie?
   Serce szybciej mi zabiło. Podniosłam się szybko i niezdarnie, odgarniając włosy. W światłach okolicznych latarni ujrzałam bruneta o błękitnych, tak dobrze znanych mi oczach. Nawet uśmiechał się tak samo krzywo, wyżej unosząc prawy kącik ust. Przełknęłam ślinę.
– Nic wam się nie stało? Kenji! – Podbiegła do nas jakaś kobieta, ale mężczyzna podniósł dłoń.
   Ciągle wpatrywałam się w niego jak obrazek, nie umiejąc wydusić słowa. Żył. Istniał. Nie był iluzją. Siedział naprzeciwko mnie.
   Śnieg zaczął prószyć, osłaniając nas białą kopułą.
– Kenji... – wzięłam wdech. – szukałam cię, wiesz?
– Przepraszam, Jessie. Za te wszystkie lata.
   Pokręciłam głowę i zagryzłam wargę. W kącikach oczu znów zebrały się ciepłe łzy. Przysunęłam się nieco bliżej Kenjiego. Drgnął, ale się nie odsunął. Oparłam czoło o jego ramię.
– Już nic nie mów przynajmniej teraz, proszę.
   Pogładził mnie po włosach i skinął głową.
   A śnieg dalej padał.

  


 Czujecie, że na wstawienie tego gifa czekałam ponad rok? XDD No ale teraz szybko podsumuję te wypociny. Mianowicie, macie to Heather (zdobyła już fanów, ma cholera rozmach) lekkie Kessie (Sassy woman dla ciebie!) morderczego starszego brata, Phoebe, bliźniaki, Jane...No prawie wszystkich Xd I najważniejszą obecnie postać! Kenjiego! W następnym rozdziałem będzie głównie, co się z nim działo i czemu Jess nie mogła go wcześniej znaleźć. Końcówka lekko ograna, ale serio nie wiem, jak wyglądają spotkania rodzeństwa po tak długiej rozłące.
Odmeldowuje się!











czwartek, 5 lipca 2018

S2 Rozdział 13: Pajęcza sieć


    Specjalna dedykacja dla Sassy_woman, która cierpliwie wyczekiwała tego rozdziału! Mam nadzieję, że ci się spodoba i wybacz zwłokę! ^^"

   Przechyliłam głowę i zdezorientowana przyglądałam się białemu pudełeczku przewiązanemu fioletową wstążką, które zostawił dla mnie Keith na stole w jadalni.
– Tak się chyba nie oświadcza, nie? – spytał Fludim.
    Popukałam się w czoło, wzięłam pudełeczko i potrząsnęłam. W środku było coś ciężkiego. Uniosłam brew. Brylant mi dał? Uniosłam wieczko i moim oczom ukazał się prostokątny zestaw bojowy z dwoma działami po bokach utrzymany w ciemnych barwach. Uśmiechnęłam się pod nosem.
– Takie średnio romantyczne – uznał bakugan.
– Za to miłe. Dał ci nową broń. Troszczy się o ciebie, Fludi.
– Hmpf! Chyba nie docenia!
    Pokręciłam głową i poszłam do kuchni po talerz z kanapkami i herbatę. W mieszkaniu byłam tylko ja, bo Mira już o świcie chodziła na praktyki, a Keith miał na szóstą trzydzieści jakieś spotkanie ze sponsorami. Tsa, tak często tu przebywałam, że już nauczyłam się na pamięć rozkładu dnia Ferminów. Za niedługo zacznę znajdywać swoje włosy na dywanie i bluzki w szafie Keitha, bo póki co brałam sobie jego rzeczy. Na przykład dziś miałam zamiar iść do szkoły w granatowej bluzie z czarnym kapturem, która sięgała mi prawie do kolan. Kochane dwadzieścia centymetrów różnicy wzrostu.
– Jesteś pewna, że nie masz dziś żadnych klasówek ani kartkówek?
   Pokazałam bakuganowi uniesiony kciuk, jednocześnie gryząc kanapkę. Plecak miałam rzucony w kąt holu, buty prawdopodobnie pętały się gdzieś po pokoju Keitha. Ja zawsze byłam przygotowana...no prawie.
   Ehh, jeszcze ta cała Daphtea zaczynała się jutro popołudniu. Całe szczęście nie muszę biegać za jakimiś specjalnymi ciuchami, bo to coś jest w formie zwykłego festiwalu muzycznego z wieloma atrakcjami – Baron ostatnio mówił o „Szybującej Bańce”, na którą musimy koniecznie iść – zakończona puszczeniem złotych lub srebrnych lampionów ku niebu. Zapatrzyłam się w swoje odbicie w herbacie. Od kiedy przypomniałam sobie o tym święcie, dręczyło mnie przeczucie, że coś w nim pomijam, coś ważnego związanego z Kenjim. Oby udało mi się przypomnieć, o co chodzi. Muszę spotkać się z bratem. Nawet jeśli miałby to być pierwszy i ostatni raz.
– Będzie dobrze, Jess – mruknął Fludim, widząc moją zasępioną minę.
– Swoją drogą, czemu mnie wczoraj nie obudziłeś? – zmieniłam temat, wstając od stołu i idąc do kuchni.
– Heh, no wieesz. – Wbił wzrok w tapetę. – Chciałem, ale Spectra przyszedł i stwierdził, że głupotą będzie cię budzić, bo pewnie jesteś zmęczona, no to co miałem zrobić? Upewniłem się, że ma czyste intencje! – dodał.
   Parsknęłam śmiechem i zerknęłam na niego, uśmiechając się lekko. Rzadko miałam okazję widzieć, jak się rumieni.
   Znalazłam buty, złapałam za plecak i podeszłam do teleportu, szukając odpowiednich współrzędnych. Phoebe by mi łeb urwała, gdybym opuściła kolejny dzień w szkole, a ja naprawdę lubię swoją głową, nawet jeśli mój mózg czasami nie funkcjonuje najlepiej.
   Wkroczyłam w jasne światło i po chwili znalazłam się niedaleko bramy liceum. W tłumie uczniów ujrzałam Harukę, która szła, gryząc batona czekoladowego i wpatrując się w korony drzew.
– Hello, Haru! – krzyknęłam, rzucając się jej na szyję i unikając ciosu pięścią.
– J-jess! Nie strasz mnie tak, kretynko! Prawie się udławiłam – jęknęła, kręcąc głową z politowaniem.
   Zeskoczyłam z niej i razem powoli ruszyłyśmy w stronę kremowego budynku. Haru co chwilę poprawiała swój czerwony plecak w białe groszki, z którego wystawały zrulowane papiery i fragment weneckiej maski.
– Próba? – spytałam.
   Skinęła głową, mocując się z zamkiem.
– Nawet nie wiesz, jak trudno mi dobrać osobę do głównej roli. Do tej pory nikt nie pokazał wystarczająco dobrej dramaturgii ani gry – westchnęła i zgarnęła za ucho brązowe kosmyki. – Może powinnam zmienić sztukę?
– Zawsze możesz wziąć Akane, z niej jest prawdziwa drama queen – podsunęłam i poczułam, jak ktoś mnie trzepie w łeb.
– Ja mam zawsze poważne powody do marudzenia, okej? – warknęła moja najlepsiejsza przyjaciółka, której dzisiejszy wygląd przywodził na myśl śmierć w żałobie. Głównym dowodem na to, że Aki ewidentnie ma zły dzień, była błękitna koszulka z nadrukiem kłębiastych uśmiechniętych chmurek. Normalnie nosiła ją tylko do snu i za żadne skarby nie chciała w niej pokazywać światu.
– Traktor cię przejechał?
– Nie.
– To co się stało?
– Niebieski trans się stał. Przekaż mu, że ma się ode mnie odpierdolić i nigdy więcej nie pokazywać swojej gęby.
– Co ci zrobił? – zaniepokoiłam się i złapałam ją za rękę, tym samym zatrzymując. Kilku uczniów chciało przystanąć i podsłuchać, co się dzieje, lecz wzrok Akane prawie przyprawił ich o zawał, więc szybciutko zwiali.
   Japonka wzięła głęboki wdech i przeczesała włosy dłonią, przymykając prawe oko.
– Po prostu próbował wpieprzyć się w sprawę, o której nic nie wie, lecz i tak pierdolił podobne bajeczki co te wszystkie dobre wróżki, Wojownicy i inni debile. Wiecie, wybaczenie, krzywdząca złość i tak dalej.
   Ojciec. Nie musiała mówić tego wprost. Obydwie z Haru wiedziałyśmy, jak wielką nienawiść nosi Aki w stosunku do niego.
– To takie ciekawe, że ci, co wiedzą najmniej, najbardziej się mądrzą – stwierdziła jeszcze i ruszyła dalej.
   Doszłyśmy do szafek, gdzie czekała na mnie Phoebe tupiąca niecierpliwie nogą o posadzkę. Już chciałam zatkać uszy, by chronić je przed wrzaskiem, kiedy z rogu wyłonił się Drake i błyskawicznym ruchem ręki zerwał przewodniczącej koszulę w niebiesko – czarną kratę, którą miała zawiązana na biodrach. Phoebe spróbowała go złapać za rude kosmyki, lecz ten tylko się zaśmiał, pokazał jej język i zrobił obrót na pięcie.
– Spróbuj mnie złapać, przewodnicząco~!
– RENDICH! – Phoebe zacisnęła pięść i ruszyła jak rozjuszony byk wprost na rudzielca, który potrząsał koszulą niczym płachtą.
   Tym razem dziewczyna postanowiła nadepnąć mu wpierw na stopę, lecz Drake odskoczył i znów zamachał koszulą. Żyła na czole blondynki zaczęła się niebezpiecznie pulsować.
– Znów będziemy mieć przesrane, jak miło – mruknął Dean, zakładając ręce za głowę.
– Drake jest przegrany – stwierdziła Haru. – Phoebe prawie leci para z uszu.
– Niby głupi ma zawsze szczęście – zauważyła Akane, odzyskując trochę humor.
– Nie jestem pewna czy on jest głupi, czy ma skłonności samobójcze – westchnęłam, zamykając szafkę.
– Nie no, dzięki koledzy za te pełne ciepła słowa! Aż mi się milej zrobiło, serio!   krzyknął Drake. – Co tam, prze...Oł! Czyś ty oszalała, kobieto?! – jęknął, kiedy Phoebe trzepnęła go miotłą. Nie uzyskał odpowiedzi, gdyż dziewczyna znów się zamachnęła. – Oj, oj, spokojnie! – Odskoczył przed drewnianym końcem.
– Zatłukę cię.
   Wszystkim aż dreszcze przebiegły po plecach na ponury, pozbawiony emocji głos Phoebe, a miotła po raz kolejny przecięła powietrze, potem zakręciła się kilka razy i rąbnęła o paprotkę, która z hukiem rozbiła się o podłogę. Drake bawił się wyśmienicie, wyginając ciało w najróżniejsze pozy, byleby uniknąć piekielnego drewnianego kija, mogącego nabić przyzwoite siniaki. Pojedynek trwał od kilku minut i przyciągnął wielu gapiów, którzy już zbierali zakłady lub zagrzewali rudzielca i Phoebe do walki. W pewnym momencie Drake niemal się potknął i blondynka już miała dać mu szczotą w twarz, gdy rozległ się ostry, sopranowy krzyk.
– Co tu się dzieje?!
   Niewiele myśląc ja, Haru, Aki oraz Dean rzuciliśmy się do ucieczki, wypychając zdezorientowanych nowych uczniów na pożarcie wicedyrektorce inaczej zwanej Gepardzicą. Mimo że była chuda jak patyk, pomarszczona i chodziła na wysokich oraz cienkich obcasach, potrafiła w kilka sekund dopaść tego, który zakłócił spokój w jej kochanej szkole i zawlec go na tortury, pardon, do gabinetu. My już dość dobitnie zapoznaliśmy się z jej osobowością i wierzcie mi, Zenek to przy niej pchła. Ta kobieta potrafi wzrokiem ukraść duszę, wykręcić kości lub zmiażdżyć mózg. Dlatego musieliśmy porzucić naszych towarzyszy, bo niestety nasza kartoteka u niej była pokaźna, a moi rodzice naprawdę nie byliby zachwyceni wezwaniem na rozmowę do dyra.
– Niech bogowie mają w opiece tamtą dwójkę – wymamrotała Haru, kiedy stłoczyliśmy się w czwórkę za kanciapą woźnego i upewnialiśmy, że Gepardzica nas nie dostrzegła i nie podążyła za nami.
– Bogowie kontra Szatan, no ja nie wiem czy dadzą radę – powiedział Dean, drapiąc się po głowie. – Ehh, rodzice znów się wkurzą.
– Twój brat ma dość szczeniacki sposób na podryw – podsumowała Akane i spojrzała na zegar. – Dobra, od dwóch minut mamy lekcję, jak potruchtamy, to może zdążymy.
   Cichutko jak myszki ruszyliśmy ku sali, gdzie mieliśmy lekcję historii USA.

****

– Wpadłam na pomysł, jak możesz mi się odpłacić, chłopczyku.
   Nathan’a tylko wrodzony spokój powstrzymał przed upuszczeniem kartoniku z sokiem jabłkowym prosto na puree, kiedy zielonowłosa piękność usiadła na stole koło niego. Miała na sobie czerwoną, dżinsową spódnicę, biała bluzę z dekoltem w łódkę i czarne adidasy marki Puma, którymi beztrosko wymachiwała, przy okazji podkradając mu sałatę z lunchu. Przełknął ślinę i pomny wskazówek Akane odłożył sok z dala od siebie.
– Serio? Jaki? – spytał, przyglądając się jak odrzuca kucyka na plecy i uroczo marszczy nos, gdy jeden kosmyk połaskotał ją po twarzy.
– Pójdziesz ze mną do Bakuprzestrzeni i powiesz kilku osobom, o co cię poproszę – oświadczyła, uśmiechając się i mrużąc oczy. – Bez żadnych protestów, zgoda?
   Nathan nawet nie usłyszał trzech czwartych wypowiedzi. Jego umysł na słowach „Pójdziesz ze mną do Bakuprzestrzeni” wydarł się z radości i pokazał mu wizję, jak idzie z tą dziewczyną pod rękę otoczony serduszkami i tymi grubymi amorkami trzymającymi łuki. Ona się właśnie z nim umówiła? Jego zabiegi, by stać się bardziej atrakcyjnym, wreszcie przyniosły efekty? Znaczy się nie było tak, że nie podobał się dziewczynom, bo miał kilka adoratorek, lecz większość z tych, które mu się podobały, nie zwracało na niego uwagi. A tu proszę!
– To jak będzie? – Kolejne pytanie dziewczyny wybiło go z świata marzeń. Wydawała się już lekko zirytowana długim brakiem odpowiedzi.
– Jasne, nie ma problemu. Kiedy?
– Dzisiaj, zaraz po lekcjach.
   Skrzywił się lekko.
– Nie możemy trochę później? Mam dziś zmianę w pracy.
   Dziewczyna pochyliła się w jego stronę, świdrując go oczami koloru dojrzałej maliny. Przechyliła głowę na bok i zaczęła nawijać kosmyk włosów na palec.
– Potrzebuję cię dzisiaj – powiedziała z naciskiem.
   To wystarczyło. U Nathana od razu uruchomiła się męska duma, która nie pozwoliła mu opuścić damy w potrzebie, nieważne, że kuzynka się na niego wydrze a nawet wywali z pracy. Mile połechtany uśmiechnął się promiennie i ujął rękę dziewczyny, którą ciągle przyglądała mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Możesz na mnie liczyć – obiecał uroczystym tonem. – Przy okazji nazywam się Nathan Croven.
– Heather – odparła i zeszła ze stołu, wyrywając dłoń. – W takim razie będę na ciebie czekała koło głównej bramy – rzuciła i ruszyła ku wyjściu, zgrabnie kręcąc biodrami.
   Patrzył przez chwilę urzeczony, póki nie pochłonął ją tłum. Westchnął. Jak to możliwe, że wcześniej nie zwrócił na nią uwagi? Chodzili już dwa lata do tej samej szkoły!
– Kto to był? – Usłyszał głos Rogera nad głową.
– Piękna Heather, z którą wybieram się dziś do Bakuprzestrzeni – oświadczył, podnosząc kartonik z sokiem. Pociągnął łyk i znów popadł w rozmarzenie.
– A co z robotą?
   Machnął niecierpliwie ręką, jakby odganiał natrętną muchę.
– Raz na ruski rok mogę nie przyjść.
   Roger uniósł brew, lecz nic nie powiedział, widząc maślany wzrok kumpla. W sumie dawno nie popadł w ten swój stan ameby, przez co zaczął podejrzewać, że blondyn zmienia orientację. Postanowił więc machnąć na to ręką i dać Nathanowi robić z siebie kretyna podczas prób zdobycia serca jakiejś dziewczyny. Croven był zbytnim uparciuchem, by cokolwiek – z wyjątkiem pogrzebacza lub pięści Akane – zdołało wybić mu głupoty z głowy. Poza tym miał własne problemy z Jane, która ostatnimi czasami stanowczo za często mroziła go spojrzeniem swych błękitnych tęczówek.

****

   Stała w cieniu dębu, obserwując spod przymrużonych powiek dwuskrzydłowe drzwi wyjściowe i czekając, aż kuzyn odbierze. Zimny wiaterek zmusił ją by ubrała katanę, w której kieszeni miała zdjęcie przedstawiające ją, dwóch kuzynów oraz tego śliniącego się do niej Nathana. Jak miło, że tak jej się nawinął pod rękę.
– No co tam? Wyszło? – W końcu usłyszała głos z lekką chrypką.
– Jeszcze nie wiem, ale myślę, że pójdzie bez problemu. Zdjęcie jest świetne, dzięki – powiedziała, opierając się plecami o pień.
– Nie ma za co, Het. Ale jesteś przekonana, że oni nie mogą sprawdzić, kiedy ja i Benny byliśmy ostatnio w Bakuprzestrzeni?
– Wygląda na to, że stracili władzę nad administracją, a kiedy już ją odzyskają ja i Cru będziemy daleko, daleko stąd – prychnęła. – Wiesz, że od kiedy to się zaczęło, to lepiej się czuję? Taka żywsza i weselsza.
– Adrenalina, ot co. Skąd wzięłaś tego kolesia?
– Wylał na mnie sok kilka dni temu, a potem zadurzył – zdusiła śmiech. – Mówię ci, patrzył się na mnie jak ciele na malowane wrota! – Usłyszała dzwonek. – Kończę, do zobaczenia.
– Do zobaczenia i powodzenia.
   Schowała telefon i poczekała cierpliwie, aż spomiędzy morza ludzi wyłoni się Nathan. Biła od niego taka radość, że niemal oślepiała. Dobroduszny, naiwny głupek. Pokręciła głową z politowaniem.
– To idziemy? – spytał, dochodząc do niej.
   Skinęła głową i razem ruszyli ku wyjściu. Kiedy znaleźli się na przystanku autobusowym, skąd mieli pojechać do punktu dostępu, postanowiła mu powiedzieć, co takiego potrzebuje od niego.
– Chcę jedynie, byś powiedział Danowi Kuso, że wczoraj byłeś ze mną i moimi kumplami w Bakuprzestrzeni i że oni zostali porwani przez gościa z krzaczastymi brwiami.
   Nathan spojrzał na nią zdumiony i zamrugał kilka razy.
– Ale po co?
– To bardzo ważna sprawa – ściszyła głos i spuściła głowę. Wiedziała, że taka postawa na pewno na niego podziała. Nie myliła się. Chłopak od razu spoważniał.
– Dobra, zrobię to, skoro prosisz.
– Dziękuje – Uniosła kącik ust. – Jeśli wszystko pójdzie dobrze, potem ci wszystko wyjaśnię.
   Doskonale wiedziała, że potem nigdy nie nadejdzie.


Hehe, musicie mi wybaczyć tą straszną zwłokę, ale walczyłam o pasek, a potem wyjechałam do Włoch i za bardzo nie miałam jak pisać. Ale spokojnie wróciłam i już zaczęłam pisać kolejny! Jak widać intryga się rozwija, a Jess jest tuż tuż od brata. Trochę wyszłam z wprawy, więc ten rozdział jest taki sobie...
Odmeldowuje się!

niedziela, 20 maja 2018

S2 Rozdział 12: Intryga i wyznania

   Jane bardzo lubiła przerwę na lunch. Wtedy większość uczniów zlatywała się do stołówki, a ona mogła zaszyć się wraz z Haruką, Aki oraz Jess w sali kółka teatralnego i w spokoju posłuchać muzyki lub pogadać z dziewczynami. Niestety dziś ktoś musiał zepsuć jej ten zwyczaj.
   Popatrzyła niechętnie na Rogera. Lubiła go. Był wiecznie wyluzowany i dało się z nim pogadać na wiele różnych tematów. Niestety dziś miała wyjątkowy zły nastrój, a rudzielec tylko pogarszał ten stan. Szczególnie, że zagradzał jej drogę do szafki, a ona naprawdę nie miała ochotę na pogaduszki.
– Przesuń się – powiedziała.
– Jane, naprawdę powinnaś nieco bardziej się zżyć z naszą klasą – stwierdził rudzielec, opierając się ramieniem o ścianę. – Ostatnio wszystkich unikasz. Coś się stało?
– I tak w tym roku kończymy szkołę, więc po co? – spytała, ignorując drugą część wypowiedzi. Założyła ręce na piersi. – Serio, suń się.
– Jak to po co? Chcesz być zapamiętana jako wyalienowana dziewczyna?
– Nie dbam o to – powiedziała i podniosła czerwoną torbę. Złote ćwieki zalśniły w świetle lamp. Roger zrozumiał przekaz i zrobił dziewczynie przejście.
   Jane wykręciła kod i otworzyła szafkę. Powitało ją wspólne zdjęcie z dziewczynami oraz strony zapisane drobnym maczkiem. Wyciągnęła trzy pierwsze kartki i przyjrzała im się. Haru ostatnio prosiła ją o jakąś krótką piosenkę do przedstawienia, opowiadającą o nieszczęściu i walce o honor. Ta chyba się nada. Włożyła zapiski do torby, dorzuciła książkę z algebry i zamknęła szafkę. Już miała odejść, gdy zauważyła, że Roger cały czas koło niej stoi.
– Wiesz co, Roger? W gruncie rzeczy mogłabym nieco bardziej zżyć się z naszą klasą – powiedziała, podnosząc na niego oczy. – Jednak wydaje mi się, że jestem za mało inteligenta, by rozmawiać o najnowszych seks skandalach celebrytów lub kto jak się pomalował – uśmiechnęła się kpiąco. – Wybacz.
   Nie poczekała na odpowiedź, lecz ruszyła w tłum uczniów, rozpychając się łokciami, bo praktycznie cały strumień zmierzał ku parterowi, gdzie mieściła się stołówka oraz automaty z przekąskami.
   Niespodziewanie wpadła na zasępioną Akane oraz Shienę, która trzymała się jej kurczowo, jakby bała się, że fala ludzi ją porwie.
– Och, Jane! – Szatynka zamachała do niej. Akane jedynie uniosła wzrok i po sekundzie go spuściła. – Gdzie idziemy?
– Sala teatralna, jak zawsze – mruknęła. – Gdzie zgubiłyście Jessie?
– Olała zajęcia, podobno siedzi na Vestalii – wyjaśniła Haruka, ciągnąc za sobą Akane. Jane spojrzała na nią pytająco. Okularnica wzruszyła ramionami. – Masz tę piosenkę dla mnie?
– Yeah, zaraz ją sprawdzimy – Wilson trąciła Akane łokciem, kiedy udało im się wejść na schody. – Co ci jest? Wyglądasz jak rozjechana żaba.
– Życie jest do dupy – burknęła Aki, patrząc na nią spode łba. – Jak jedna rzecz pójdzie kurwa dobrze, to kolejna się rozjebuje.
   Jane uniosła brew. Depresyjna Akane to było coś dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że spotkały ją ostatnio same dobre rzeczy. Śmierć tamtego skurwiela, zaczęcie nagrywanie singla. A może wydarzyło się coś, o czym nie wiedziały? Nieee, Akane zaraz by przyleciała z wieścią, ona nie była z tych, co trzymają wszystko w sobie.
– Singiel? – spytała Haruka, jednocześnie wślizgując się do sali.
– Nope – Akane usiadła na schodkach prowadzących na scenę i podparła podbródek o dłoń. – Po prostu nie ogarniam logiki niektórych facetów.
   Shiena wytrzeszczyła oczy, niemal upuszając pióro oraz w połowie dokończony scenariusz. Jane również była zaskoczona, ale nie dała po sobie tego poznać.
– Pokłóciłaś się z chłopakiem? – wykrztusiła Haru.
– Ty w ogóle masz chłopaka? – dorzuciła Wilson. – Pierwszy raz słyszę.
– Nie mam nikogo! – prychnęła Aki. – Tylko jest taki jeden koleś, który mnie cholernie irytuje. Nie rozumiem jego logiki, nie rozumiem, czemu się pyta o niektóre rzeczy, ugh! – Zacisnęła dłoń w pięść.
  Haruka i Jane spojrzały na siebie, po czym przeniosły wzrok na Japonkę.
– Zakochałaś się.
– No jasne kurna od razu! Hamujcie zapędy, tylko w książkach tak to działa.
– Jess nie znosiła Spectry – zauważyła celnie Shiena, wyciągając z torby Jane tekst piosenki.
– Tylko że Jess zawsze działała według własnej pokrętnej logiki.
   Jane z chęcią dalej pomęczyłaby przyjaciółkę , ale przerwał im kolejny chłopak z jej klasy – Nathan. Wysoki blondyn noszący wiecznie pogniecione T-shirty.
– Nath, ratuj mnie! – Akane rozrzuciła ręce na boki i natarła na chłopaka. – Dręczą mnie!
   Nathan uniósł kącik ust i poklepał dziewczynę po głowie.
– Czego chcesz? – rzuciła Jane.
– Hyhy, prosić piękne dziewczęta o pomoc – wyszczerzył się. Haruka przechyliła głowę. Chłopak siadł po turecku, ciągle tuląc do siebie dramatyzującą Akane. – Sprawa wygląda prosto: jak sprawdzić, by zamknięta w sobie dziewczyna się we mnie zakochała?
   Jane prawie wypluła sok pomarańczowy z powrotem do butelki. Ten dzień robił się coraz dziwniejszy.

****

   Heather maszerowała przez główny plac Bakuprzestrzeni, czujnie obserwując otoczenie. Niby wszystko była takie samo; radosne, podekscytowane dzieciaki oglądały rankingi lub omawiały bitwy, jednak miała przeczucie, że coś się w tym kryje. Kiedy zatrzymała się niedaleko wejścia do areny „C”, zrozumiała, o co chodziło.
   Tuż przed nią dwóch knypków mających może z trzynaście lat wyciągnęło ręce do pary innych dzieciaków. Gdy te je złapały, oczy knypków przybrały żółty odcień, bakugany, które trzymali, zaczęły świecić i cała grupka zniknęła. Zerknęła na Crueltiona.
– Co to miało być?
– Nie mam zielonego pojęcia, ale nie podoba mi się to. Zjeżdżajmy stąd.
   Heather szybko oddaliła się w mniej zaludnioną część Bakuprzestrzeni, myśląc intensywnie. Całe to zajście wyglądało podejrzanie. Może to sprawka tych z Gundlali, czy jak to się tam nazywało. Zagryzła wargę. Hm, mogłaby to wykorzystać przy spotkaniu z Wojownikami. W końcu byli oni takimi obrońcami słabszych. Na pewno łzawa historyjka dziewczyny, której grupka przyjaciół niespodziewanie zniknęła z jakimiś dziwnymi gośćmi, na nich zadziała. A już z pewnością na Dana Kuso.
   Wyprostowała się, uśmiechając pod nosem. Wreszcie znalazła coś użytecznego! Teraz tylko wystarczy dobrze rozegrać sytuację i jakoś wkręcić się w tą wojnę. Ooo i może kazać temu blondynowi zaświadczyć, że znał tych jej wyimaginowanych kumpli! W końcu był winny jej przysługę.
– Hej, ślicznotko, masz może chwilkę?
   Zatrzymała się i obejrzała przez ramię, mrużąc oczy. Ujrzała wysokiego, muskularnego faceta o tak zarośniętych brwiach, że przypominały dwa dorodne krzaki. Podrzucał bakugana domeny Pyrusa. Kojarzyła go skądś. A tak to ogłoszenie o niebezpiecznych gościach.
– Czego chcesz? – syknęła, wkładając ręce do kieszeni kurtki. Wymacała gaz pieprzowy.
– Masz ochotę na małą walkę, księżniczko?
– Nie.
– Oj, no nie daj się prosić – Facet zaczął do niej podchodzić, uśmiechając się. – W końcu Bakuprzestrzeń jest od walczenia, nie?
– Nie, spierdalaj – warknęła, cofając się. – Szukaj innych idiotek, które nie widziały ogłoszeń o niebezpiecznych osobach.
– Jaki niby ogłoszeń, księżniczko? – Facet uniósł brew. – To był błąd, popatrz – Pokazał kciukiem ku górze. Heather zerknęła jednym okiem. Teraz pod napisem „Uwaga, ci ludzie są niebezpieczni! Jeśli ich zobaczysz, natychmiast powiadom Administrację!” widziała twarze Wojowników i tej laski o granatowych włosach. – Widzisz? Ich powinnaś się bać.
   Heather w myślach klepnęła się w czoło. Ona rozumiała, że oni są z innej planety, ale serio, jak można zrobić z idoli numer jeden wrogów publicznych bez konkretnej przyczyny? Chociaż dobra większość ludzi to debile, nie umiejący logicznie myśleć. Na szczęście ona do nich nie należała.
   Facet tym razem zaczął iść w szybszym tempie, a w jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Dostrzegła, że jego bakugan zaczął promieniować na czerwono i wiedziała, co się święci.
– Spierdalaj, powiedziałam! – krzyknęła i wyciągnęła spray z gazem. Wcisnęła przycisk, celując mu prosto w twarz. Facet zaczął wrzeszczeć i kaszleć. Odsunął się od niej, zasłaniając twarz rękami. Wykorzystała okazję i zaczęła biec.
   Wypadła na główny plac i dostrzegła osobę, którą pragnęła spotkać najbardziej w świecie. Dan Kuso. Przyśpieszyła i wpadła na chłopaka z impetem, prawie go wywracając.
– C-co jest?! – wykrzyknął skołowany, podczas gdy ona uspokajała oddech. Pięknie, idealnie, los ją kocha!
– P-pomocy! Moi kumple...zniknęli...oni...ci z ogłoszenia! – zaczęła wykrzykiwać, pokazując palcem na telebimy. Zaciskała kurczowo jedną rękę na kurtce szatyna, a drugą opierała o kolano. Dyszała ciężko. – Oni...ja...
– Spokojnie, już dobrze – Kuso położył jej ręce na ramiona. – Uspokój się i powiedz nam, co się stało.
   Skinęła głową i na chwilę zamilkła. Wojownicy oraz laska z Neathii poprowadzili ją do ławki, na której usiadła. Spokojnie, wystarczy dobra maska i wszystko pójdzie gładko.
– Więc co się stało? – spytał się brunet ubrany w zieloną bluzkę z fioletowym paskiem biegnącym w poprzek. Shun Kazami.
– Wybrałam się dziś z moimi kumplami, żeby powalczyć – zaczęła mówić cichym i smutnym głosem, dbając, by jej odpowiednio drżał. Zacisnęła dłonie na materiale spodni. – akurat kiedy chcieliśmy iść do kawiarenki, zaczepił nas jeden z kolesi z ogłoszenia, ten taki z blond włosami – uniosła na nich nieśmiało wzrok.
– Sid, ten drań... – wycedził Dan, zaciskając pięść. – Co wam zrobił?
– Mówił, że chce pokazać nam coś fajnego – Jej wzrok padł na ranking. – jakąś super arenę. Moi kumpele niestety mu uwierzyli – urwała, zagryzając wargę. – P-przepraszam, ciągle nie umiem się otrząsnąć.
– Nic się nie stało, rozumiemy – powiedziała granatowa, kładąc jej rękę na ramię. – Już nic ci nie grozi.
   Heather pokiwała głową, siłą powstrzymując się od chichotu. Uwielbiała naiwnych, empatycznych ludzi niezdolnych do zauważenia maski.
– Oni...oni zniknęli. Tak nagle. Przestraszyłam się i zaczęłam do niego krzyczeć, co im zrobił. On wtedy powiedział, że nie ma się czego bać, nic mi się nie stanie – Przełknęła ślinę. – Cudem zdążyłam wyciągnąć gaz pieprzowy, zanim mnie złapał. Potem uciekłam. Wiecie, co się stało z moimi przyjaciółmi? I czemu teraz wasze twarze są na ogłoszeniu z ostrzeżeniem?
  Marucho westchnął i poprawił okulary.
– Widzisz...przepraszam, jak ci na imię?
– Heather.
– Widzisz, Heather, twoi przyjaciele zostali porwani przez niebezpieczną grupę Gundalian. Jeszcze do końca nie wiemy w jakim celu, lecz wiemy, że niektórzy z nich są poddawani praniu mózgu.
– C-co? – wykrztusiła, będąc szczerze zaskoczoną. Cholera, gdyby tamten facet ją wtedy dorwał, nie byłoby ciekawie.
– Ale nie masz się czego bać, uratujemy twoich przyjaciół, obiecuję – dodał Dan.
– Proszę, pozwólcie mi dołączyć. To moja wina, że nie ostrzegłam ich w porę. Jeśli coś im się stanie... – Z prawego oka popłynęła jej łza. Akurat z płaczem na zawołanie ciągle miała małe problemy, nie robiła tego często.
– To bardzo niebezpieczne osoby, Heather – powiedział spokojnie Shun.
– Tu chodzi o moich przyjaciół! – krzyknęła. – Błagam, nie mogę ich tak zostawić! Poza tym poradzę sobie! Umiem walczyć, mam dwudzieste drugie miejsce w rankingu!
   Marucho oraz Shun zerknęli na lidera. Ten z kolei podrapał się po głowie. Heather z napięciem śledziła jego ruchy. No dawaj Kuso, łyknij to.
– Hmmm, może zróbmy tak. Teraz przeniesiemy cię do domu, tam to wszystko przemyślisz, a jutro skontaktujesz się z nami i powiesz, jaką decyzję podjęłaś? Walka z Gundalianami to serio nie przelewki.
   Heather już miała zaprotestować, ale w porę ugryzła się w język. Tak będzie jej dużo wygodniej, zdąży przygotować solidne dowody, że miała jakiś kumpli. Teraz zadziała za szybko i dziękowała losowi, że nikt z Wojowników nie poprosił o ich zdjęcia.
– Dobrze, to brzmi rozsądnie – zgodziła się. – Dziękuje.
– Co ty! Nie ma za co! – uśmiechnął się radośnie Kuso. – A teraz chodź! Gdzie konkretnie mieszkasz? – Zerknął na nią, idąc ku teleportom.
– W Los Angeles, w Jewerly Disctrict – odparła, ruszając za nimi.
– O, nasza przyjaciółka też mieszka w Los Angeles, ale chyba jakieś dalszej dzielnicy – zaczął mówić Dan, odwracając głowę i zaczynając rozmowę z Jakiem.
   Jessica Knight, przeleciało jej przez myśl. Wsunęła jedną rękę do kieszeni i przybiła piątkę z Cru, po czym zerknęła na tył Dana oraz Shuna. Wszystko szło fantastycznie.

****

   Padłam nosem na poduszkę na kanapie w salonie rodzeństwa Fermin. Byłam tak zmęczona, że nie miałam nawet siły teleportować się do domu. Przewróciłam się na plecy i utkwiłam wzrok w lampie z fioletowo – niebieskim szklanym kloszem. Czułam, że mój telefon wibruje, ale to olałam. Rodzice byli przyzwyczajeni, że czasami nocuję u Ferminów, bo odrzuciłam ofertę Rady, by zamieszkać w letnim pałacu. Przywoływał za dużo wspomnień i czułabym się dziwnie, będąc samą w tak wielkim miejscu.
– Zostajemy tu na noc? – spytał Fludim.
– Nie, wracamy do domu – ziewnęłam. Oczy zaczęły mi się kleić. – Tylko może zdrzemnę się na jakąś godzinkę. Obudzisz mnie?
– Jasne.
   Sięgnęłam po mięciutki koc w kolorze piasku, owinęłam się nim i zamknęłam oczy. Nie minęło wiele czasu, kiedy poczułam nadciągająca senność.
   Gdy otworzyłam oczy, zamiast lampy ujrzałam ciemny podkoszulek. Chciałam się podnieść, jednak ręka owinięta wokół mojej talii nie pozwoliła mi. Keith mruknął przez sen i przyciągnął mnie bliżej siebie. Aha, dzięki Fludim, że mnie obudziłeś.
   W całym pokoju panowała ciemność. Jedynie przez okno balkonowe padało światło okolicznych wieżowców. Udało mi się nieco podnieść, nie budząc Keitha. Zaczęłam rozglądać się za zegarem. Znalazłam go. Wskazywał kwadrans po północy. Cóż nie ma sensu teraz wracać do domu.
   Keith wymamrotał coś przez sen. Zerknęłam na niego i uśmiechnęłam. W śpiącym Keithie była taka rozczulająca nuta. Rysy mu się rozluźniały, twarz przybierała spokojny, zrelaksowany wyraz. Może to przez to, że jako dziecko wyglądał jak mały aniołek? Ostrożnie ułożyłam głowę z powrotem na jego ramieniu. Ręka na mojej talii drgnęła. 
– Dobry wieczór, Jessie – mruknął mi do ucha sennym głosem.
– Hej, Keith – odchyliłam głowę, by móc na niego spojrzeć. Przecierał dłonią twarz, próbując się rozbudzić.
– Gdzie się podziewałaś cały dzień? Dzwoniłem.
   To było do przewidzenia, że to był on.
– Ja też dzwoniłam, ale ty nie odbierałeś – wytknęłam.
– Byłem zajęty opracowaniem nowego zestawu bojowego, wybacz. Teraz twoje usprawiedliwienie.
– Hm, od czego by tu zacząć? Najpierw spotkałam Reinare, która pracuje u Klausa. Strasznie fajna jest, wiesz? Wreszcie trafiłam na kogoś kto traktuje mnie normalnie! No ale wracając, powiedziała mi że zaprowadzi mnie do takiego gościa, który chce mnie zobaczyć. Jak szłyśmy, to wpadłyśmy na Ethana. Oczywiście powydzierał się, jak on to ma w zwyczaju. Na szczęście Rei go zjechała i mogłyśmy iść dalej. Potem poleciałam do Zielonej Dzielnicy, tam spotkałam mojego wujka. Znaczy się przyszywanego, nazywam go tak od dziecka. Zajmował się jeszcze moją mamą, potem mną, Cassie i Kenjim. Dowiedziałam się ogólnie, czemu Tytan był taki walnięty i trochę o pierwszej królowej Vestalii. Poza tym Tytan wcale nie zdechł i siedzi w rdzeniu, super, nie? Następnie chciałam iść na grób rodziców i Cassie, ale – zagryzłam wargę. – chcę to zrobić z Kenjim, jeśli go znajdę.
– Znajdziesz, Jessie.
– A co jeśli nie? – szepnęłam. – Mówiąc szczerze, trochę się boję. Dlaczego Kenji nie spróbował się ze mną skontaktować, skoro już wie, że żyję? Co jeśli pragnie się odciąć od przeszłości i nie chce mnie znać? A może on nie żyje? Zasadniczo nie mam żadnej pewności, czy on...
– Twój brat cię kochał i ciągle kocha, Jessie – przerwał mi Keith, gładząc moje plecy dłonią w uspokajającym geście. – I z pewnością żyje. Ale może czuć się winny.
– Niby czemu? – zmarszczyłam brwi.
– Jest starszym bratem, więc jest za ciebie odpowiedzialny. Może czuć się winnym, że nie udało mu się ci pomóc podczas pożaru. Może uważać, że nie jest godny znów się z tobą spotkać.
– Byliśmy tylko dziećmi, co on mógłby zrobić?
– To jest obojętne, Jessie. Ja też długo czułem się źle z tym, jak potraktowałem Mirę. Zostawiłem ją, potem wykorzystałem i odpychałem od siebie, próbując podążać za jakimś śmiesznym ideałem siły.
   Milczałam. Keith rzadko mówił głośno o swoich emocjach, uczuciach, troskach. Przeżywał je w środku i zawsze panował nad ciałem, by go nie zdradzało. Kiedy był Spectrą, to byłam przekonana, że odczuwa tylko gniew oraz obsesję na punkcie siły. Właśnie dlatego poczułam się szczęśliwa, że mi się zwierza, choć wiedziałam, że jeszcze mało o sobie wiemy. Na przykład o tym co się działo, zanim znów się spotkaliśmy w parku po dziesięciu latach.
  Objął mnie rękami i przytulił. Przymknęłam oczy i wtuliłam nos w zagłębienie obojczyka. Blondyn idealnie ilustrował płomień. Kiedyś bałam się do niego zbliżyć, myśląc, że mnie spali. Teraz potrzebowałam go, by odgonić od siebie mrok i poczuć ciepło.
– Zresztą z tobą było podobnie – powiedział – Uważałem, że będziesz idealna do wykorzystania, a potem porzucenia w kącie.
   Poczułam, jak nieco wzmacnia uścisk, jakby bał się, że się od niego odsunę, ucieknę.
– Ludzie popełniają błędy – odparłam spokojnie. – Nawet idealny Keith Fermin, ekspert od spalania patelni.
– Nic mi nie mówiłaś o dodaniu oleju.
   I zagadka, jak on ją spalił, rozwiązana! Parsknęłam śmiechem, cmokając go w policzek, po czym obróciłam się na drugi bok. Owinął ramię wokół mojego pasa i umiejscowił swój podbródek na moim ramieniu.
– Dobranoc, Jessie.
– Dobranoc, Keith.
  


A dałam coś bardziej romantico na koniec xD Heather zaczyna wdrażać swój plan, Jess...to Jess xD, Aki ma humorki, a reszta drużyny Destrukcji jeszcze nie wie, co je czeka. Błędy jutro poprawie, a teraz oyasumi!
Ps. Dzielnica, gdzie mieszka Heather może się zmienić XD