sobota, 11 lipca 2020

S2 Rozdział 43: "Jest środek wojny, a wam się zachciało nocnych przygód! I to po co? By zjeść tort!"


    Radziłabym wszystkim uważnie nastawić uszu, bo zaraz powiem coś, co było równie rzadkie jak moje szczęście. Gotowi? Uwaga...
    Keith jednak miał rację, jeśli chodziło o mnie i Dana i nasz wybitny talent do wpadanie w kłopoty bez zbytniego wysiłku. Ale zacznijmy od początku, bo to fascynujące studium głupoty, które może kiedyś się komuś  przydać na studiach do magisterki czy coś w ten deseń.
   Wkurwiona, wpółżywa i jeszcze raz wkurwiona wróciłam do pałacu. Przed smagnięciem mocą w przypadkową ścianę i narażeniem swojego chudego portfela na spore wydatki ratowało mnie tylko fantazjowanie, jak będę torturowała Heather. Przez to reszta dnia minęła mi dość zamazanie i szybko. Nawet nie pamiętałam, kiedy rozstałam się z Aki i Shunem, idąc do pokoju, by zażyć trochę snu. Wiecie, by uzupełnić nerwy i swoją nadszarpniętą piękność.
   Wtedy zjawił się on. Mój cudowny przyjaciel, łeb i kat w jednym.
– Jeeesss – usłyszałam szept tuż przy uchu.
   Zareagowałam gwałtownym zerwaniem się i jęknęłam z bólu, gdy ugodziłam w coś twardego skronią. Usłyszałam łomot i zduszony okrzyk. Chwilę mi zajęło, by przyzwyczaić oczy do ciemności i otrząsnąć się z otępienia. Wtedy ujrzałam rozłożonego na łopatki Kuso, który z nadętymi policzkami masował czoło.
– Mogłabyś być delikatniejsza – powiedział z wyrzutem.
– Mógłbyś nie wbijać mi do pokoju w środku nocy – odbiłam piłeczkę i ziewnęłam. – Co jest?
– Więęęc – zaczął, szczerząc zęby. – Byłaś zła przez cały dzień, to pomyślałem, że może powtórka z naszych starych nocnych wypraw poprawi ci humor – mrugnął porozumiewawczo.
   Oczy mi się same zaświeciły i odwzajemniłam uśmiech. Niby tam później z rana miałam mieć zamianę warty, ale czym były braki snu dla Jessicy Knight, uczennicy 11 klasy w liceum? Niczym, wręcz żałosną pchłą! Nie tracąc czasu, zmieniłam piżamę na jakiś wygodny dresik, by się współgrać z Danem. Ostrożnie wsunęłam Fludima do kieszonki na piersi. Niby bym mogła go zostawić, ale później by gderał, że go porzucam i że on się nie godzi na takie traktowanie. Potem mogliśmy ruszać na naszą małą przygodę.
   Problemy zaczęły się już przy schodach. Noce na Neathii były dość jasne, przez mnóstwo gwiazd zdobiących niebo, jednak okna na korytarzach były często zasłaniane przez grube kotary. Przez to wszystko wokół tonęło w mroku. My tak samo. Dlatego szliśmy ładnie za rączkę, klepiąc ściany jak jakieś czuby, bo nie chciało nam się szukać lin, by je odsłonić.
  A zła godzina wręcz czekała na taką okazję. Ręka Dana ominęła  początek poręczy, lecz jego noga trafiła już na krawędź schodka. Wydał z siebie zduszony ni to jęk ni to kwik i stracił równowagę, lecąc w dół i ciągnąc mnie za sobą. Wystrzeliłam ręką na oślep i po kilku wyjątkowo gwałtownych stoczeniach się ze schodów, złapałam balustrady. Górną połową ciała zawisłam nad stopniami, a Dan rozpłaszczył się nieco niżej.
– Było coś słychać? – szepnął po kilku sekundach ciszy.
– Gdzieżby znowu, to było wyjątkowo ciche. Tylko lekki rumor – odparł załamany Drago.
– Skąd mogłem wiedzieć, że moja własna kończyna mnie zdradzi?! – syknął. – O Starożytni, moje plecy!
– Nie jęcz jak dziad i puść moją rękę, zaraz wyrwiesz mi ramię – mruknęłam, uspokajając oddech.
   Posiedzieliśmy przez chwilę, po czym jako pierwsza parsknęłam śmiechem. Dan się dołączył i przez chwilę tylko chichotaliśmy, a Drago wpatrywał się w nas, jakby zwątpił, że to my uratowaliśmy wcześniej Vestroię.
   Naszym następnym cele była kuchnia. W końcu trzeba było skądś wytrzasnąć zapasy na dalszą drogę. Jakoś udawało nam się wymijać nocne warty, bo one też były niesamowicie skupione i wcale nie ziewały co krok.
– A nie w lewo teraz? – Zmarszczyłam brwi.
– Jakie lewo? Prosto! – oburzył się Dan.
– Nieee,  wtedy trafimy do Sali tronowej – zaprotestowałam.
– Jess, kocham cię jak siostrę, ale nie masz za grosz wyczucia kierunku. Musimy iść prosto jak w mordę strzelił.
– Ale mam instynkt, a on mi mówi, że lewo. Zresztą ile razy ty się gubiłeś, jak przyjeżdżałeś do mnie?
– Nie odwracaj kota ogonem. Ja tu jestem dłużej, jestem starszy, więc wiem lepiej.
– Jesteś starszy o jakieś półtora miesiąca!
– I widzisz? Rozróżniam kierunki i dlatego idziemy prostooo.
– Dobra, ale jak nie trafisz, to stawiasz mi shaki do końca roku.
– Zgoda.
– Wspaniale.
   To poszliśmy prosto. Nasze kapcie plaskały o wypolerowane podłogi, kiedy mierzyliśmy się wyzywającym wzrokiem. Trafiliśmy pod dwuskrzydłowe drzwi. Dan ze zwycięskim uśmiechem przekręcił gałkę i lekko pchnął, prezentując mi wnętrze. Zrobiłam dwa kroki i uniosłam brwi.
– To dyżurka sprzątaczek, Danny – poinformowałam go i poklepałam po główce. – Szykuj portfel, jak wrócimy.
– Jak to?! – Wepchnął łeb pod moje ramię i rozejrzał się.
    W pomieszczeniu znajdowały się dwie białe kanapy, a między nimi kawowy stolik. W prawy kąt była wciśnięta mała kuchenka oraz ekspres do kawy, a po lewej znajdowały się cztery wózki wypełnione środkami do czyszczenia z miotłami, małym robocikiem jako odkurzaczem i mopem. Zamknęłam drzwi.
– Widzisz, mówiłam, że źle chcesz iść.
– Ale gadałaś, że trafimy do Sali tronowej!
– Nie zmieniaj tematu, Danny~.
    By nie trzymać was w niepewności, to obydwoje byliśmy łbami. Kuchnia nie była ani prosto ani w lewo, lecz w prawo. Jednak to mały szczegół, wręcz niewarty wspominania, bo Dan i tak przegrał, hyhy.
– Oby było tu jedzenie – powiedział Dan, gdy tylko wkroczyliśmy do środka i zamknęliśmy drzwi.
    Plasnęłam we włącznik i kilka jarzynówek rozświetliło wnętrze. Po środku ciągnęło się kilka czarnych stołów, nad którym zawieszone były koszyki z różnymi buteleczkami, gdzie pewnie były przyprawy i jakieś sosy. Kawałek dalej znajdowały się kuchenki i szafki. My natomiast odbiliśmy w stronę ogromnych srebrnych lodówek.
– Tylko pamiętajcie, że to nie tylko dla was – przypomniał Drago, gdy Dan z oczami w kształcie serc wyjął talerz z brązowym ciastem polanym czerwonym lukrem.
– Nikt przecież nie zauważy braku dwóch maciupkich kawałeczków – odparł Kuso.
   Patrząc, jakie kawały uciął, to pomyślałam, że nawet moja prababcia nosząca okulary z soczewkami o grubości dętki, by się zorientowała, ale co ja będę protestować? Rozglądałam się dalej i wyciągnęłam jeden garnek. Uchyliłam pokrywkę i zbaraniałam. Wpatrywało się we mnie oko w jakimś glutowatym ciele. Zamrugało i przechyliło nieco łeb. Chciało chyba wyjść z gara, na co zatrzasnęłam pokrywkę i wepchnęłam garnek z powrotem. Dan podniósł na mnie oczy.
– Co jest, Jess? – powiedział, rozsiewając wokół okruchy.
– Niiic – uśmiechnęłam się fałszywie. – Tylko dziwnie pachniało.
   Pokiwał głowę i wbił widelczyk w ciasto. Przełknęłam ślinę, wracając wzrokiem do lodówki. Matko droga, czemu oni trzymali to żywe coś w lodówce? W garnku?! Ale dobra, wdech i wydech, byłaś w kosmosie, Jess, tutaj się mogło odjebać wszystko.
    Ciasto było bardzo dobre, tak samo jak jakieś roladki, choć nieco ostre. Zaczęłam szukać czegoś do popicia i odnalazłam barek, podczas gdy Dan myszkował dalej.
– Ejj, Jess! – zawołał.
– Hmm? – mruknęłam, wyciągając butelkę z różowym brokatowym płynem. Może to jakieś winko?
– Znalazłem coś ciekawego!
   Porwałam jeszcze butelkę z wodą i podeszłam do Dana. Kucał koło niewielkiej srebrnej zapadki.
– Na cholerę to tutaj? – Zmarszczyłam brwi i tutaj mój zdrowy rozsądek się wyjątkowo ocknął, że lepiej tego nie tykać.
– Dan, nie ru... – zaczęliśmy równocześnie z Drago i urwaliśmy, gdy podłoga zapadła się pod moimi nogami. Uchwyciłam kątem oka pobladłą twarz Dana, nim runęliśmy w ciemność.


****

   Dres, dwie butelki, z czego jedna z winem i las. Hm, brzmiało jak niejeden powrót z imprezy.
– Ja wiedziałem, że było za spokojnie – zajęczał Fludim.
    Oczywiście obudziły go moje i Dana wrzaski, gdy pędziliśmy tunelem z zawrotną szybkością przez tunel. Ogólnie to wyrzuciło nas w jakieś krzaki w lesie. Wkoło nie było widać pałacu, w oddali rozlegało się jakieś chrząkanie, więc ogólnie było milutko.
– Jest środek wojny, a wam się zachciało nocnych przygód! I to po co? By zjeść tort! – tyranizował dalej mój bakugan, trąc czoło.
– Dan pociągnął za wajchę, nie ja – broniłam się. – Zresztą chciałam ostrzec!
– Ej nie zwalaj na mnie! – krzyknął Dan, otrzepując się z ziemi. – Jesteś współwinna!
   Przewróciłam oczami i rozejrzałam się. No nasza sytuacja nie napawała optymizmem.
– Nic mnie już nie zdziwi – westchnął Drago niczym rodzic, który od lat zajmuje się niesfornym dzieckiem. W sumie to tak było. – Musimy jakoś wrócić.
– Tylko w którą? – mruknęłam. – Tunel wyrzucił nas z zachodu, ale on miał trochę zakrętów, więc...
– Zachód i tak będzie najlepszy – zadecydował Drago.
– Przynajmniej mamy co pić – uznałam.
– Czy to alkohol? – Fludim zmarszczył brwi, wpatrując się w różową butelkę.
– Możliwe. Przyda się w chwili rozpaczy.
– No tak, pijani i zgubieni w lesie na pewno dacie sobie radę!
– Po pijanemu zawsze idzie łatwiej, zresztą jak dwie osoby mają się upić jedną butelką wina?
   Fludi wyglądał, jakby chciał mnie strzelić w łeb, lecz zapobiegł temu Dan.
– A właśnie, pamiętajcie, żeby patrzeć pod nogi – ostrzegł. – Jest tu taka dziwaczna rośliny, co je ludzi.
    Spojrzeliśmy na niego z szeroko otwartymi oczami. Czemu on to mówił takim swobodnym tonem? Co to była za planeta? Glutowate stwory w garnkach, ludożercze roślinki, co jeszcze? O na litość domen, gdzie ja trafiłam.
   Na wszelki przywołałam niewielką kulę mocy, by sobie nieco rozświetlić otoczenie i zaczęliśmy wędrówkę. Między drzewami, w kapciach i dresach. Mówię wam, wycieczka życia, nic tylko się zapisać i jechać na taką, polecam gorąco.
– Ej, chwila – Oprzytomniałam po kwadransie drogi. – Danny, a ty nie masz tego bakumetra? Można było się nim przenosić.
– Nie wziąłem go z pokoju – odparł, pokazując nagie nadgarstki. – Mam tylko Drago, nasz zestaw bojowy i baku nano. 
   Uniosłam brew. Jakie to były priorytety?
    Westchnęłam rozczarowana. Dalej byliśmy głęboko w lesie i nie było nawet śladu pałacu czy miasta.  A teren nie robił się prostszy, wręcz przeciwnie. Cały czas pojawiały się jakieś chaszcze albo usypy. Prawie wywinęłam orła, zahaczając o korzeń, a włosy Dana zaplątały się o gałęzie i musiałam go ratować.
– Wspaniale – gderał Fludim. – Jeśli coś się stanie albo zaatakują Gundalianie, to mamy przerąbane.
– Przecież mam moc no i ciebie marudo, a my tak łatwo się nie dajemy.
– Tak samo ja z Drago!
    Nasze bakugany jedynie westchnęły ciężko, mając nas po dziurki, ale co poradzić? Nie takie rzeczy przeżyliśmy!
   Akurat próbowaliśmy się przedrzeć przez jedne krzaki, gdy w nasze plecy zaczęło grzać wschodzące słońce. Ciemno niebo powoli jaśniało, a chmury przybierały pomarańczowo – różowy odcień. Wtedy też zerwał się gwałtowny wiatr, który rozrzucił korony drzew na boki.
– Czy to... – zaczął z niedowierzaniem Dan.
    Tuż nad nami przeleciał gundaliański statek, a powietrze przecięły mało wyraźne odgłosy alarmu. Niewiele myśląc, rzuciliśmy się przed siebie.
– Wykrakałeś! – jęknęłam do Fludima, rozgarniając liście rękoma.


****

   Wypadliśmy, pardon, wytoczyliśmy się gdzieś przed drugą osłoną. Tym razem wokół nie było drzew i błota, a piach i skały. W oddali dało się dostrzec niewyraźne zarysy osłony. No to ładny wybudowali sobie ten tunel, chyba był jakiś ewakuacyjny?
– Drago! – wykrzyknął Dan i wyrzucił bakugana, po czym dorzucił Bakunano w kształcie motora. – Wskakuj, Jess, nie będziemy tu łazić – Podał mi rękę.
   Wspięłam się na ramię Drago i dopiero ruszyliśmy.
– Dlaczego oni zawsze muszą atakować z rana? – zajęczałam.
    Niczym odpowiedź koło nas uderzył fioletowy pocisk. Przytuliłam się mocniej do Dana, kiedy Drago gwałtownie skręcił.
– Jeśli dobrze pamiętam, to zestaw bojowy z takimi pociskami miał... – zaczął bakugan.
– Linehalt! – dokończył Dan.
    Kiedy dym się rozrzedził, ujrzeliśmy bakugana Darkusa, który przyczajony leżał na skale ze swoją bazooką. Przełknęłam ślinę, patrząc na lufę. Oj jak to w nas trafi, to dobrze, jak nasze resztki zmieszczą się w pudełku na zapałki.
– Drago, trzeba wiać – krzyknęłam.
– Nie musisz mi tego mówić!
    Zrobił kolejny ostry skręt i zaczął pędzić w stronę kanionu. Niestety Linehalt wcale nie zamierzał nam ułatwiać życia i wzniósł się na swoich skrzydłach, zapierdalając za nami. Nabrałam powietrza i zaczęłam zbierać moc. Gdy znów strzelił, wygięłam nadgarstek w górę, tworząc niewielką barierę. Nie były one jakoś mega mocne, w końcu nie byłam Tytanem czy Reiko, ale przynajmniej siła wybuchu nie trafiała w nas tylko na boki. Choć i tak pył i kawałki skał wirowały dookoła, co jakiś czas zahaczając o naszą skórę.
– Drago! Tam! – Dan coś pokazał, ale byłam zbyt skupiona na tworzeniu kolejnych barier i w ogóle wypatrzeniu czegokolwiek w tym burdelu. Oczy zaczęły mi już łzawić od piachu, a gorąco w ciele wzrastało. Byle bym nie przesadziła.
    Nagle kula nadleciała z gęstego dymu. Warknęłam pod nosem i cisnęłam swoim odpowiednikiem. Zderzyły się, co wytworzyło falę uderzeniową. Zatoczyłam się w tył, a gdy Drago znów wziął zakręt, to straciłam równowagę.
– Jess! – Dan próbował złapać mnie za rękę, ale było za późno.
   W ostatniej chwili osłoniłam głowę, zanim uderzyłam o ziemię i potoczyłam się kilka metrów.
– Jess? Jess? Słyszysz mnie? – spanikowany głos Fludima. – Boli cię coś?
   Podniosłam się na łokciach i zaczęłam kaszleć. Czułam, jak pali mnie obdarta skóra na kolanach, ale poza tym to było git. Usiadłam na piętach, łapiąc oddech. Będą z tego siniaki jak chuj.
– Żyję, Fludi. Nie tak rzeczy się przeżyło – uspokoiłam go.
   Słyszałam, że Ren coś krzyczał, po czym rozległ się tupot stóp i Gundalianin wynurzył się z pyłu. Zmrużyłam powieki, mierząc się z nim wzrokiem i podniosłam się, otrzepując moje postrzępione spodnie.
– Ładnie to tak celować w bezbronnych – prychnęłam.
– Nie uznałbym po twoich barierach, że byłaś zupełnie bezbronna – odparł z lekkim uśmieszkiem, na który aż mnie skręciło. – Dawno się nie widzieliśmy.
– I lepiej, jakby tak zostało – odparowałam, unosząc dłoń.
   Wtem z bocznej jaskini wystrzelił Drago, który natarł na Linehalta.
– JEEES! – wrzasnął Dan, rzucając się na mnie. – Jesteś cała!
– Taaa, lata praktyk – Poklepałam go po plecach.
   Kuso puścił mnie i odwrócił się do Krawlera.
– Co ty tu robisz, Ren?
– Przybyłem, by wreszcie się z wami rozprawić. Super moc, Niszcząca Furia! – krzyknął Gundalianin
    Ogień i ciemność starły się ze sobą zażarcie, walcząc o dominację.
– Zostaw go mnie, Jess – zwrócił się do mnie Dan.
   Skinęłam głową i posłałam mu lekki uśmiech, po czym odbiegłam kawałek. Z jednego kolana ciekła mi strużka krwi. Oho, trzeba to będzie potem oczyścić, bo to jednak zakażenie mnie zmiecie z planszy.
– Fludim! – wyrzuciłam bakugana, a gdy stanął w oryginalnej formie, wskoczyłam na jego ramię.
– Mówiłem, że tak to się skończy – burknął. – Ale jest za cicho – dodał, mrużąc powieki.
– Dokładnie – zgodziłam się. – Powinniśmy się rozejrzeć czy ktoś tu się nie kręci.
    Skinął głową i wzniósł się lekko, jednak nie ponad kanion. Z tyłu ciągle rozlegały się odgłosy walki. Strumienia ognia i fioletowe kule co chwila zderzały się ze sobą, powodując nowe zniszczenia. Słyszałam też sfrustrowany głos Rena, więc odwróciłam się. Wyglądało, jakby Dan próbował go namówić do dołączenia do nas. Pokręciłam głową. W końcu metoda Wojowników.
   W oddali coś błysnęło, ale nie zdążyłam się temu dobrze przyjrzeć, gdy przeleciało tuż koło nas, powodując gwałtowny podmuch. Już wolałam nie myśleć, co miałam na głowie, tylko wyciągnęłam kartę supermocy. Fludim podniósł gardę i odwróciliśmy się.
   Był to czerwony smok złożony z kwadratów niczym w Minecrafcie. Zamrugałam gwałtownie. Chwila, moment. On był tego gościa, co rąbnął żywioł! Jak on miał....
– Krzaczaste brwi! – wykrzyknęłam.
– Co?! – Fludim spojrzał na mnie jak na wariatkę.
– Heee, jednak mnie pamiętasz – odezwał się żołnierz, który stał na jednej z łap bakugana. Ściągnął hełm, ukazując światu te krzaki nad oczami. Wyszczerzył zęby – Dziewczynko z Vestalii.


****

   Sama nie pamiętałam, jak do tego doszło, ale skończyło się na poczwórnej bitwie. Z czego Fludim po prostu powstrzymywał Rubanoida przed atakowaniem Drago, a Dan i Ren dalej bili się zażarcie.
– Super moc, aktywacja! Oszustwo Cienia! – krzyknęłam.
   Poziom mocy Fludima: 800
   Poziom mocy Rubanoida: 700
   Zacisnęłam zęby. Mała była między nami różnica.
– Zestaw bojowy! – uśmiechnął się Sid, wyrzucając ustrojstwo w powietrze.
   Ooo, tak się bawimy? Zaraz...nie wzięłam swojego!
– Ja pierdolę – jęknęłam.
– Nie gadaj, że... – zaczął Fludim.
– Ciicho – Zamachałam ręki. – Ogarniemy to inaczej!
– Jess!
– Co? – spojrzałam na Dana, jednocześnie szukając kart.
– Użyję teraz pojazdu bojowego, okej? Dasz radę?
– Pfff, ja zawsze daję radę. Leć – machnęłam ręką. – Otchłań Ciemności!
    Gdy udało mi się wepchnąć bakugana w ciemny kokon mgły, zerknęłam, co robi Dan. Wskoczył do środka al’a deski, na której unosił się Drago. Jednak Renik nie pozostawał dłużny, dołączył ten cholerny zestaw bojowy i ruszyli w pościg.
– Chyba zostaliśmy sami – stwierdził Sid. – Wolałbym cię za bardzo nie uszkodzić.
– I tak już wyglądam jak ofiara wypadku – Wzruszyłam ramionami. – Zresztą nie masz się czego bać. Super moc aktywacja! Zdradliwy Cień!
   Połowa hybrydowych łeb Rubanaoida zaczęła być wciągana przez wyrwę, która powstała w ziemi. Sid warknął wściekle i wyciągnął kartę, gdy z dołu spadł grad laserowych strzał. Dan wylądował koło mnie, a Drago stanął koło Fludima. Linehart ugodził porządnie o ziemie, lecz cholernik wstał.
– Ładnie – wyszczerzyłam zęby.
– Dzięki i nawzajem – Dan puścił mi oczko i znów włączył swój zestaw bojowy do walki.
– To jeszcze nie koniec – wycedził Ren. – Super moc zestawu! Strzał Pumixa (?)
– Rubanoid, Forma Falista Destrakona (?)!
– Ja myślę, że tak – Dan wyciągnął kartę. – Drago, Ogień Krosbostera (???)!
   Nawet nie zdążyłam użyć karty, bo moc Dragonoida zmiotła naszych przeciwników z pola walki. Westchnęłam, chowając kartę. To co teraz?
   Gundalianie warknęli sfrustrowani, po czym zaczęli rozmawiać.
– Powinniśmy ruszać do pałacu – uznał Dan.
– Masz rację – Skinęłam głową. – Trochę niewygodnie walczyć w papciach.
– Oj stanowczo.
    Fludim obdarzył mnie pełną politowania miną, gdy rozległ się kolejny wybuch po przeciwnej stronie, gdzie stali Sid z Renem.
– Co to było?! – krzyknął Dan i zaczął szukać źródła.
   Ja natomiast patrzyłam, jak Ren połową ciała zawisł na przepaścią, mocno ściskając rękę Sida. Coś czerwonego podskoczyło do drugiej dłoni Krawlera, nim Gundalianin go puścił i poszybował w ciemność. Instynktownie wyciągnęłam dłoń, by użyć mocy, gdy ciemny laser przejechał tuż przed naszymi stopami. Odskoczyliśmy w tył.
– Dharak! – warknął Drago.
    Obok bakugana, który wyglądał przypominał smoka Darkusa, unosił się okazały gundaliański statek. Jedno z drzwi powoli się rozsunęło i na niewielką platformę wyszedł wysoki Gundalianin w ciemnym stroju. Jego białe włosy do ramion powiewały na wietrze, a zielone oczy wpatrywały się prosto w Drago. Wykrzywił usta w kpiącym uśmiechu.
– Barodius – mruknęłam.
– Cesarz Gundalii – dodał Dan.
    Ren również wpatrywał się w Gundalianina w napięciu. Na moment jakby wszystko ucichło.
– Teraz nasza kolej, by się zabawić i zobaczyć efekty prac Kazariny – odezwał się chrapliwym głosem wrogi władca. – Mamy interesujących przeciwników.
    Przełknęłam ślinę. Byliśmy we dwójkę, nasze bakugany już trochę powalczyły, strój to mieliśmy odpowiedni do drzemki od lenienia się. Ja ponadto zapomniałam zestawu bojowego.
   Spectra definitywnie miał rację. Umieliśmy się wpakować w zajebiste tarapaty.


 Tadam, szybki następny rozdział! I to napisany tylko dziś, bo lało i miałam wene, to co zrobić XD Wyjątkowo mi się podoba, bo skupiony na drugim najbardziej postrzelonym duecie na tym blogu XDDD Ahh tęskniłam za ich głupotą. A i połączyłam odcinki 23, 24 i tam 25, więc będą leciały ciurkiem, by się kto nie dziwił, że wleciał Barodius.
Jess: Keith mnie zabije
Fludim: Optymistycznie myślisz, że zdążysz
XDDD No nic, zaczęłam nawet pisać następny, ale tam będzie dużo skoków między postaciami, więc no może trochę zająć XD
Odmeldowuje się!

  



czwartek, 9 lipca 2020

S2 Rozdział 42: Zabawy ciemności


    Żeby być całkowicie szczerą, to znienawidziłam Gundalian wyjątkowo mocno dzisiejszego poranka. Nie dość że wpółprzytomna z zapuchniętymi oczami stałam na jakimś totalnym wygwizdowie, to jeszcze wiało niemiłosiernie, przez co dostawałam dreszczy.
   Reszta była w niewiele lepszym stanie. Dan co chwila przysypiał, śliniąc się z lekka, Akane to trzymała się przytomności z całych sił, Marucho dzielnie przecierał co 5 minut oczy, by powieki mu nie opadły. Jedynie Fabia, Shun i kapitan Elright wyglądali na rześkich i pełnych energii. Zupełnie jak te legendarne osoby na imprezach, które nieważne, jak dużo procentów w siebie władują, na następny dzień są czyste, pachnące i pełne sił.
- Spóźnia się już dziesięć minut – powiedział z lekkim niepokojem kapitan i rozejrzał się po równinie.
– Ale też nie widać, by to była jakaś pułapka – mruknął Shun.
– To czemu Nurzak się nie pojawiaaaa? – ziewnął Dan. – Skoro już wysłał tą wiadomość.
– Coś tu nie gra – westchnął Marucho.
– Coś go zatrzymało? – zasugerowała Shiena, trąc podbródek.
– Albo... – Shun nie dokończył zdania, gdy komunikator Elrighta wydał ostry pisk i pojawiła się twarz jednego z żołnierzy.
– Kapitanie, nasze czujniki pokazały trzy gundaliańskie statki zmierzające ku osłonie!
– Albo chciał odciągnąć naszą uwagę – dokończył Kazami.


****


   Ren czuł, jak jego nerwy pękają jeden po drugim. Ledwo udało mu się otrząsnąć z szoku, że Nurzak zginął z ręki Barodiusa, a już został wysłany na Ziemię, by pozbierać więcej graczy do batalionów Gila, Airzela i Stoicy. I w tym zadaniu nie byłoby nic trudnego, w końcu Krawler robił to już nieraz.
– Matko, jacy ci ludzie są odrażający. I czemu właściwie to ja zostałem wysłany? Jestem dowódcą, a nie jakimś podrzędnym sługą!
   Niestety do „pomocy” dostał najbardziej irytującego członka Zgromadzenia Dwunastu. Nawet nie zdążyli się dobrze przenieść, ten już marudził, przeglądając się w wypolerowanej ścianie. Przynajmniej zmienił się w ludzką formę, bo Ren nie ręczyłby za siebie.
   Zerknął na Heather, która stała koło Stoicy, jednak spoglądała zamglonym wzrokiem przed siebie. Pojęcia nie miał, czemu ją też musiał tu zawlec, skoro wcześniej walczyła na froncie, ale i tak już wolał ją niż Stoicę. Przynajmniej milczała, choć jej wzrok potrafił zmrozić gości.
– A ten ubrania to już kompletne bezguście! Jak można sie tak ubierać?!
   Wypuścił wolno powietrze przez nos. Abolutnie nie mógł pobić jednego z dowódców, miał wystarczająco dużo problemów.
– Im szybciej złapiemy dzieciaki, tym szybciej wrócimy – warknął. – Więc nie dramatyzuj i do roboty!
   Stoica spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem, po czym niepokojąco się uśmiechnął. To nie wróżyło niczego dobrego.
– No dobrze, chodźmy skarbie! – Pociągnął Heather za sobą, na co ta się wyrwała z sykiem. Zerknął na nią przez ramię, robiąc dzióbek. – Oj nie radziłbym, ja nie jestem jak Zenet. W końcu to twoja planeta, więc dobrze wiesz, co i jak, nie? – Puścił jej oczko i ruszył dalej w podskokach.
– Stoica, czekaj! Mamy to robić ra... – Ren urwał, widząc, że dowódca go kompletnie olał podobnie jak Ziemianka.
   Westchnął ciężko. Pozostało mu mieć nadzieję, że nie zrobi czegoś zbyt głupiego.


****

– To jeden z najgłupszych pomysłów, że chcecie tam iść – oświadczyła Phoebe, splatając ręce na piersiach. Zmarszczyła brwi. – Nie słyszeliście, co mówiła Jess? Oni stamtąd porywają ludzi. I z osobistych doświadczeń wam powiem, że to nic miłego.
– Naprawdę robią to ciągle, mimo że każdy wie, żeby nie podchodzić do dziwnego gościa oferującego ci super miejsce do walki? – westchnął Dean. – Przecież to jak z tym, by nie wsiadać z obcym do auta. Mało kto jest tak naiwny.
– Ponadto chcemy tylko zajrzeć, co tam się dzieje, a nie wdawać się z nimi w rozmowy. Kto wie może już odpuścili? – dorzucił Drake.
– Tylko że oni nie należą do najmilszych osób – warknęła dziewczyna, powoli zirytowana ich lekceważeniem. – A jeśli toczą wojną, to tym bardziej będą zdesperowani. Prawda? – zwróciła się do Stelli, szukając pomocy.
   Niestety Galvin była zbyt zafascynowana wpatrywaniem się w swoją mrożoną herbatę, by zauważyć, że ktoś do niej mówił. Dopiero gdy Phoebe szturchnęła ją w ramię, przecknęła się do rzeczywistości.
– Słucham? – mruknęła lekko zdumiona i zamrugała kilka razy. Po paru sekundach oprzytomniała. – Phi ma rację. Przecież byliśmy nawet w ich pałacu i ci kolesie byli dość przerażający – Wzdrygnęła się lekko.
– E tam, poradziliśmy sobie koncertowo! – Drake wydymał policzki. – Zresztą nikt nie mówił, że chcemy walczyć, Phoebe! Tylko wejść i zobaczyć!
– Ciągle idiotyzm – prychnęła. – Możecie narobić dziewczynom kłopotów.
– Właśnie, są jakieś wiadomości od nich? – zainteresował się Dean.
    Stella pokręciła głową.
– Tylko raz ta...eee... – Postukała się palcem po policzku. – chyba Mira przekazała, że są całe i zdrowe, ale ta wojna dalej trwa i ciągle próbują dorwać Heather.
– Ojj Nathan nie byłby szczęśliwy, słysząc o tej dziuni – mruknął Drake.
– Ciągle przeżywa zawód miłosny? – westchnęła Phoebe.
– Bardziej to, że dał się jej zrobić w balona. Ale no serducho naszego blondyna też nieco krwawi.
– Znajdzie lepszą i nie socjopatkę – skwitowała Stella.
– A wracając do waszych tępych planów, to niestety nie przywiążę was do krzeseł – blondynka skrzywiła się delikatnie, wyrażając swoje ubolewanie – lecz nie radziłabym wam. Kto wie, do czego ci Gundalianie jeszcze mogą być zdolni.


****


   Czy to było szczęście czy przekleństwo, że niemal siłą została przydzielona do Stoicy, tego Heather nie była pewna. Z jednej strony mogła skończyć dużo gorzej, na przykład obrywając tym cudownym czerwonym promieniem od Gilla, lecz z drugiej to Stoica ją wkurwiał. Niesamowicie. Miał piszczący głos, marudził i udawał ważniaka.
   Przynajmniej teraz miała od niego chwilę spokoju, bo poleciał łapać jakiegoś bruneta w żółtym płaszczu. To swoją drogą było fascynujące zjawisko, że pomimo tak wielu zniknięć, dalej ktoś przychodził do Bakuprzestrzeni. No ale gatunek ludzki był wyjątkowo tępy, to czy miała się co dziwić? Zawsze mogli się łudzić, że nie padnie na nich.
– Ahhh, jaka beznadzieja – jęknął Stoica. – Nie stawiają żadnego oporu, tylko zaskoczona minka i tyle. Nuda!
– Nie wiem, czego oczekujesz po dzieciakach – odparła chłodno, rozglądając się na boki.
   Logicznie myśląc, mogłaby stąd łatwo zwiać. Wystarczyłoby że Stoica poszedłby po kolejną ofiarę, a ona musiała by tylko podbiec do teleportu. Ale ciągle nie czuła do tego chęci. Nęciło ją, by patrzeć dalej, jak Gundalia się rozpada, bo nie miała wątpliwości, że to wkrótce nastąpi.
– Tak w ogóle to może byś w końcu pokazała swoją użyteczność? Bo sługów to mamy pod dostatkiem, a mistrz Gill wyraźnie mi mówił, że umiesz zaleźć za skórę tym Ziemianom. Więc jak to jest skarbie, hmm? Bo wiesz...
   Dalszy monolog Stoicy przelatywał jej przez uszy, gdy spostrzegła podejrzanie znajome twarze. Ruszyła przed siebie, olewając okrzyki Gundalianina. Gdy wyszła z zakrętu, poczuła, jakby przez jej ciało przeszło przyjemne ciepło.
   Wpatrywała się w rozdziawioną twarz Nathana oraz jego trzech kolegów. Kojarzyła ich, bo kręcili się koło Jessicy i jej koleżanek. A skoro tak było, to mogła ich idealnie wykorzystać.
– Znalazłam ci idealne ofiary – zachichotała. – To właśnie przyjaciele jednej Ziemianki.
   Twarz Stoicy wykrzywił okrutny uśmieszek, a jego oczy zabłysły. Kątem oka spostrzegła pobladłą twarz Nathana. Westchnęła.
– Nie ma się czego bać, mój drogi – powiedziała przesadnie słodko. – To będzie tylko długi koszmar – Wyciągnęła taser.
   Oblizała usta. Oby mina Jessicy była tego warta.


****
  
   Jakim cudem nie skręciłam sobie karku, to to nie wiem po dziś dzień. Spać mi się chciało koszmarnie, pomimo adrenaliny w żyłach, słoneczko prażyło już hojnie, więc chujnię widziałam, a bakugany przeciwników to waliły z pasją we wszystkie strony.
   No według opisu Jane to wyglądałam jak pija dwudziestoczterogodzinny konsument alkoholi próbujący po ciemku doczołgać się do monopolowego, jeśli to komuś miało ułatwić wizualizację. Ale wracając do bitwy, to milutko nie było. W sensie te bakugany to nie były jakieś herosy typu te Vexosów, jednak było ich dużo i nacierały z każdej możliwej strony. Tyle dobrze, że Gundalia coś nie przepadała za bakuganami Haosu, bo wtedy już w ogóle miałabym przerąbane z trafianiem w nie swoich.
   Najgorsze było to, że większość tej armii to były dzieciaki z Ziemi. Dlatego trzeba było uważać, by za mocno nie przypierdolić – hehe pozdrowienia dla Aki – bo jednak nie ich wina, że banda ufoludów uznała, że ich wrzuci do wojenki, bo im mięsa armatniego zabrakło.
– Włócznie Darkusa! – aktywowałam supermoc, widząc nadciągające trzy bakugany Ventusa.
   Fludim ruszył do ataku i szybko przywrócił przeciwników do form kulistych, po czym zaczął oczekiwać na następnych, jednak ci się nie pojawiali. Sami gracze spojrzeli jedynie wściekle, po czym rozpłynęli się w powietrzu, nim ktoś zdążył się ruszyć.
– Najwidoczniej się przegrupowują – krzyknęła Jane.  – Wytrzebiliśmy większość ich oddziałów.
– Tak dłużej myśląc, to co się dzieje z tym dzieciakami? – spytał Fludim, opierając włócznie o ramię. – Przecież nie trzymają ich cały czas na Gundalii?
– Prawdopodobnie wysyłają z powrotem do domu – odparł kapitan Elright, który pojawił się za moimi plecami. – Musimy się rozdzielić i spatrolować czy nie ustawiają żadnych pułapek.
   Skinęłyśmy głowami z Jane, po czym wskoczyłam na ramię Fludiego i ruszyliśmy w lewo przez kanion. Jakby było miło, gdyby jednak sobie odpuścili. Mogłabym się znów położyć i zasnąć. Za czasów Vexosów to chociaż mogłam sobie długo spać, bo w kółko mnie gdzieś zamykali, a tutaj? Piach, słońce, huki i jebnięta socjopatka. Ehh, nie doceniałam tamtych luksusów. Choć dobra za Vexosów było więcej psycholi. Ale też nigdy nie powinnam mówić nigdy, nie poznałam reszty wspaniałej ekipy z Gundalii.
– Przydałoby się natknąć na Heather – odezwała się Jane. – Przynajmniej pozbyłybyśmy się jednego problemu.
– Pierdolnęłabym w nią mocą bez zawahania – wymamrotałam i ziewnęłam. – Nie miałabym siły jej słuchać czy być delikatną.
    Jednak Starożytni i Kula mieli wyjebane w nasze malutkie życzenie, bo zamiast tej zielonowłosej spierdolony zmaterializowała się przed nami mini armia dzieciaków. Przeklęłam pod nosem i sięgnęłam po karty, gdy ujrzałam jednego z bakuganów i zesztywniałam.
   To był Luminos. Poznawałam te malutkie skrzydełka przy głowie. Spojrzałam w dół i spotkałam się z żółtymi tęczówkami Nathana. Poczułam, jak zimny dreszcz biegnie mi po plecach.
– Jakim cudem? – wyjąkała Jane, ale szybko się otrząsnęła i uruchomiła bakumetr. – Haru, Aki mamy problem.
– Hmmmm? Też wam się tak nos spalił od tego słońca? – odparła wesoło Aki.
   Powstrzymałam chęć klepnięcia się w czoło.
– Mamy tu Nathana – dokończyła Jane grobowym głosem.
   Po drugiej stronie na moment zapanowała cisza i może byłoby lepiej, gdyby tak pozostało.
– Ja właśnie widzę Drake’a – odezwała się Shiena.
   Krew odpłynęła nam z twarzy, a mi jednocześnie drgnęła brew. Mówiłam, by nie chodzili do Bakuprzestrzeni, bo to cholernie niebezpieczne! Co za tępe łby, miałam im to na czole markerem wypisać?!
– A właśnie! – krzyknął Nathan nienaturalnie wysokim głosem, a kiedy na niego spojrzałyśmy, uśmiechnął się złośliwie. – Heather przesyła pozdrowienia!
   W sekundę pociemniało mi przed oczami, a moc zawirowała nad dłonią.


****

      Gęsta chmura pyłu potoczyła się po kotlinie, a zaraz po niej nastąpił rumor kamieni. Haruka nie była do końca pewna z czym walczyli Dan i Fabia, ale było dużo silniejsze niż poprzednie bakugany. Jednak nie to było jej największym zmartwieniem. Odwróciła głowę i przygryzła wargę.
– Coroa, Płomienna Szarża!
– Leaus, Potęga Eosa!
    Bakugany starły się w ciosie, a płomienne tornado wystrzeliło ku niebu, rozprzestrzeniając wkoło gorące powietrze. Pazury Leausa ścierały się z mieczem Coroi, przez co na boki strzelały iskry.
    Choć wiedziała, że Drake i Nathan to były jedne z największych tępot, jakie spotkała, to nie wierzyła w przypadek. Akurat teraz pojawili się, Dean tutaj, a Nathan przed Jess i Jane. To musiała być Heather. Chciała znowu udowodnić, że była górą nad nimi.
– Garra, lecimy – powiedziała krótko.
   Jej bakugan jedynie skinął głową, po czym wznieśli się na wysokość statków Gundalian. Haru wyciągnęła pożyczoną od Elrighta lornetkę i spatrolowała teren, szukając śladów węża. Jednak wkoło widziała jedynie oddziały bakuganów Neathian i bataliony Gundalian. Odpuściła bitwę? Nagle poderwała głowę.
– Super moc, aktywacja! Dusza płomieni!
   Kula ognia zmiotła na kamienną kolumnę bakugana o kształcie chrabąszcza, który był o sekundę od urąbania głowy Akane. Japonka w odpowiedzi puściła jej oczko, po czym użyła kolejnej karty. Trąba powietrzna uderzyła o ziemię. Kamienie i piach trysnęły na boki, a ziemia wybrzuszyła się, tworząc niewielkie wgłębienie, w której z całej siły pchała bakugana Drake’a.
   Mimo to Coroa wstała. Akane zmarszczyła brew. Wiedziała, że Drake był silnym wojownikiem, ale do tej pory oberwał już trzema atakami i nie użył żadnej karty obronnej. Powinien mieć za mało punktów, więc czemu...
– Coś jest nie tak! – krzyknęła do Shieny. – Jakby dostali jakiegoś wzmocnienia, albo Coroa nie czuła żadnego bólu.
– To drugie jest bardziej możliwe – mruknął Leaus. – Nie wydaje się nawet wzruszona.
   To była prawda. Mina Coroi pozostała lodowato spokojna, pomimo poniszczonej sukienki i kilku większych otarć od skał na skórze. Nawet lekko się nie krzywiła.
– Ooo, co takie zdziwione? – zawołał kpiąco Drake i rozłożył ręce. – Nie ma się tu czego bać. Wszystko to zwyczajna zabawa – Uniósł kącik ust. – W końcu trzeba was jakoś zmotywować do większego starania się, nie?
   Aki instynktownie ręka poszła w kierunku paralizatora, zanim przypomniała sobie, że to przecież Drake. Co innego było zdzielić go szmatą przez łeb, a co innego przywalić prądem w nerwy. To drugie będzie robiła Heather. Przez długie, dłuuugie godziny, gdy wreszcie dorwie ją w swoje łapy.
– Och to motywacja idealna – syknęła, wyciągając sekwencję super mocy. – Haru, co myślisz?
– Tylko uważaj, by w niego nie trafić – odparła szatynka, poprawiając okulary. – Nie chcę, by ocknął się  tego cały w siniakach.
– Heee, wreszcie coś się dzieje! Coroa, Cięcie chwały!
– Nawałnica!
– Krwawe zniszczenie!
    Eksplozja trzech supermocy zatrzęsła całym kanionem. Pył buchnął w każdym możliwym kierunku, a dwie kamienne kolumny koło Akane zapadły się z głośnym hukiem. Ona sama z trudem utrzymała się na nogach, osłaniając twarz przez falami piasku.
   Gdy chmura kurzu opadła, ukazała im się poległa Coroa. Drake prychnął wściekle.
– To jeszcze nie koniec – rzucił, nim wcisnął bakumetr i zniknął.
   Wpatrywały się przez moment w puste miejsce, po czym spojrzały zaniepokojone na siebie.  Czy aby na pewno jedynie Dean i Nathan zostali porwani?


****

   Gdy Jane użyła „Ściany Fali”, by odciąć ucieczkę Luminosowi, ja wyciągnęłam kartę do zestawu bojowego.
– Pocałunek Nocy!
   Fioletowe strumienie z działa storpedowały bakugana, powodując jego powrót do formy kulistej. Nathan nagle osunął się na kolana, jakby opadł z sił. Po twarzy spływały mu kropelki potu. Zeskoczyłam z ramienia Fludima i zaczęłam podchodzić, zachowując jednak bezpieczny dystans, jeśli uznałby, że przywali mi kamieniem, których naokoło nie brakowało.
– Nathan? Słyszysz mnie?
   Wymamrotał coś niewyraźnie, ale gdy podniósł głowę, straciłam resztkę nadziei. Jego tęczówki ciągle były puste, a wzrok nieobecny.
– Jeszcze nie wygraliście – warknął i teleportował się.
– Jaka jest gwarancja, że wrócą na Ziemię? – spytałam, starając się zachować spokój i nie pizgnąć mocą w pierwszą lepszą rzecz.
– Jeśli weźmiemy Heather pod uwagę, to marną. Będzie chciała nas prowokować – zawyrokowała Jane.
   Wypuściłam wolno powietrze przez nos. To oznaczało kolejną wyprawę na Gundalię. Haru już mogła szykować sobie kubek melisy czy waleriany, bo mowy nie było, że tam ich zostawię. Łby to były niesamowite, lecz z drugiej kto by przewidzieć, że ta sucz będzie się tam kręciła.
– Czyli będzie powtórka z rozrywki – stwierdziłam chłodno.
– Hee? Nie robicie ze mnie za dużego zła?
   Słysząc głos Heather, od razu uformowałam kulę mocy i poderwałam głowę. Dopiero po chwili zorientowałam się, że wydobywał się z komunikatora. Oho, cudownie. Tylko tego mi brakowało, by do mnie gadała po nocach.
– Jesteś skończonym utrapieniem dla nas – warknęłam.
– Ale musisz przyznać, że twoja mina była wspaniała – zachichotała, a we mnie aż się zagotowało. Nathanowi musiało paść na mózg, że mu się spodobała taka sucz. – Jednak nie ma sensu, by tego nadużywać, znudziłabym się.
– Doprawdy tragedia – zakpiłam. – W końcu musisz być zainteresowana, co nie?
– Gdybyś widziała tyle beznadziejnych ludzi, którzy nie potrafią się wyrwać poza ramy, to też byś pragnęła innych emocji.
   Przewróciłam oczami, bo ostatnie co mnie interesowało, to pragnienia tej szmaty.
– Czyli odesłałaś moich znajomych do domu, by nie wbiła na Vestalię i zrobiła ci z dupy jesień średniowiecza? – westchnęłam i podrapałam się po nosie. – Doprawdy odważna jesteś.
– Ja tylko nie chcę, by to się za szybko skończyło, Jessie – powiedziała z lekkim rozmarzeniem. – Wojna zawsze wyzwala tyle wspaniałych emocji i zachowań. Dlatego cieszmy się tym dalej, dobrze?
   Na tym połączenie się urwało.
  


Będę szczera. MAM KURWA DOŚĆ. Mam dość tej części, ta seria bakuganów jest nudna jak cholerna. Połowa odcinków to jest jakaś walka, a fabuły praktycznie nie ma. Teraz została mi śmierc tego...Sida, tam ogarnięcie się Rena i to porwanie Jake, ale to zrobię po swojemu, bo już mam wyjebane w kanon, a resztę lecę na szybkości. Jak ktoś lubi tą część, to sorka, ale dla mnie jest nie do przetrawienia. Zwłaszcza, że mam tyle planów na 3 część ;-; Ten rozdział jest tragicznie napisany, ale już uznałam, że walnę. Wgl zauważyłam, że jak robiłam po swojemu, to jakoś wychodziło, ale no nie oszukujmy się, wtedy olałabym zasadniczo tą całą wojnę XDDD
Wyżaliłam się, teraz idę oglądać arty z bakuganów na tumblr.
Odmeldowuję się!

środa, 1 lipca 2020

S2 Rozdział 41: Noc pytań i straconych nadziei


– Myślę, że zostanę na Neathii do końca wojny, nawet jeśli wcześniej dorwiemy Heather – odezwałam się, powoli wmasowując szampon we włosy.
   Jako że łazienki w pałacu były przestronne, a wanny miały rozmiar małego basenu ogrodowego, to laski bez ceregieli władowały się do mojej i urządziłyśmy sobie mini onsen. Para wypełniała całe pomieszczenie, nasze bakugany pływały sobie w rozkoszy w kolorowych mydelniczkach, ogólnie żyć nie umierać, pełen relaksik i chillerka.
   No przynajmniej do chwili, aż się odezwałam. Haruka podniosła gwałtownie głowę, aż ręczniczek namoczony zimną wodę na jej czole wystrzelił prosto w ścianę, Jane to tylko oparła policzek o rękę, unosząc o brew, natomiast Aki jak na drama queen przystało, dramatycznie rzuciła się pod wodę.
– Tfu! – wynurzyła się, wypluwając garść włosów z ust. Potrząsnęła głową. – Ale po cholerę?
– To nie jest dobry pomysł – dodała Haruka.
– Podpinam się – mruknęła Jane. – Skąd ci się to wzięło?
   Fludim też na mnie spojrzał szeroko otwartymi oczami, jakby pytał, czemu mój mózg znów spierdolił na mini wakacje. Nabrałam powietrza.
– Bo myślę, że w sumie powinnam się odwdzięczyć Danowi i reszcie za całą akcję z Vestalii i Vestroii – Oparłam brodę o kolana. – Wiem, że nie jestem im nic winna, ale nie wiem, źle bym się z tym czuła? Jakby nie było, uratowali mi dupę kilka razy, więc skoro moja moc może się przydać, to czemu nie?
– Hmmm – Shiena ściągnęła brwi. – Rozumiem, o co chodzi, ale co ze szkołą? Obecnie nie ma pewności czy ta wojna potrwa tydzień czy też może cały rok.
– Niby może być jakiś rozłam w tym całym Zgromadzeniu – wtrąciła Jane.
– To prawda, ale nikt tego nie potwierdził, zresztą kto wie czy nam to pomoże?
– Heather i tak zostaje priorytetem, bo jednak jakby nie było, to żadna z nas się jej nie przyjrzała, póki nie było za późno – uznała Aki, ocierając łezki z kącików oka. – Ale właśnie Jess co ze szkołą? Skarbie, kocham cię, ale nikt nie będzie w stanie cały czas nadrabiać materiału.
– Eeee, nie odmawiaj mi mistrzostwa w nadrabianiu, siedzimy tu dopiero tydzień, a z Vexosami straciłam z cztery miesiące – Podniosłam rękę. – I od razu zaznaczam, że ja chcę zostać, wy moje drogie powinnyście wracać, najlepiej ciągnąc Heather za kudły.
– O ile jej jakieś zostaną – Akane uśmiechnęła się szeroko.
– Tak naprawdę nie dorwiemy jej, jeśli znów nie pojawi się tu z tymi wojskami albo my na Gundalii – Jane trąciła palcem Ulvidę. – Kto wie, ile to zajmie.
– Nikt nie powiedział, że ona dalej z nimi będzie – powiedziała Haruka. Spojrzałyśmy na nią. – Jane mówiła, że kiedy z nią walczyłyście, to atakowała w sumie każdego na swojej drodze.
   Przytaknęłam. Haruka nabrała wody w dłonie.
– Dla niej to zwyczajna zabawa. Czerpie radość z ranienia innych i niszczenia ich wartości. Szuka dreszczyku. Więc pewnie znów znudzi się Gundalią, to zechce sprowokować ich.
   Aki prychnęła, zakładając ręce za głowę.
– Gundalianie to nie są przyjemne ziomki jak Neathianie. Tej małej suczy serio wydaje się, że może każdym się bawić?
– Tak długo jak ujrzy emocje, tak długo będzie grała – mruknęła Haruka. – Jest przebiegła, ale też po części impulsywna i ślepa.
   Na chwilę zapadła cisza, gdzie rozważałyśmy nasze opcje.
– Trochę szkoda, jeśli załatwią ją Gundalianie – westchnęła Jane. Przejechała palcem po zasklepionej już ranie. – Chciałam się odwdzięczyć.


****

   Pół godziny później udało nam się w końcu wypełznąć z łazienki. Ja pozostałam przy decyzji o zostaniu do końca, a laski uznały, że muszą to przemyśleć i poszły do swoich pokoi. Tymczasem moja pomarszczona jak babinka osoba w pięknym turbanie na łbie przypomniała sobie, że pozostała mi inna ważna osoba do poinformowania.
   Tak, dobrze myślicie, Spectra. W końcu jakby dziewczyny wróciły z Heather, ale beze mnie, to tym razem serio zdecydowałby się mnie otruć zupą. Albo zamknąć w schowku, aż nie zdechnę i zamienię się w proch. Albo jedno i drugie.
   Sięgnęłam po vestaliańskie ustrojstwo i zaczęłam stukać krótką wiadomość, o tym że zostaje i czemu. Strefy czasowe miałam już powalone i nie miałam pojęcia, która jest w Velarii, ale i tak nigdy nie lubiłam dzwonić do kogoś. Pisanie zawsze było lepsze. Wysłałam, rzuciłam komunikator na łóżko i poszłam po grzebień.
   Wracałam biegiem, słysząc dźwięk dzwonka. No tak. Jasne. Połączenie wideo. Kiedy wyglądałam jak zmoknięty szczur z podkrążonymi oczami, doprawdy on to ma wyczucie.
– Dlaczego wiedziałem, że prędzej czy później coś wymyślisz? – odezwał się na przywitanie. Po przestrzeni dookoła niego wywnioskowałam, że siedział w swoim laboratorium.
– A ja wiedziałam, że będziesz się przepracowywał, w końcu rodzina tradycja – odparowałam.
   Pobiliśmy się przez chwilę na wzrok, na co wyjątkowo Keith odpuścił jako pierwszy, bo zaczął coś klikać w komputerze.
– Wiesz, że to może długo potrwać, nie? – Wrócił wzrokiem do komunikatora.
– Kochany, mam doświadczenie z irytującymi typami – Usiadłam po turecku i zaczęłam powoli rozczesywać włosy. – Zresztą możliwe, że jest tam jakiś rozłam, więc kto wie, może za tydzień wrócę do siedzenie w ławce i walczenia z sennością?
   Uniósł brew.
– Zresztą ty i Dan to nie jest dobre połączenie. Zwłaszcza bez nadzoru.
– Już nie matkuj, ładnie się słucham i nie odpierdalam – burknęłam z oburzeniem. – Słyszałeś jakieś skargi na mnie? Albo słyszałeś, by nagle wywaliło połowę Neathii? Nie? To widzisz! Panuję nad sytuacją.
   No w sensie byłam w kropce, bo Heather to była tak przewidywalna jak Aki w chwilach furii, ale tego nikt wiedzieć nie musiał. Mały mankament.
– Wolałbym, byś wróciła z Heather.
– A ja wolę zostać. Zresztą sam Elright zauważył, że moja moc może być przydatna, zwłaszcza, że ci Gundalianie też mają jakieś triiikiii – Przeciągnęłam ostatnie słowo, widząc jego minę. Oj o tym nie powinnam mu wspominać. Wyszczerzyłam zęby. – No w każdym razie jak się nauczyłam tworzyć barierki, to czemu tego nie użyć w praktyce?
– Jakie triki?
– A tam – machnęłam ręką. – Dla mnie mało groźne, przy Zenku to nic!
– Jess.
– No mówię, że nic.
– Cholero, jakie triki? –  powtórzył i  zrobił cudzysłowie palcami. – Mówiłem Elrightowi, żeby...
– Wiem, wiem, co mówiłeś i miło, że mi wspomniałeś – Zmrużyłam powieki.
– Nie zmieniaj tematu.
– Ludzkie samice naprawdę są straszne – mruknął Helios.
– Nikt nie pytał o opinię, jaszczurze – westchnęłam. – Właśnie dlatego skończysz jak zrzędliwy stary kawaler, który będzie siedział w vestroiskim klubie starych kaw...
– Jess – syknął Keith, wcinając się w moją tyradę.
– Och, no strzelają jakby prądem z palców, ale u Zenka to oberwałam tak nieraz, więc na spokojnie. Wracając, nie wiem, jak wygląda życie kawalera u bakuganów, no ale...
– Faktycznie, prąd to nic takiego – westchnął Keith, ściskając przegrodę nosa palcami.
– Tylko u dwóch czy tam trzech z tego Zgromadzenia to stwierdzono, także nie masz się co bać – Machnęłam dłonią i uśmiechnęłam, widząc, że znów się z lekka załamał.
    Dałam mu czas, by sobie uświadomił, że moja psychika to powagi dalej nie przyjmowała w swoje szeregi. Helios znów chciał coś wtrącić, ale Spectra tak na niego spojrzał, że zaczął tylko gmerać pod nosem i zniknął z ekranu.
– Wolałbym być tam, byś jednak nie przesadziła i nie wplątała nas w coś – odezwał się w końcu.
   Serce lekko mi zabiło, bo mógł to sobie ubierać w jakie chciał słowa, ja wiedziałam, że się martwił, cholernik jeden.
– Ty tam tylko pilnuj, by swojego tyłka nie przepracowywać.
– O to nie masz się co martwić, po prosto wolę pracować w nocy – Odchylił się wygodniej na fotelu i urwał na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiając. – Chciałaś kiedyś grać inną domeną? – spytał nagle.
– Co? Nie, lubię Darkusa, pasuje do mnie. Czemu pytasz?
– Tak się tylko zastanawiam – Przejechałam palcami po włosach. – Czy aby Pyrus jest dokładnie dla mnie.
– To twoja decyzja – Rozłożyłam ręce. – Tylko wtedy porzucisz tego dziadowatego jaszczura?
   W tle rozległo się niewyraźne warknięcie pod mim adresem, lecz Helios mordy nie pokazał.
– Bardziej myślałem, by przeprowadzić na nim zmiany – Keith odpłynął na chwilę. Zwilżył wargi, mrużąc oczy. – Jess...
– Hmmm?
    Chwila pauzy.
– Spójrz mi w oczy.
   Uniosłam brwi pod czoło.
– Eee dobrze?
   Spotkaliśmy się wzrokiem. Przełknęłam ciężej ślinę, bo jego czyste błękitne tęczówki zawsze powodowały, że dostałam lekkich dreszczy.
– Uważaj na siebie – uśmiechnął się delikatnie. – I miłej nocy.
    Zaraz po tym się rozłączył, nie dając mi szansy na odpowiedź. Przez moment wpatrywałam się w komunikator, czując, że czerwienią mi się policzki. Nabrałam powietrza. Weź się w garść, Jessica, jego głos nie powinien aż tak na ciebie działać.
– Związki na odległość, to jednak wyzwanie – zauważył Fludim niewinnym głosikiem.
– Jeszcze słowo, a będziesz targał dla mnie suszarkę z łazienki – mruknęłam, przyciskając poduszkę do piersi.
   Czemu jednak gdzieś z tyłu czułam, że Keith o czymś nie powiedział?


****

   Nurzak podczas całej swojej służby w zamku wiedział, że tak naprawdę nie może nikomu do końca ufać.  A już zwłaszcza pod rządami Barodiusa, gdzie każdy mógł czuć oddech zagrożenia na karku. Mimo to zaryzykował i połączył siły z Kazariną, by móc obalić cesarza. Tak, przysięgał wierność rodowi królewskiemu, jednak pycha i urojenia Barodiusa o przejęciu mocy Kuli zaszły za daleko. Gundalia zasługiwała na coś lepszego niż ciągłe wojny i życie w strachu, dlatego postanowił wziąc na swoje barki tę misję.
   Co doprowadziło go do stania na najbardziej wysuniętym balkonie wraz z Kazariną. Dookoła nich panował spokój, jedynie w oddali było słychać dźwięki przeładowywania statków. Zostało jedynie kilka godzin. Wraz z zabiciem dzwonów o świcie rozpoczną swój plan.
   Zdawał sobie sprawę, że Kazarina była blisko z Barodiusem. Jednak musiała się też zorientować, że dla cesarza tak naprawdę terminy „przyjaciel” czy „współpracownik” były jedynie pustymi słowami. Nie interesowało go nic, póki nie miało mu to pomóc w osiągnięciu celu, a za każdy błąd karał okrutnie. To nie był dobry materiał na władcę.
– Będziesz musiała poprowadzić nasze oddziały sama – powiedział spokojnie, patrząc na panoramę stolicy. Cichą i spokojną. Oby wkrótce było tak już zawsze.
– Słucham? – Gundalianka skrzyżowała ręce na piersi.
– Poradzisz sobie.
– A ty co niby będziesz robił? Popijał herbatkę i czekał, aż wszystko ładnie sprzątnę? – syknęła.
– Udam się na Neathię. Chcę złożyć Kuli pewną propozycję – Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni niewielki urządzenie przypominające klips.
– Co to?
– Urządzenie z tajnym kodem, dzięki któremu można opanować moc Kuli. Dostałem to od poprzedniego cesarza.
– Zaraz, zaraz – Kazarina przechyliła głowę. – Masz coś tak potężnego? W takim razie czemu tego nie użyjesz i obalisz cesarza? – Rozłożyła ręce.
   Westchnął. Kazarina była jeszcze bardzo młoda za rządów poprzedniego cesarza, dlatego mogła nie słyszeć jego ostrzeżeń, a Barodius wręcz wmawiał poddanym, że to jest źródło niezrównanej potęgi. Była to prawda, ale jednocześnie potęgi nie do opanowania.
– Boję się Kuli. Nie jest ona czymś, co można objąć rozumem – Schował urządzenie z powrotem. – Szykuj się, Kazarino. Zostało kilka godzin.
   Po tych słowach opuścił balkon i skierował się ku swojej komacie. Potrzebował chwili relaksu. Musiał działać z czystym i zimnym umysłem. Minął kaplicę, gdzie przemówienia wygłaszał poprzedni cesarz. Obecnie stała pusta, a rzędy zielonych ław były pokryty grubą warstwą kurzu. Tak samo było z już wyblakłym portertem dawnego cesarza. Nurzak zerknął na niego tęsknym okiem. Czemu nie mógł lepiej wychować swojego syna?


****


    Heather nie potrafiła za nic zasnąć. Zdrzemnęła się z półtorej godziny po powrocie z bitwy, co zupełnie jej wystarczyło. Teraz jedynie bez sensu przewracała się na materacu, wpatrując w ciemność. Westchnęła i podniosła się, nasłuchując uważnie. Gdy od dziesięciu minut nie usłyszała żadnych kroków, zarzuciła kurtkę i przekręciła gałkę.
– Myślisz, że nie wyznaczyli nikogo, by cię pilnował? – spytał sceptycznie Crueltion. – Zwłaszcza po dziś?
– Myślę, że Gill był bardziej zainteresowany wsypaniem Kazariny i Nurzaka niż mną – odparła, wychodząc z pokoju.
   Na korytarzu panował półmrok i kompletna pustka. Heather rozejrzała się jeszcze, czy nikt nie nadchodzi i ruszyła przed siebie. Skoro nie miała nikogo na karku, mogła sobie swobodnie pozwiedzać.
   Przez kilka minut czuła swojego rodzaju pustkę, nie słysząc nigdzie tego irytującego głosu Zenet, po czym uśmiechnęła się pod nosem. Och, ona była taka głupia. Chociaż zrobiła piękną minę, zanim...
   Ciszę rozdarł szczęk. Wyjątkowo głośny. Niósł się gdzieś z dołu. Heather zatrzymała się w miejscu, przykładając palec do ust, gdy bakugan się poruszył. Kroki. Dużo kroków. I czyjś niewyraźny głos, jakby dowodził. Co się działo? Czy ten spisek się zaczął? Chciała ruszyć ku schodom, gdy ktoś szarpnął ją za ramię, odwracając w przeciwną stronę.
– Czyżbyśmy wykradali jakieś informacje dla Wojowników? – uśmiechnął się rudowłosy Gundalianin odziany w błękitne ubrania. Jeden ze Zgromadzenia Dwunastu.
– Zwykły nocny spacer – odparła chłodno.
– Hmm? – Ujął jej podbródek w mocny uścisk. – Może raczej ucieczka z informacjami podsłuchanymi mistrza Gilla? – Przechylił głowę. – Oj tępi są Ziemianie.
   Zaklęła w myślach. Nie przemyślała, że jak źle wypadła w obecnej sytuacji. Musiała wynaleźć odpowiednią wymówkę, by jej uwierzył.
   Nagle jej ciało przeszył prąd. Zacisnęła zęby, powstrzymując syk z bólu.
– Hmm? Które? Ucieczka czy śledzenie?
– Nie udowodniłam, że mam gdzieś Neathię? – wydusiła.
– No nie wiem, skarbie – Wydął usta, wyraźnie z niej drwiąc. – Ziemianie z pewnością mają bardziej przebiegłe metody działania – westchnął, puszczając ją. Uderzyła o podłogę. – Szkoda, ale mistrz Gill uważa, że wciąż możesz się przydać. Trochę szeregi nam się przerzedziły.
   Zaczęła masować obolałą szczękę, gdy pałacem wstrząsnął wybuch. Gundalianin zakołysał się i poderwał głowę.
– Co jest? – szepnął, po czym złapał ją za przegub i szarpnął za sobą.
   Nawet nie protestowała, bo jednak nie miała ochoty na kolejną dawkę prądy. Wypadli na balkon, skąd ujrzeli głęboką wyrwę długą na kilka metrów. Dookoła leżały zniszczone fragmenty ścian i jeden połamany złoty dzwon. W głębi kaplicy rozległy się dwa ryki bakuganów, po czym rozbłysło brązowe światło.
– Przeklęty Nurzak! – wykrzyknął Gundalianin.
   Heather wpatrywała się jedynie w milczeniu na ślady zniszczeń. Bakugany znów ryknęły ogłuszająco, a zamek zatrząsł się w posadach. Uśmiech wpłynął na jej usta. Chaos był doprawdy cudowny.


****


   Powinien mieć uważniejsze oko na Kazarinę. Teraz mógł jedynie pluć sobie w brodę, bo Gundalinka bez skrupułów go zdradziła.
   Jednak to nie był jego największy problem. Wygrał pierwsze stracie z Barodiusem, co jedynie podsyciło wściekłość władcy. Patrzył oszalałym wzrokiem dookoła.
– Zmienię Gundalię! – wykrzyknął. – Żaden stary głupiec jak ty mi w tym nie przeszkodzi.
– Nie gadaj bzdur! – Nurzak potrząsnął głową. – Nie zdajesz sprawy, z czym chcesz igrać!
– Mój ojciec naprawdę wyprał ci mózg – prychnął Barodius. – Dalej Dharak! Pokaż temu głupcowi, co robimy ze zdrajcami!
   Wokół zaczęły walić purpurowe błyskawice. Fragmenty ścian i podłogi zaczęły się rozpadać, a siła uderzeniowa kruszyła je w drobne kawałki. Nurzak poczuł, jak coraz bardziej spycha go w tył. Zacisnął szczęki. To nie tak miało być.  Neathianie na niego czekali. Kula!
– Materia Darkusa! – wrzasnął.
   To był jego ostatni atut. Sabator zacznie pochłaniać energię Darkusa, co skutkowało rozbijaniem się jego pancerza. Syczał z bólu za każdym razem, gdy pojawiały się na nim fioletowe jaśniejące pręgi.
   Przełknął ślinę. Jego bakugan mógł tego nie przetrwać. Ba, on też mógł zginąć. Ale musiał przynajmniej zatrzymać Barodiusa. Tylko to się liczyło. Jeśli on nie zatrzyma jego szaleństwa, przyszłość Gundalii, Neathii i innych planet wisiała na włosku.
   Ostry śmiech Barodiusa przeciął powietrze.
– Naprawdę myślisz, że wygrasz, Nurzak? – Spojrzał z politowaniem i rozwarł dłoń. Zestaw bojowy zmaterializował się w jego palcach.  – Zeien Airkora!
   Seria wybuchów wstrząsnęła całym miastem, ogarniając je ogniem. Nurzak poczuł się niczym bezwładna marionetka, gdy cisnęło go w tył. Czuł ból i jednocześnie dziwne wibrowania energii wokół siebie.
   Wtem pojawiła się jasność. Serce szybciej mu zabiło. Ta siła. Starożytna. Głęboka. Niepojęta. Czyżby Barodius użył Kuli? Ale jak?
   Nie uzyskał odpowiedzi, gdy światło ogarnęło go całego, pochłaniając wszystko dookoła.


****

   Ren przez chwilę miał nadzieję. Słysząc głos Nurzaka i jego słowa o przyszłości. Słysząc wybuchy, szybko zrozumiał, co działo się w kaplicy.
   Jednak rzeczywistość poraz kolejny sprzedała mu siarczysty cios w policzek. Pierścienie ognia zniszczyły połowę zabudowań, kaplicowe dzwony leżały w powyginanych częściach, ziemia dookoła były przeorana. Reszta pałacu dalej delikatnie się trząsła od siły eksplozji. Nurzaka i Sabatora nigdzie nie było. Zmieceni z powierzchni. Pustka.
   Za to śmiech Barodiusa zdawał się wypełniać wszystko wokół. Okrutny. Ostry. Zadowolony. Oszalały. Ren przełknął ślinę, czując, jak jego serce bije szybciej ze strachu. To właśnie oznaczało zostać obiektem złości cesarza. Nie miał tu szans na nadzieję. Musiał być lojalny do końca. To była jego jedyna droga do światła.
– Ren... – zaczął Linehalt.
   Podniósł dłoń i potrząsnął głową, uciszając go. Zerwał się zimny wiatr. Zielony płomień w świeczniku zafalował.
   Portret poprzedniego cesarza leżał w kawałkach. Starzec z długą siwą brodą wpatrywał się smutno prosto w Rena, jakby niemal się go pytał, co się działo.
   Na Gundalii naprawdę nie istniało nic świętego.


  
 No to krótko fluffy moment z Kessie, laski gadają, Heather podpadła, a Gundalia się rozpierdala XD Obym następny napisała szybciej, bo wsm mam pomysł, jak go zrobić, by było o moich postaciach XD a teraz dobranoc! ^^