niedziela, 19 lipca 2020

S2 Rozdział 44: Kiedy wszystko chce cię zabić.


    Gdyby Akane miała opisać wszystko, co wydarzyło się do tej pory jednym słowem, byłby nim chaos. W jednej sekundzie spała spokojnie owinięta kołderką, w drugiej potrząsała nią Shiena, gdy wokół brzęczał alarm, natomiast w trzeciej uświadomiła sobie, że Jess i Dana gdzieś wywiało.
   Potem wcale nie było lepiej. Ledwo świtało, ona musiała się bić z paskiem do spodni, by chociaż wyglądać jak człowiek, a jeszcze będzie zmuszona walczyć z bandą świrów. Litości trochę, ten harmonogram nie był nieco za bardzo zapchany?!
– Ty się lepiej trzymaj, by nie spaść – mruknął Leaus.
– Dam raadę – ziewnęła i wrzuciła zestaw bojowy Fludima do kieszeni z zamiarem dania go dziewczynie, jak ją znajdzie. – Gdzie do cholery poszli Dan i Jess?
– Ich duo jest minimalnie lepsze od ciebie z Jessie, ale i tak pewnie zrobili coś idiotycznego.
    Akane pokazała mu język, wydymając policzki. Nie zmieniało to faktu, że była zaniepokojona. Ani Shiena ani Marucho krzyczący przez bakumetr nic o nich nie wspomnieli. Więc gdzie byli?
    Gdy udało im się wylecieć z porannej mgły, wylądowali na murze koło Fabii i Aranauta. Naprzeciwko nich unosiły się cztery gundaliańskie statki. Zarówno księżniczka Neathii jak i Elright wpatrywali się w nie pobladli.
– Przybyło niemal całe Zgromadzenie Dwunastu – wyszeptała dziewczyna.
    Jak na zawołanie pojawiły się cztery jasne sylwetki, które uformowały się w Gundalian. Akane nie mogła powstrzymać nerwowego gestu podrapania się po karku, gdy dokładnie naprzeciwko niej pojawiła się Kazarina. Cóż... Gundalianka z pewnością za nią nie przepadała.
– Pamiętajcie, żeby przynieść chwałę cesarzowi swoimi zwycięstwami! – krzyknął ochrypłym głosem Gill, nim wraz z bakuganem wznieśli się ku niebu.
– Och, to cesarz tu przybył – zachichotał Stoica.
    Akane od razu spojrzała przez ramię na Shienę. Choć wolałyby, żeby to była nieprawda, to doskonale zdawały sobie sprawę, że Jess po ludzko farta nie miała. Więc skoro ani Barodiusa nie było tutaj, to musieli być razem. A to oznaczało...
   Nagle coś gorącego świsnęło koło ucha Aki, a Leaus odskoczył, przyjmując pozę obronną.
– Nie odpływajcie, moje drogie – ostry głos Kazariny oderwał je od rozmyślań. – Chyba nie myślałyście, że zapomniałam o was? – Zmrużyła oczy, uśmiechając się groźnie.


****

    Taki sam jeśli nie większy chaos panował teraz w głowie Rena. Wydarzenia ostatniego dnia i jego przeszłość przeskakiwały mu przed oczami jak w szalonym kalejdoskopie. W jednej chwili znów znajdował się w Podziemiach pogrążony w niekończącej się ciemności, aby sekundę później znów wpatrywać się w spokojną twarz Sida, nim pochłonął go mrok głębokiej przepaści.
   Zacisnął mocniej dłoń wokół Rubanoida. Ciemność. Wszędzie ciemność. Czy ona naprawdę nigdy go nie opuści? Na zawsze będzie nią oznaczony wręcz splamiony?
„Takie jest twoje przeznaczenie”
    Zdusił ciche warknięcie. Nienawidził tej sentencji z pasją. Dlaczego ktoś o nim zadecydował za niego? Czemu nie mógł podejmować swoich własnych wyborów?
– Ren, odsuń się – głos Barodiusa dobiegał gdzieś z oddali.
    Mimo to skinął posłusznie głową i odsunął się. Pamiętał z jego wczorajszej rozmowy z władcą, jak Kazarina oznajmiła skończenie swoich prac nad Egzokorem. Spojrzał na Dana, który z płonącymi oczami wpatrywał się w Barodiusa.
„Ren, okłamujesz samego siebie. Wcale tego nie chcesz.”
    Westchnął cicho. Jego pragnienia i uczucia nie miay teraz żadnego znaczenia. Barodius pragnął posłusznego żołnierza, który zawsze będzie stał po jego stronie. Tak też będzie. Bez względu na moralność, przyjaciół i emocje.
    To była jego jedyna szansa na wieczne oglądanie słońca.
    Przełknął ślinę. Gardło miał ściśnięte.
    Prawda?


****

       Jeśli ktoś myślał, że ten Dharak był najgorszym zagrożeniem, tego muszę niemiło zaskoczyć. Kilka sekund po jego pojawieniu ze statku wypadł kolejny bakugan. Znaczy się chyba bakugan lub jakaś maszyna wyglądająca nieco jak skorpion. Połączyła się z Dharakiem, na wskutek czego powstała jakby mała poruszająca się forteca bojowa.
– Emmm, chyba mamy nieco przerąbane? – mruknął Dan.
– Koleś jest potężny – zgodził się Drago.
– No pięknie – westchnął ciężko Fludim, po czym podniósł włócznię. – To co robimy?
– To dobre pytanie – Podrapałam się po nosie. – Ktoś coś?
    Taaa, może i do walki się nadawaliśmy, ale jakiekolwiek plany, to mówiły nam stanowczo nie. Niby była nas dwójka, a ten jeden. No tylko że wyglądał jak czołg. I czego on tu w sumie chciał?
– Przestraszyliście się? – zawołał z góry Barodius, po czym wybuchł śmiechem. – Jeśli zejdziecie mi z drogi, to nic wam się nie stanie.
    Zerknęłam przez ramię. Ach, no tak. Druga osłona. Błysk w oczach Dana powiedział mi, że on też zrozumiał, co było grane. Taki kolos z pewnością mógłby ją zniszczyć.
– Nie damy ci zniszczyć drugiej osłony – wykrzyknął Kuso. – Jess, lepiej będzie osłaniać dwie przestrzenie – mruknął do mnie.
    Zgodziłam się, na co Drago wzbił się do góry.
– Skoro tak mówicie – Gundalianin wyciągnął kartę. – To spróbujcie mnie zatrzymać!  Podmuch Zła!
    Czarne fale ciemności zaczęły pędzić w naszą stronę. Na szczęście przez podział Dharak raz musiał wysyłać je we mnie, a raz w Dana, przez co ich ilość była mniejsza.
– Supermoc aktywacja! Protekcja Ereba!
    Fludim wbił w ziemię włócznię, po czym przekręcił ją w prawo, na co pojawiła się długa rysa, z której wyrósł czarny mur. Fale rozbijały się o nią bezradnie. Dharak warknął wściekle.
– Drago, Fala Cząsteczkowa!
    Czerwona kula ugodziła w bakugana Darkusa, pochłaniając go w balonie światła. Dan uradowany strzelił palcami, ale dla mnie coś za szybko by to poszło. Oczywiście zgadłam, bo po chwili Dharak stał cały i zdrowy.
– Zestaw Bojowy!
   Zaraz, stop, co?! Wytrzeszczyłam oczy. Czy tego gościa pojebało? Jego bakugan już wyglądał jak forteca, a ten chce go dalej zbroić? Litości, czy to nie lekka przesada? Ja się tak bardzo do grobu nie śpieszę, mam jeszcze weselę do zaliczenia!
   Akurat zestawem bojowym okazały się małe skrzydełka, więc było git. I szybko przestało być git, kiedy wokół nich zaczęło zbierać się mnóstwo fioletowych kul. Bakugan uśmiechnął się radośnie, gdy jego ciało objął blask.
– Powodzenia z tym Drago!
    W sekundę kulę zmieniły się w strumienie Darkusa uderzające w każdy możliwy punkt. Pierścień ognia zbliżał się coraz bardziej do nas. O kurwa, było zachować protekcję na teraz. Nie zdążyłam sięgnąć po karty, gdy deszcz pocisków uderzył również w nas. Zamknęłam oczy, by czasem nie oślepnąć, a Fludim próbował odbijać je swoją włócznią.
   Uderzenie. Wiatr. Odłamki skał. Poczułam, jak gwałtownie lecę w prawo, gdy Fludim padł na kolana, dysząc ciężko.
– Dan! – krzyknęłam, krztusząc się od dymu.
– Jestem cały! – odparł.
    On i Drago wcale nie byli w lepszym stanie niż my. Drago przyjął porządną salwę, przez co uderzył w skały i teraz wszystkie jego mięśnie dygotały, gdy próbował wstać. Jeśli tak dalej pójdzie, to przegramy, a druga osłona będzie miała przejebane. No my też, ale w tym nie było nic nowego.
– Ren! – Dan podniósł się i podszedł kawałek skalnej półki, gdzie stał Krawler. – Naprawdę zamierzasz pozwolić, by Barodius dalej się tobą bawił? Widziałeś, co zrobił Sidowi! Skąd możesz wiedzieć, że nie będziesz następny?!
    Ren zacisnął mocno wargi, aż mu zbielały i odwrócił głowę. Ale nie na nim się skupiałam. Barodius zmarszczył brwi, a po jego prawej dłoni zaczęły skakać purpurowe iskry. Przybywało ich i przybywało, aż niemal zakryły całą rękę. Wtedy Gundalianin szybkim ruchem nadgarstka już chciał wystrzelić, gdy przed Danem przywołałam barierę.
– Nie radziłabym – ostrzegłam, nad drugą dłonią formując kulę.
    Oczy Barodiusa rozszerzyły się lekko, po czym jego usta rozciągnęły w uśmiechu. Iskry zniknęły. Przyłożył dłoń do szczęki i kciukiem potarł brodę.
– Czyli moi podwładni mówili prawdę – powiedział spokojnie. – Władasz czymś kłopotliwym dla nas. Hmmm. Dharak! – Wskazał na mnie i Fludima, który dalej próbował się pozbierać. – Najpierw załatw ich!
    I tak to już było, kiedy chciało się tylko obronić przyjaciela. Zawsze dostawało się po dupie!


****

     Akane była akurat w trakcie mocnego ściskania szyi Leausa, gdy ten robił beczki między strumieniami laserów, gdy coś zaczęło wibrować w jej kieszeni. W pierwszym momencie nawet nie zwróciła na to uwagi, gdyż leciała głową w dół i zaklinała los, by nie skręcić karku. Jednak kiedy Shun przejął walkę z Lumagrowlem, to mogła odetchnąć i je poczuła.
– Co do cholery? – mruknęła i jedną ręką sięgnęła do kieszeni, natomiast drugą użyła karty. – Leaus, Nawałnica!
    Bakugany tych ze Zgromadzenia były silne, więc wtedy nie była na tyle bezmyślna, by odwracać wzrok. Jednak te pomniejsze płotki dało się łatwo zmieść jednym ciosem, dlatego wyciągnęła komunikator Jess, który też zabrała z jej pokoju. Połączenie od Spectry. Hmmm.
    Ułożyła usta w dzióbek. Czego ten maszkaron chciał? Nie chciała za bardzo słuchać jego głosu i czuć tej aury zadufanego w sobie gnojka, ale może to było coś ważnego? No bo nikt jej nie wmówi, że ten blond menda poczuła nagle chęć wylewania swoich uczuć do Jess?
– Długo się będziesz nad tym modliła? – warknął Leaus. – Tu się toczy wojna!
    Wywróciła oczami.
– Już nie bądź taką drama queen – Wcisnęła zieloną słuchawkę, ignorując odgryzienie się bakugana. – Czego, ty przebrzydła kreaturo? Tu Akane, jakbyś się nie zorientował.
– Zauważyłem po pierwszym zdaniu – zamiast znienawidzonego chłodnego tonu powitał ją lekko zdziwiony baryton Gusa.
   Zamrugała szybko kilka razy, próbując przetworzyć informacje. Grav? Skąd on tu? Czy Jess zapisała go jako Spectrę? Ale po co? Czy może jednak niebieski trans sypiał z Phantomem i stąd miał dostęp do jego telefonu? Nie, bez sensu, wtedy nie dzwoniłby do Jess, chyba że zechciałby umrzeć najgorszą z możliwych śmierci.
    I dlaczego znów on? Może to był jakiś kolejny plan Spectry, by jej truć życie? Obserwuje ją i tylko czekał, by móc jej dopiec rozmową z cholernym Gusem. Zacisnęła zęby. Cholernik jeden
    Pewnie stan absolutnego ogłupienia trwałby dłużej, gdyby Airzel nie obrał sobie ich na cel po załatwieniu Jake. Wrzask Leausa i nagłe pojawienie się mordy bakugana tuż przed jej twarzą, skutecznie ocknęło Akane.
– Synteza super mocy! Środek Tornada! – krzyknęła i czym prędzej zeskoczyła na ziemię, kiedy bakugany otoczyła powietrzna ściana.
– Akane, co się dzieje? – krzyczał w słuchawce Gus.
– A nic, tylko lekka wojna – odparła sztucznie słodkim głosem. – Co jest?
– Gdzie Jess?
    Już miała odpowiedzieć, lecz ugryzła się w język. Jak powie, że ją zgubili, to miała jak w banku, że Spectra tu przyleci. Wolała uniknąć oglądania jego mordy, dlatego zdecydowała się na połowicznie prawdziwą odpowiedź.
– Walczy, a ja przypadkiem mam jej komunikator. To o co chodzi?
– Mistrz chciał jej przekazać, że Reiko znów dziwnie się zachowuje. A i przesłał jej udoskonaloną wersję zestawu bojowego na gantleta.
    Brwi Akane podjechały niemal pod czoło. Duszyca nie była niczym dziwnym, to było wiadome, że w końcu coś jej odpierdoli. Ale Spectra coś robił dla kogoś? Co się wydarzyło? Czy w Vestalię pizgnął jakiś meteoryt zmieniający osobowość i nic o tym nie wiedziała? Czy może uderzył się zbyt mocno w głowę? Czego mu, nawiasem mówiąc, życzyła.
– To wspaniale, może skorzysta, jak Gundalianie nam zaraz łbów nie urwą – odparła w końcu. Akurat w tym samym momencie Garra starł się z Lumagrowlem. Ich pazury zabłysły w słońcu. – A co o Reiko?
– Skończysz te towarzyskie pogawędki?! – wyjęczał Leaus, któremu wybitnie nie na rękę było samotne użeranie się z Strikeflierem. Przeciwnik był potężny i dobrze wyszkolony w walce, a ta idiotka urządzała sobie jakieś durne rozmowy!
– Ależ proszę cię bardzo! Karta Otwarcia, Tchnięcie Szu!
    Ciało Leausa stało się jaśniejsze i oplotły go jasne smugi, które szybko zaczęły zasklepiać wszelkie rany i łagodzić palący ból w mięśniach. Bakugan odetchnął z ulgą.
– Super moc...
– Aktywacja! – Akane weszła w słowo Airzelowi. – Gniewny podmuch! No to wracając, co z Reiko? – spytała, uchylając się przed odpryskiem skały. Nie życzyła sobie żadnych skaz na twarzy.
– Po prostu stała się osowiała i nie wychodzi ze swojej komnaty – opisał szybko Gus. – Kiedy skończycie, przekaż Jessie, by oddzwoniła, bo słyszę, że jest niebezpiecznie.
    Chciała odpowiedzieć, że to nic w porównaniu z maszyną Zenka, lecz Gra mówił dalej.
– Uważaj na siebie, Akane. Do zobaczenia.
    Następnie się rozłączył. Akane opuściła rękę z komunikatorem, przez chwilę wpatrując się niewidzącym wzrokiem przed siebie. Nawet nie spostrzegła jak w pobliżu padł Coredem w akompaniamencie zdenerwowanego okrzyku Jake’a. To był tylko niebieski trans i krótka rozmowa. Więc czemu czuła ten dziwny ucisk koło serca?


****

     Streszczając pokrótce wydarzenia, to przeżyłam. Mój bakugan również, choć wrócił do formy kulistej, bo ani ja ani on nie zdołaliśmy powstrzymać następnego ataku Dharaka. Drago wdział zestaw bojowy i przez chwilę myśleliśmy, że może uda nam się pozbyć tego spierdoleńca. Niestety życie to szmata i Drago legł na piachu, a w drugiej osłonie zrobiła się dziura.
    A no i dodatkowo Ren miał nas wykończyć. Moja moc to chuja by zrobiła bazuce Lineharta, a ukryć się w szczerym polu to za bardzo nie było jak. Umrę w podartych dresach i kapciach. Wspaniale. Choć dobra laser spali mnie na proch, nikt nie będzie widział.
   Stopy Lineharta uderzyły o ziemię. Ren stanął przed nim, wpatrując się w nas uważnie. Starał się zachować chłodną maskę spokoju, ale nie był w tym takim mistrzem jak Spectra, więc było widać zdenerwowanie i niepewność.
– Naprawdę Ren? – warknął Dan. – Dalej zamierzasz się go słuchać? Jeśli tak, to proszę bardzo! Strzelaj! – Rozłożył ręce.
– Pojebało cię?! – jęknęłam. – Nie strzelaj! Mnie się do grobu aż tak nie śpieszy, a ty go nie zachęcaj łbie! – Trzepnęłam Dana w tył głowy.
    Ren zamrugał kilka razy, jakby nie dowierzając, co właśnie zobaczył. Biedny, jeszcze się nie przyzwyczaił, że u Wojowników tak już było. Odchrząknął.
– Linehart.
    Bakugan ujął bazookę, celując na nas. Kurna, raz jak by się przydał Tytan i jego szalona moc, to musiał gnić w rdzeniu! O Starożytni, może teraz jakiś ratunek? Za te wszystkie przysługi?!
– To moja decyzja – mruknął Gundalianin.
    Wtem Linehart gwałtownie się odwrócił, a purpurowa smuga ugodziła tuż koło głowy Dharaka.
– Co... – Bakugan potrząsnął głową. – Co ty wyrabiasz, głupcze?!
– Staję po stronie moich przyjaciół – odparł Ren.
    O cholera, to był wyjątkowo szybki awans społeczny, ale niech mu będzie. Nie oberwałam z bazooki, więc liczmy to jako sukces.
– Nigdy nie dasz mi prawdziwej wolności, Barodius – kontynuował Ren. – Dlatego nie będę dla ciebie już walczył!
– Hee – Gundalinin wygiął usta w piranim uśmiechu. Na jego oczy padł cień. – W takim razie poślę cię znów do podziemi. A po zdobyciu Neathii także tych twoich ziemskich przyjaciół.
– O tak, z radością pójdę za jakimś nadętym bufonem – westchnęłam. – Jeszcze nie wygrałeś, więc nie pusz się jak kot na wystawie.
     Spojrzał na mnie niczym na robaka – on i Zenek byliby najlepszymi kumplami, change my mind – i uniósł brew.
– To tylko kwestia kilku chwil – Uniósł rękę. – Dharak!
    Jednak jego bakugan był leniwym śmieciem i oznajmił wszem i wobec, że ma się tym zająć tym Egzokor. Już zaczęłam się zastanawiać, jak ta ruchoma twierdza ma tu zrobić, gdy rozbiła się na trzy mniejsze robociki, którym w dodatku z tułowia wyłoniły się 3 pary odnóży. Na ten widok dostałam dreszczy i tort cofnął mi się do gardła. Obrzydlistwo.
– O fuuu – skrzywił się Dan.
– Widać, że dzieło Kazariny – uznałam.
– Lepiej się cofnijcie – zwrócił się do nas Ren.
    Nawet nie protestowałam, widząc jak te skorpionowo – pajęcze gówna zapierdalają w naszą stronę. Ujęłam Dana pod ramię i zgodnie wycofaliśmy się do najbliższego dużego kamienia.


****

    Jane nigdy nie była nastawiona optymistycznie do życia. Wszak jedną z zasad egzystencji było to, że coś musiało się zjebać. Tak było, jest i będzie aż cały wszechświat trafi szlag.
    Ale takiego pogromu się nie spodziewała. Aranaut oraz Coredem już padli. Akane to trzymała się resztkami sił, lecz Jane nie miała jak jej pomóc, gdyż sama wraz z Marucho była zajęta bitwą przeciwko Stoice. Rudzielec bawił się w najlepsze, natomiast ona czuła coraz większą chęć, by kopnąć go w mordę.
– Oczekiwałem lepszych przeciwników niż kurdupel i jakaś dziewczyna – rzekł tym swoim piskliwym głosem.
– Kogo nazywasz kurduplem?! – oburzył się Marucho, aż okulary zsunęły mu się z nosa.
    Jane jedynie wywróciła oczami, używając kolejnej karty.
– Ulvida, Zdradliwa Powierzchnia!
    Ciało Ulvidy w sekundę zmieniło się w czystą wodą  i z głośnym chlupnięciem złączyło się z jeziorem. Stoica zamrugał kilka razy, po czym wydął policzki.
– No wiesz co? Tak uciekać przede mną?! – wydarł się, wymachując w kółko rękami. – Stawaj do walki.
– Nie bądź taki niecierpliwy.
– Jane – san? – Marucho uniósł brew. – Jaki masz plan?
– Ach, nie przejmuj się tym i atakuj – machnęła ręką.
– Hah! Ten krasnoludek nic mi nie zrobi! – zaśmiał się rudzielec. – Nie lekceważcie mnie tak! – Teraz w jego głosie pobrzmiewała złość.
    Jane westchnęła. Koleś miał wyraźnie problemy z kontrolowaniem emocji. Pstryknęła palcami, ciągle wpatrując się beznamiętnie w oczy Stoicy.
    Kosa Ulvidy zalśniła w słońcu, gdy ugodziła w Lythirusa, nim cała jej postać się wynurzyła. Strumyki wody spływały po jej suchej szacie, rozsiewając wkoło tęczowe refleksy. Stoica zrobił zdziwioną minę, gdy został zepchnięty do defensywy, lecz szybko się uśmiechnął. Lythirus osłonił się szczypcami przed kolejnym cięciem. Na boki sypnęły iskry.
– Akwimos, super moc...
– Nie tak szybko, kurdupelku – Gundalianin pomachał kartą. – Megalo Bariera!
    Siła ataku posłała zarówno Ulvidę i Akwimosa do form kulistych. Jane zagryzła wargę. Garra ugodził o ziemię, a Hawktora zalał deszcz pocisków.
    Poczuła lekki chłód w brzuchu. Przegrali. Naprzeciw nich ciągle stały trzy wrogie bakugany. Z samymi Gundalianami mogliby sobie poradzić siłą fizyczną – lub paralizatorem jak Aki – lecz nie z bakuganami. Oj nie.
– To było takie proste! – Kazarina ruszyła w ich stronę. Jej oczy niebezpiecznie błyszczały, co nie wróżyło niczego dobrego. – Potężni Wojownicy rozłożeni na łopatki!
– Druga osłona jest już nasza – wychrypiał Gill.
    Wtem Jane poczuła gwałtowną falę ciepła. Obejrzała się zdezorientowana. Ziemia pod jej stopami zaczęła drżeć coraz gwałtowniej.
– Co jest? – mruknęła sama do siebie.

   
****

    Ziemia wibrowała, czarne kule rozpryskiwały się nad naszymi głowami, Dharak ryczał wściekle, strumienie supermocy przecinały powietrze. Ogólnie bardzo komfortowa sytuacja, zwłaszcza gdy całą twoją obronę stanowił kamień. No ewentualnie moje tarcze, ale one były niewiele twardsze.
– Co zrobimy, jak w nas trafi? – spytał głupio Dan.
– Pójdziemy zatańczyć z jednorożcami walca – odparłam z ironią. – Oczywiście, że zdechniemy niczym homary wrzucane do gorącej wody.
– Niezbyt kusząca perspektywa.
– Noo, też nie rozumiem, czemu trzeba je wrzucać tam na żywca.
– Chodziło mi o śmierć, idiotko.
– Aaa, to też. Nawet testamentu nie mam, bo mój z telefonu jest nieaktualny.
  Dan pokiwał głową ze zrozumieniem, gdyż ta odpowiedź go nawet nie zdziwiła. Zerknął na naszą kamienną tarczę.
– Teoretycznie możemy je wykuć tutaj, tylko czym?
– Szukaj jakiegoś małego kamienia, może da radę.
    Poszukiwania i tą absurdalną (ale kogo to dziwi) konwersację przerwał Linehart uderzający o ziemię. Ren padł koło niego. Ołł, to musiało zaboleć.
– To by było tyle z testamentu – stwierdziłam, a Dan rzucił się do sprawdzenia co z Krawlerem.
– Ren, stary! – wykrzyknął. – Nie dasz rady sam!
– Muszę! – wycharkał Gundalianin i z pomocą Dana się podniósł. – To nasza walka!
– Dokładnie – zgodził się Linehart.
– Naiwny dzieciaku! – zarechotał Barodius z góry. – Wcześniej myślałem, że będziesz dla mnie dobrym wojownikiem, ale teraz widzę, jaki jesteś bezwartościowy. Nawet nie umiesz wydobyć mocy z Lineharta. Twoje idiotyczne marzenie o życiu w słońcu nigdy się nie spełni, rozumiesz?! Na zawsze pozostaniesz w mroku!
    Zmrużyłam oczy. Nie darzyłam Rena miłością, to było oczywiste, ale ten gościu był tak wkurwiający, że zaczęłam mu współczuć życia pod jego tyranią. On o nic nie dbał poza czubkiem własnego nosa.
– Nie słuchaj go, Ren – odezwał się Linehart.
    Poczułam gorąco takie jak przy mocy, lecz jej nie używałam. Wyraźnie wydobywało się ono z bakugana. Przechyliłam głowę. Co to miało znaczyć?
– Dawałeś mi nadzieję przez te wszystkie lata w podziemiach. Znosiłeś każdą trudność. Teraz pozwól, że ci się odwdzięczę.
    Z każdym słowem bakugana otaczała coraz większa jasność.
– Pamiętaj, Ren. Wydostaniemy się z łańcuchów tego mroku. Pamiętaj!
    Wtedy moc uderzyła. Gwałtowna i surowa fala energii rozprzestrzeniła się w każdą stronę świata. Niewiele myśląc, padłam na ziemię, ciągąc za sobą Dana. Wszystko przed nami się rozmywało, tonąc w jasności. Każdy skrawek ziemi drżał. Miało się wrażenie, że wszystko wypełnia czysta energia, która pulsowała coraz mocniej i mocniej.
    Jak nie nasza głupota i Dharak, to to. Czemu nagle wszystko chciało nas zabić?!
– Co się dzieje? – wydusił Dan, osłaniając twarz przed strugami piasku.
– Linehalt uwolnił zakazane moce! – odparł Drago. – Jeśli nie przestanie, rozerwie wszystko na strzępy!
    Dla mnie to wyglądało, jakby wszystkie żywioły złączyły się w jeden i walczyły w środku o dominację. Nie było początku i końca. Każda fala wyduszała powietrze z płuc i wciskała mocniej w ziemie. Oczy łzawiły od światła. Głosy ginęły w ogłuszającym pulsowaniu.
– PRZESTAŃ! – wrzask Rena poniósł się słabym echem.
    Uderzenie. Nagły bicz sprężonego powietrza ugodził w nas, posyłając kilka metrów dalej. I wtedy nagle energia rozpłynęła się. Otworzyłam szeroko oczy, masując obolałą głowę.
– O matko słodka – wymamrotał Dan, unosząc się na łokciach.
    Rozległ się ryk. Poderwaliśmy głowy, pełni najgorszych obaw i ujrzeliśmy mechanicznego smoka, który po chwili rozpłynął się w kolorowym świetle. Co to było, do cholery?!
– Czy ja mam zwidy, Jess? – szepnął Dan.
– Też bym chciała wiedzieć – westchnęłam.


****

    Z pozytywów to moc Linehalta rozwaliła też Gundalian oraz ich statki, przez co musieli się wycofać. No i Wojownicy oraz laski w końcu nas znaleźli, bo ciężko było nie zauważyć nagłego uderzenia energii. Jednak z negatywów to drugą osłoną wzięła cholera.
– Przepraszam – odezwał się Ren, siedząc na jednym z kamiennych odłamków. – Moja rodzina od wieków musiała strzec bakuganów ciemności. Jednak nie mieliśmy pojęcia, jaką władają mocą. Ale teraz widzę. Dlatego powinienem was zostawić. Tak będzie bezpieczniej.
– To nie twoja wina z tą osłoną, stary – odparł Dan. – Zresztą to niebezpieczne dla ciebie, by być samemu. Mówiłem, że jesteśmy kumplami, więc idziesz z nami, dobra?
– Ale... – Ren wyglądał na zagubionego. – Nawet po tym wszystkim, co zrobiłem? Jak was zdradziłem?
– Teraz ocaliłeś mi i Jess życie, więc nie ma o czym mówić – uśmiechnął się Kuso. Skinęłam głową na potwierdzenie. – W pałacu Neathian będzie ci lepiej. Nie, Fabia?
    Powstrzymałam chęć, by uderzyć się w czoło, bo Dan jako jedyny chyba nie wyczuł wrogiej, delikatnie rzecz ujmując, aury Sheen, gdy patrzyła na Rena. Oczy dziewczyny były zimne, a usta zaciskała w cienką linię. Nie dziwiło mnie, że nienawidziła Gundalian absolutnie.
– Dan... – przełknęła ślinę. Wyprostowała się. – ja mu nie ufam.




No to szybko, rozdział długi, ale zakrył 2 odcinki i nawet nie tak źle się go pisało. Nieco Aki z Gusem, hyhy, troskliwy Keith, Dan i Jess odpierdalają po swojemu. W następnym nieco Vestalii, Fabii i jej kryzysu i myślę, że może coś z Jess, ale kto wie. Generalnie bliżej jak dalej jesteśmy!
Odmeldowuje się!

sobota, 11 lipca 2020

S2 Rozdział 43: "Jest środek wojny, a wam się zachciało nocnych przygód! I to po co? By zjeść tort!"


    Radziłabym wszystkim uważnie nastawić uszu, bo zaraz powiem coś, co było równie rzadkie jak moje szczęście. Gotowi? Uwaga...
    Keith jednak miał rację, jeśli chodziło o mnie i Dana i nasz wybitny talent do wpadanie w kłopoty bez zbytniego wysiłku. Ale zacznijmy od początku, bo to fascynujące studium głupoty, które może kiedyś się komuś  przydać na studiach do magisterki czy coś w ten deseń.
   Wkurwiona, wpółżywa i jeszcze raz wkurwiona wróciłam do pałacu. Przed smagnięciem mocą w przypadkową ścianę i narażeniem swojego chudego portfela na spore wydatki ratowało mnie tylko fantazjowanie, jak będę torturowała Heather. Przez to reszta dnia minęła mi dość zamazanie i szybko. Nawet nie pamiętałam, kiedy rozstałam się z Aki i Shunem, idąc do pokoju, by zażyć trochę snu. Wiecie, by uzupełnić nerwy i swoją nadszarpniętą piękność.
   Wtedy zjawił się on. Mój cudowny przyjaciel, łeb i kat w jednym.
– Jeeesss – usłyszałam szept tuż przy uchu.
   Zareagowałam gwałtownym zerwaniem się i jęknęłam z bólu, gdy ugodziłam w coś twardego skronią. Usłyszałam łomot i zduszony okrzyk. Chwilę mi zajęło, by przyzwyczaić oczy do ciemności i otrząsnąć się z otępienia. Wtedy ujrzałam rozłożonego na łopatki Kuso, który z nadętymi policzkami masował czoło.
– Mogłabyś być delikatniejsza – powiedział z wyrzutem.
– Mógłbyś nie wbijać mi do pokoju w środku nocy – odbiłam piłeczkę i ziewnęłam. – Co jest?
– Więęęc – zaczął, szczerząc zęby. – Byłaś zła przez cały dzień, to pomyślałem, że może powtórka z naszych starych nocnych wypraw poprawi ci humor – mrugnął porozumiewawczo.
   Oczy mi się same zaświeciły i odwzajemniłam uśmiech. Niby tam później z rana miałam mieć zamianę warty, ale czym były braki snu dla Jessicy Knight, uczennicy 11 klasy w liceum? Niczym, wręcz żałosną pchłą! Nie tracąc czasu, zmieniłam piżamę na jakiś wygodny dresik, by się współgrać z Danem. Ostrożnie wsunęłam Fludima do kieszonki na piersi. Niby bym mogła go zostawić, ale później by gderał, że go porzucam i że on się nie godzi na takie traktowanie. Potem mogliśmy ruszać na naszą małą przygodę.
   Problemy zaczęły się już przy schodach. Noce na Neathii były dość jasne, przez mnóstwo gwiazd zdobiących niebo, jednak okna na korytarzach były często zasłaniane przez grube kotary. Przez to wszystko wokół tonęło w mroku. My tak samo. Dlatego szliśmy ładnie za rączkę, klepiąc ściany jak jakieś czuby, bo nie chciało nam się szukać lin, by je odsłonić.
  A zła godzina wręcz czekała na taką okazję. Ręka Dana ominęła  początek poręczy, lecz jego noga trafiła już na krawędź schodka. Wydał z siebie zduszony ni to jęk ni to kwik i stracił równowagę, lecąc w dół i ciągnąc mnie za sobą. Wystrzeliłam ręką na oślep i po kilku wyjątkowo gwałtownych stoczeniach się ze schodów, złapałam balustrady. Górną połową ciała zawisłam nad stopniami, a Dan rozpłaszczył się nieco niżej.
– Było coś słychać? – szepnął po kilku sekundach ciszy.
– Gdzieżby znowu, to było wyjątkowo ciche. Tylko lekki rumor – odparł załamany Drago.
– Skąd mogłem wiedzieć, że moja własna kończyna mnie zdradzi?! – syknął. – O Starożytni, moje plecy!
– Nie jęcz jak dziad i puść moją rękę, zaraz wyrwiesz mi ramię – mruknęłam, uspokajając oddech.
   Posiedzieliśmy przez chwilę, po czym jako pierwsza parsknęłam śmiechem. Dan się dołączył i przez chwilę tylko chichotaliśmy, a Drago wpatrywał się w nas, jakby zwątpił, że to my uratowaliśmy wcześniej Vestroię.
   Naszym następnym cele była kuchnia. W końcu trzeba było skądś wytrzasnąć zapasy na dalszą drogę. Jakoś udawało nam się wymijać nocne warty, bo one też były niesamowicie skupione i wcale nie ziewały co krok.
– A nie w lewo teraz? – Zmarszczyłam brwi.
– Jakie lewo? Prosto! – oburzył się Dan.
– Nieee,  wtedy trafimy do Sali tronowej – zaprotestowałam.
– Jess, kocham cię jak siostrę, ale nie masz za grosz wyczucia kierunku. Musimy iść prosto jak w mordę strzelił.
– Ale mam instynkt, a on mi mówi, że lewo. Zresztą ile razy ty się gubiłeś, jak przyjeżdżałeś do mnie?
– Nie odwracaj kota ogonem. Ja tu jestem dłużej, jestem starszy, więc wiem lepiej.
– Jesteś starszy o jakieś półtora miesiąca!
– I widzisz? Rozróżniam kierunki i dlatego idziemy prostooo.
– Dobra, ale jak nie trafisz, to stawiasz mi shaki do końca roku.
– Zgoda.
– Wspaniale.
   To poszliśmy prosto. Nasze kapcie plaskały o wypolerowane podłogi, kiedy mierzyliśmy się wyzywającym wzrokiem. Trafiliśmy pod dwuskrzydłowe drzwi. Dan ze zwycięskim uśmiechem przekręcił gałkę i lekko pchnął, prezentując mi wnętrze. Zrobiłam dwa kroki i uniosłam brwi.
– To dyżurka sprzątaczek, Danny – poinformowałam go i poklepałam po główce. – Szykuj portfel, jak wrócimy.
– Jak to?! – Wepchnął łeb pod moje ramię i rozejrzał się.
    W pomieszczeniu znajdowały się dwie białe kanapy, a między nimi kawowy stolik. W prawy kąt była wciśnięta mała kuchenka oraz ekspres do kawy, a po lewej znajdowały się cztery wózki wypełnione środkami do czyszczenia z miotłami, małym robocikiem jako odkurzaczem i mopem. Zamknęłam drzwi.
– Widzisz, mówiłam, że źle chcesz iść.
– Ale gadałaś, że trafimy do Sali tronowej!
– Nie zmieniaj tematu, Danny~.
    By nie trzymać was w niepewności, to obydwoje byliśmy łbami. Kuchnia nie była ani prosto ani w lewo, lecz w prawo. Jednak to mały szczegół, wręcz niewarty wspominania, bo Dan i tak przegrał, hyhy.
– Oby było tu jedzenie – powiedział Dan, gdy tylko wkroczyliśmy do środka i zamknęliśmy drzwi.
    Plasnęłam we włącznik i kilka jarzynówek rozświetliło wnętrze. Po środku ciągnęło się kilka czarnych stołów, nad którym zawieszone były koszyki z różnymi buteleczkami, gdzie pewnie były przyprawy i jakieś sosy. Kawałek dalej znajdowały się kuchenki i szafki. My natomiast odbiliśmy w stronę ogromnych srebrnych lodówek.
– Tylko pamiętajcie, że to nie tylko dla was – przypomniał Drago, gdy Dan z oczami w kształcie serc wyjął talerz z brązowym ciastem polanym czerwonym lukrem.
– Nikt przecież nie zauważy braku dwóch maciupkich kawałeczków – odparł Kuso.
   Patrząc, jakie kawały uciął, to pomyślałam, że nawet moja prababcia nosząca okulary z soczewkami o grubości dętki, by się zorientowała, ale co ja będę protestować? Rozglądałam się dalej i wyciągnęłam jeden garnek. Uchyliłam pokrywkę i zbaraniałam. Wpatrywało się we mnie oko w jakimś glutowatym ciele. Zamrugało i przechyliło nieco łeb. Chciało chyba wyjść z gara, na co zatrzasnęłam pokrywkę i wepchnęłam garnek z powrotem. Dan podniósł na mnie oczy.
– Co jest, Jess? – powiedział, rozsiewając wokół okruchy.
– Niiic – uśmiechnęłam się fałszywie. – Tylko dziwnie pachniało.
   Pokiwał głowę i wbił widelczyk w ciasto. Przełknęłam ślinę, wracając wzrokiem do lodówki. Matko droga, czemu oni trzymali to żywe coś w lodówce? W garnku?! Ale dobra, wdech i wydech, byłaś w kosmosie, Jess, tutaj się mogło odjebać wszystko.
    Ciasto było bardzo dobre, tak samo jak jakieś roladki, choć nieco ostre. Zaczęłam szukać czegoś do popicia i odnalazłam barek, podczas gdy Dan myszkował dalej.
– Ejj, Jess! – zawołał.
– Hmm? – mruknęłam, wyciągając butelkę z różowym brokatowym płynem. Może to jakieś winko?
– Znalazłem coś ciekawego!
   Porwałam jeszcze butelkę z wodą i podeszłam do Dana. Kucał koło niewielkiej srebrnej zapadki.
– Na cholerę to tutaj? – Zmarszczyłam brwi i tutaj mój zdrowy rozsądek się wyjątkowo ocknął, że lepiej tego nie tykać.
– Dan, nie ru... – zaczęliśmy równocześnie z Drago i urwaliśmy, gdy podłoga zapadła się pod moimi nogami. Uchwyciłam kątem oka pobladłą twarz Dana, nim runęliśmy w ciemność.


****

   Dres, dwie butelki, z czego jedna z winem i las. Hm, brzmiało jak niejeden powrót z imprezy.
– Ja wiedziałem, że było za spokojnie – zajęczał Fludim.
    Oczywiście obudziły go moje i Dana wrzaski, gdy pędziliśmy tunelem z zawrotną szybkością przez tunel. Ogólnie to wyrzuciło nas w jakieś krzaki w lesie. Wkoło nie było widać pałacu, w oddali rozlegało się jakieś chrząkanie, więc ogólnie było milutko.
– Jest środek wojny, a wam się zachciało nocnych przygód! I to po co? By zjeść tort! – tyranizował dalej mój bakugan, trąc czoło.
– Dan pociągnął za wajchę, nie ja – broniłam się. – Zresztą chciałam ostrzec!
– Ej nie zwalaj na mnie! – krzyknął Dan, otrzepując się z ziemi. – Jesteś współwinna!
   Przewróciłam oczami i rozejrzałam się. No nasza sytuacja nie napawała optymizmem.
– Nic mnie już nie zdziwi – westchnął Drago niczym rodzic, który od lat zajmuje się niesfornym dzieckiem. W sumie to tak było. – Musimy jakoś wrócić.
– Tylko w którą? – mruknęłam. – Tunel wyrzucił nas z zachodu, ale on miał trochę zakrętów, więc...
– Zachód i tak będzie najlepszy – zadecydował Drago.
– Przynajmniej mamy co pić – uznałam.
– Czy to alkohol? – Fludim zmarszczył brwi, wpatrując się w różową butelkę.
– Możliwe. Przyda się w chwili rozpaczy.
– No tak, pijani i zgubieni w lesie na pewno dacie sobie radę!
– Po pijanemu zawsze idzie łatwiej, zresztą jak dwie osoby mają się upić jedną butelką wina?
   Fludi wyglądał, jakby chciał mnie strzelić w łeb, lecz zapobiegł temu Dan.
– A właśnie, pamiętajcie, żeby patrzeć pod nogi – ostrzegł. – Jest tu taka dziwaczna rośliny, co je ludzi.
    Spojrzeliśmy na niego z szeroko otwartymi oczami. Czemu on to mówił takim swobodnym tonem? Co to była za planeta? Glutowate stwory w garnkach, ludożercze roślinki, co jeszcze? O na litość domen, gdzie ja trafiłam.
   Na wszelki przywołałam niewielką kulę mocy, by sobie nieco rozświetlić otoczenie i zaczęliśmy wędrówkę. Między drzewami, w kapciach i dresach. Mówię wam, wycieczka życia, nic tylko się zapisać i jechać na taką, polecam gorąco.
– Ej, chwila – Oprzytomniałam po kwadransie drogi. – Danny, a ty nie masz tego bakumetra? Można było się nim przenosić.
– Nie wziąłem go z pokoju – odparł, pokazując nagie nadgarstki. – Mam tylko Drago, nasz zestaw bojowy i baku nano. 
   Uniosłam brew. Jakie to były priorytety?
    Westchnęłam rozczarowana. Dalej byliśmy głęboko w lesie i nie było nawet śladu pałacu czy miasta.  A teren nie robił się prostszy, wręcz przeciwnie. Cały czas pojawiały się jakieś chaszcze albo usypy. Prawie wywinęłam orła, zahaczając o korzeń, a włosy Dana zaplątały się o gałęzie i musiałam go ratować.
– Wspaniale – gderał Fludim. – Jeśli coś się stanie albo zaatakują Gundalianie, to mamy przerąbane.
– Przecież mam moc no i ciebie marudo, a my tak łatwo się nie dajemy.
– Tak samo ja z Drago!
    Nasze bakugany jedynie westchnęły ciężko, mając nas po dziurki, ale co poradzić? Nie takie rzeczy przeżyliśmy!
   Akurat próbowaliśmy się przedrzeć przez jedne krzaki, gdy w nasze plecy zaczęło grzać wschodzące słońce. Ciemno niebo powoli jaśniało, a chmury przybierały pomarańczowo – różowy odcień. Wtedy też zerwał się gwałtowny wiatr, który rozrzucił korony drzew na boki.
– Czy to... – zaczął z niedowierzaniem Dan.
    Tuż nad nami przeleciał gundaliański statek, a powietrze przecięły mało wyraźne odgłosy alarmu. Niewiele myśląc, rzuciliśmy się przed siebie.
– Wykrakałeś! – jęknęłam do Fludima, rozgarniając liście rękoma.


****

   Wypadliśmy, pardon, wytoczyliśmy się gdzieś przed drugą osłoną. Tym razem wokół nie było drzew i błota, a piach i skały. W oddali dało się dostrzec niewyraźne zarysy osłony. No to ładny wybudowali sobie ten tunel, chyba był jakiś ewakuacyjny?
– Drago! – wykrzyknął Dan i wyrzucił bakugana, po czym dorzucił Bakunano w kształcie motora. – Wskakuj, Jess, nie będziemy tu łazić – Podał mi rękę.
   Wspięłam się na ramię Drago i dopiero ruszyliśmy.
– Dlaczego oni zawsze muszą atakować z rana? – zajęczałam.
    Niczym odpowiedź koło nas uderzył fioletowy pocisk. Przytuliłam się mocniej do Dana, kiedy Drago gwałtownie skręcił.
– Jeśli dobrze pamiętam, to zestaw bojowy z takimi pociskami miał... – zaczął bakugan.
– Linehalt! – dokończył Dan.
    Kiedy dym się rozrzedził, ujrzeliśmy bakugana Darkusa, który przyczajony leżał na skale ze swoją bazooką. Przełknęłam ślinę, patrząc na lufę. Oj jak to w nas trafi, to dobrze, jak nasze resztki zmieszczą się w pudełku na zapałki.
– Drago, trzeba wiać – krzyknęłam.
– Nie musisz mi tego mówić!
    Zrobił kolejny ostry skręt i zaczął pędzić w stronę kanionu. Niestety Linehalt wcale nie zamierzał nam ułatwiać życia i wzniósł się na swoich skrzydłach, zapierdalając za nami. Nabrałam powietrza i zaczęłam zbierać moc. Gdy znów strzelił, wygięłam nadgarstek w górę, tworząc niewielką barierę. Nie były one jakoś mega mocne, w końcu nie byłam Tytanem czy Reiko, ale przynajmniej siła wybuchu nie trafiała w nas tylko na boki. Choć i tak pył i kawałki skał wirowały dookoła, co jakiś czas zahaczając o naszą skórę.
– Drago! Tam! – Dan coś pokazał, ale byłam zbyt skupiona na tworzeniu kolejnych barier i w ogóle wypatrzeniu czegokolwiek w tym burdelu. Oczy zaczęły mi już łzawić od piachu, a gorąco w ciele wzrastało. Byle bym nie przesadziła.
    Nagle kula nadleciała z gęstego dymu. Warknęłam pod nosem i cisnęłam swoim odpowiednikiem. Zderzyły się, co wytworzyło falę uderzeniową. Zatoczyłam się w tył, a gdy Drago znów wziął zakręt, to straciłam równowagę.
– Jess! – Dan próbował złapać mnie za rękę, ale było za późno.
   W ostatniej chwili osłoniłam głowę, zanim uderzyłam o ziemię i potoczyłam się kilka metrów.
– Jess? Jess? Słyszysz mnie? – spanikowany głos Fludima. – Boli cię coś?
   Podniosłam się na łokciach i zaczęłam kaszleć. Czułam, jak pali mnie obdarta skóra na kolanach, ale poza tym to było git. Usiadłam na piętach, łapiąc oddech. Będą z tego siniaki jak chuj.
– Żyję, Fludi. Nie tak rzeczy się przeżyło – uspokoiłam go.
   Słyszałam, że Ren coś krzyczał, po czym rozległ się tupot stóp i Gundalianin wynurzył się z pyłu. Zmrużyłam powieki, mierząc się z nim wzrokiem i podniosłam się, otrzepując moje postrzępione spodnie.
– Ładnie to tak celować w bezbronnych – prychnęłam.
– Nie uznałbym po twoich barierach, że byłaś zupełnie bezbronna – odparł z lekkim uśmieszkiem, na który aż mnie skręciło. – Dawno się nie widzieliśmy.
– I lepiej, jakby tak zostało – odparowałam, unosząc dłoń.
   Wtem z bocznej jaskini wystrzelił Drago, który natarł na Linehalta.
– JEEES! – wrzasnął Dan, rzucając się na mnie. – Jesteś cała!
– Taaa, lata praktyk – Poklepałam go po plecach.
   Kuso puścił mnie i odwrócił się do Krawlera.
– Co ty tu robisz, Ren?
– Przybyłem, by wreszcie się z wami rozprawić. Super moc, Niszcząca Furia! – krzyknął Gundalianin
    Ogień i ciemność starły się ze sobą zażarcie, walcząc o dominację.
– Zostaw go mnie, Jess – zwrócił się do mnie Dan.
   Skinęłam głową i posłałam mu lekki uśmiech, po czym odbiegłam kawałek. Z jednego kolana ciekła mi strużka krwi. Oho, trzeba to będzie potem oczyścić, bo to jednak zakażenie mnie zmiecie z planszy.
– Fludim! – wyrzuciłam bakugana, a gdy stanął w oryginalnej formie, wskoczyłam na jego ramię.
– Mówiłem, że tak to się skończy – burknął. – Ale jest za cicho – dodał, mrużąc powieki.
– Dokładnie – zgodziłam się. – Powinniśmy się rozejrzeć czy ktoś tu się nie kręci.
    Skinął głową i wzniósł się lekko, jednak nie ponad kanion. Z tyłu ciągle rozlegały się odgłosy walki. Strumienia ognia i fioletowe kule co chwila zderzały się ze sobą, powodując nowe zniszczenia. Słyszałam też sfrustrowany głos Rena, więc odwróciłam się. Wyglądało, jakby Dan próbował go namówić do dołączenia do nas. Pokręciłam głową. W końcu metoda Wojowników.
   W oddali coś błysnęło, ale nie zdążyłam się temu dobrze przyjrzeć, gdy przeleciało tuż koło nas, powodując gwałtowny podmuch. Już wolałam nie myśleć, co miałam na głowie, tylko wyciągnęłam kartę supermocy. Fludim podniósł gardę i odwróciliśmy się.
   Był to czerwony smok złożony z kwadratów niczym w Minecrafcie. Zamrugałam gwałtownie. Chwila, moment. On był tego gościa, co rąbnął żywioł! Jak on miał....
– Krzaczaste brwi! – wykrzyknęłam.
– Co?! – Fludim spojrzał na mnie jak na wariatkę.
– Heee, jednak mnie pamiętasz – odezwał się żołnierz, który stał na jednej z łap bakugana. Ściągnął hełm, ukazując światu te krzaki nad oczami. Wyszczerzył zęby – Dziewczynko z Vestalii.


****

   Sama nie pamiętałam, jak do tego doszło, ale skończyło się na poczwórnej bitwie. Z czego Fludim po prostu powstrzymywał Rubanoida przed atakowaniem Drago, a Dan i Ren dalej bili się zażarcie.
– Super moc, aktywacja! Oszustwo Cienia! – krzyknęłam.
   Poziom mocy Fludima: 800
   Poziom mocy Rubanoida: 700
   Zacisnęłam zęby. Mała była między nami różnica.
– Zestaw bojowy! – uśmiechnął się Sid, wyrzucając ustrojstwo w powietrze.
   Ooo, tak się bawimy? Zaraz...nie wzięłam swojego!
– Ja pierdolę – jęknęłam.
– Nie gadaj, że... – zaczął Fludim.
– Ciicho – Zamachałam ręki. – Ogarniemy to inaczej!
– Jess!
– Co? – spojrzałam na Dana, jednocześnie szukając kart.
– Użyję teraz pojazdu bojowego, okej? Dasz radę?
– Pfff, ja zawsze daję radę. Leć – machnęłam ręką. – Otchłań Ciemności!
    Gdy udało mi się wepchnąć bakugana w ciemny kokon mgły, zerknęłam, co robi Dan. Wskoczył do środka al’a deski, na której unosił się Drago. Jednak Renik nie pozostawał dłużny, dołączył ten cholerny zestaw bojowy i ruszyli w pościg.
– Chyba zostaliśmy sami – stwierdził Sid. – Wolałbym cię za bardzo nie uszkodzić.
– I tak już wyglądam jak ofiara wypadku – Wzruszyłam ramionami. – Zresztą nie masz się czego bać. Super moc aktywacja! Zdradliwy Cień!
   Połowa hybrydowych łeb Rubanaoida zaczęła być wciągana przez wyrwę, która powstała w ziemi. Sid warknął wściekle i wyciągnął kartę, gdy z dołu spadł grad laserowych strzał. Dan wylądował koło mnie, a Drago stanął koło Fludima. Linehart ugodził porządnie o ziemie, lecz cholernik wstał.
– Ładnie – wyszczerzyłam zęby.
– Dzięki i nawzajem – Dan puścił mi oczko i znów włączył swój zestaw bojowy do walki.
– To jeszcze nie koniec – wycedził Ren. – Super moc zestawu! Strzał Pumixa (?)
– Rubanoid, Forma Falista Destrakona (?)!
– Ja myślę, że tak – Dan wyciągnął kartę. – Drago, Ogień Krosbostera (???)!
   Nawet nie zdążyłam użyć karty, bo moc Dragonoida zmiotła naszych przeciwników z pola walki. Westchnęłam, chowając kartę. To co teraz?
   Gundalianie warknęli sfrustrowani, po czym zaczęli rozmawiać.
– Powinniśmy ruszać do pałacu – uznał Dan.
– Masz rację – Skinęłam głową. – Trochę niewygodnie walczyć w papciach.
– Oj stanowczo.
    Fludim obdarzył mnie pełną politowania miną, gdy rozległ się kolejny wybuch po przeciwnej stronie, gdzie stali Sid z Renem.
– Co to było?! – krzyknął Dan i zaczął szukać źródła.
   Ja natomiast patrzyłam, jak Ren połową ciała zawisł na przepaścią, mocno ściskając rękę Sida. Coś czerwonego podskoczyło do drugiej dłoni Krawlera, nim Gundalianin go puścił i poszybował w ciemność. Instynktownie wyciągnęłam dłoń, by użyć mocy, gdy ciemny laser przejechał tuż przed naszymi stopami. Odskoczyliśmy w tył.
– Dharak! – warknął Drago.
    Obok bakugana, który wyglądał przypominał smoka Darkusa, unosił się okazały gundaliański statek. Jedno z drzwi powoli się rozsunęło i na niewielką platformę wyszedł wysoki Gundalianin w ciemnym stroju. Jego białe włosy do ramion powiewały na wietrze, a zielone oczy wpatrywały się prosto w Drago. Wykrzywił usta w kpiącym uśmiechu.
– Barodius – mruknęłam.
– Cesarz Gundalii – dodał Dan.
    Ren również wpatrywał się w Gundalianina w napięciu. Na moment jakby wszystko ucichło.
– Teraz nasza kolej, by się zabawić i zobaczyć efekty prac Kazariny – odezwał się chrapliwym głosem wrogi władca. – Mamy interesujących przeciwników.
    Przełknęłam ślinę. Byliśmy we dwójkę, nasze bakugany już trochę powalczyły, strój to mieliśmy odpowiedni do drzemki od lenienia się. Ja ponadto zapomniałam zestawu bojowego.
   Spectra definitywnie miał rację. Umieliśmy się wpakować w zajebiste tarapaty.


 Tadam, szybki następny rozdział! I to napisany tylko dziś, bo lało i miałam wene, to co zrobić XD Wyjątkowo mi się podoba, bo skupiony na drugim najbardziej postrzelonym duecie na tym blogu XDDD Ahh tęskniłam za ich głupotą. A i połączyłam odcinki 23, 24 i tam 25, więc będą leciały ciurkiem, by się kto nie dziwił, że wleciał Barodius.
Jess: Keith mnie zabije
Fludim: Optymistycznie myślisz, że zdążysz
XDDD No nic, zaczęłam nawet pisać następny, ale tam będzie dużo skoków między postaciami, więc no może trochę zająć XD
Odmeldowuje się!

  



czwartek, 9 lipca 2020

S2 Rozdział 42: Zabawy ciemności


    Żeby być całkowicie szczerą, to znienawidziłam Gundalian wyjątkowo mocno dzisiejszego poranka. Nie dość że wpółprzytomna z zapuchniętymi oczami stałam na jakimś totalnym wygwizdowie, to jeszcze wiało niemiłosiernie, przez co dostawałam dreszczy.
   Reszta była w niewiele lepszym stanie. Dan co chwila przysypiał, śliniąc się z lekka, Akane to trzymała się przytomności z całych sił, Marucho dzielnie przecierał co 5 minut oczy, by powieki mu nie opadły. Jedynie Fabia, Shun i kapitan Elright wyglądali na rześkich i pełnych energii. Zupełnie jak te legendarne osoby na imprezach, które nieważne, jak dużo procentów w siebie władują, na następny dzień są czyste, pachnące i pełne sił.
- Spóźnia się już dziesięć minut – powiedział z lekkim niepokojem kapitan i rozejrzał się po równinie.
– Ale też nie widać, by to była jakaś pułapka – mruknął Shun.
– To czemu Nurzak się nie pojawiaaaa? – ziewnął Dan. – Skoro już wysłał tą wiadomość.
– Coś tu nie gra – westchnął Marucho.
– Coś go zatrzymało? – zasugerowała Shiena, trąc podbródek.
– Albo... – Shun nie dokończył zdania, gdy komunikator Elrighta wydał ostry pisk i pojawiła się twarz jednego z żołnierzy.
– Kapitanie, nasze czujniki pokazały trzy gundaliańskie statki zmierzające ku osłonie!
– Albo chciał odciągnąć naszą uwagę – dokończył Kazami.


****


   Ren czuł, jak jego nerwy pękają jeden po drugim. Ledwo udało mu się otrząsnąć z szoku, że Nurzak zginął z ręki Barodiusa, a już został wysłany na Ziemię, by pozbierać więcej graczy do batalionów Gila, Airzela i Stoicy. I w tym zadaniu nie byłoby nic trudnego, w końcu Krawler robił to już nieraz.
– Matko, jacy ci ludzie są odrażający. I czemu właściwie to ja zostałem wysłany? Jestem dowódcą, a nie jakimś podrzędnym sługą!
   Niestety do „pomocy” dostał najbardziej irytującego członka Zgromadzenia Dwunastu. Nawet nie zdążyli się dobrze przenieść, ten już marudził, przeglądając się w wypolerowanej ścianie. Przynajmniej zmienił się w ludzką formę, bo Ren nie ręczyłby za siebie.
   Zerknął na Heather, która stała koło Stoicy, jednak spoglądała zamglonym wzrokiem przed siebie. Pojęcia nie miał, czemu ją też musiał tu zawlec, skoro wcześniej walczyła na froncie, ale i tak już wolał ją niż Stoicę. Przynajmniej milczała, choć jej wzrok potrafił zmrozić gości.
– A ten ubrania to już kompletne bezguście! Jak można sie tak ubierać?!
   Wypuścił wolno powietrze przez nos. Abolutnie nie mógł pobić jednego z dowódców, miał wystarczająco dużo problemów.
– Im szybciej złapiemy dzieciaki, tym szybciej wrócimy – warknął. – Więc nie dramatyzuj i do roboty!
   Stoica spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem, po czym niepokojąco się uśmiechnął. To nie wróżyło niczego dobrego.
– No dobrze, chodźmy skarbie! – Pociągnął Heather za sobą, na co ta się wyrwała z sykiem. Zerknął na nią przez ramię, robiąc dzióbek. – Oj nie radziłbym, ja nie jestem jak Zenet. W końcu to twoja planeta, więc dobrze wiesz, co i jak, nie? – Puścił jej oczko i ruszył dalej w podskokach.
– Stoica, czekaj! Mamy to robić ra... – Ren urwał, widząc, że dowódca go kompletnie olał podobnie jak Ziemianka.
   Westchnął ciężko. Pozostało mu mieć nadzieję, że nie zrobi czegoś zbyt głupiego.


****

– To jeden z najgłupszych pomysłów, że chcecie tam iść – oświadczyła Phoebe, splatając ręce na piersiach. Zmarszczyła brwi. – Nie słyszeliście, co mówiła Jess? Oni stamtąd porywają ludzi. I z osobistych doświadczeń wam powiem, że to nic miłego.
– Naprawdę robią to ciągle, mimo że każdy wie, żeby nie podchodzić do dziwnego gościa oferującego ci super miejsce do walki? – westchnął Dean. – Przecież to jak z tym, by nie wsiadać z obcym do auta. Mało kto jest tak naiwny.
– Ponadto chcemy tylko zajrzeć, co tam się dzieje, a nie wdawać się z nimi w rozmowy. Kto wie może już odpuścili? – dorzucił Drake.
– Tylko że oni nie należą do najmilszych osób – warknęła dziewczyna, powoli zirytowana ich lekceważeniem. – A jeśli toczą wojną, to tym bardziej będą zdesperowani. Prawda? – zwróciła się do Stelli, szukając pomocy.
   Niestety Galvin była zbyt zafascynowana wpatrywaniem się w swoją mrożoną herbatę, by zauważyć, że ktoś do niej mówił. Dopiero gdy Phoebe szturchnęła ją w ramię, przecknęła się do rzeczywistości.
– Słucham? – mruknęła lekko zdumiona i zamrugała kilka razy. Po paru sekundach oprzytomniała. – Phi ma rację. Przecież byliśmy nawet w ich pałacu i ci kolesie byli dość przerażający – Wzdrygnęła się lekko.
– E tam, poradziliśmy sobie koncertowo! – Drake wydymał policzki. – Zresztą nikt nie mówił, że chcemy walczyć, Phoebe! Tylko wejść i zobaczyć!
– Ciągle idiotyzm – prychnęła. – Możecie narobić dziewczynom kłopotów.
– Właśnie, są jakieś wiadomości od nich? – zainteresował się Dean.
    Stella pokręciła głową.
– Tylko raz ta...eee... – Postukała się palcem po policzku. – chyba Mira przekazała, że są całe i zdrowe, ale ta wojna dalej trwa i ciągle próbują dorwać Heather.
– Ojj Nathan nie byłby szczęśliwy, słysząc o tej dziuni – mruknął Drake.
– Ciągle przeżywa zawód miłosny? – westchnęła Phoebe.
– Bardziej to, że dał się jej zrobić w balona. Ale no serducho naszego blondyna też nieco krwawi.
– Znajdzie lepszą i nie socjopatkę – skwitowała Stella.
– A wracając do waszych tępych planów, to niestety nie przywiążę was do krzeseł – blondynka skrzywiła się delikatnie, wyrażając swoje ubolewanie – lecz nie radziłabym wam. Kto wie, do czego ci Gundalianie jeszcze mogą być zdolni.


****


   Czy to było szczęście czy przekleństwo, że niemal siłą została przydzielona do Stoicy, tego Heather nie była pewna. Z jednej strony mogła skończyć dużo gorzej, na przykład obrywając tym cudownym czerwonym promieniem od Gilla, lecz z drugiej to Stoica ją wkurwiał. Niesamowicie. Miał piszczący głos, marudził i udawał ważniaka.
   Przynajmniej teraz miała od niego chwilę spokoju, bo poleciał łapać jakiegoś bruneta w żółtym płaszczu. To swoją drogą było fascynujące zjawisko, że pomimo tak wielu zniknięć, dalej ktoś przychodził do Bakuprzestrzeni. No ale gatunek ludzki był wyjątkowo tępy, to czy miała się co dziwić? Zawsze mogli się łudzić, że nie padnie na nich.
– Ahhh, jaka beznadzieja – jęknął Stoica. – Nie stawiają żadnego oporu, tylko zaskoczona minka i tyle. Nuda!
– Nie wiem, czego oczekujesz po dzieciakach – odparła chłodno, rozglądając się na boki.
   Logicznie myśląc, mogłaby stąd łatwo zwiać. Wystarczyłoby że Stoica poszedłby po kolejną ofiarę, a ona musiała by tylko podbiec do teleportu. Ale ciągle nie czuła do tego chęci. Nęciło ją, by patrzeć dalej, jak Gundalia się rozpada, bo nie miała wątpliwości, że to wkrótce nastąpi.
– Tak w ogóle to może byś w końcu pokazała swoją użyteczność? Bo sługów to mamy pod dostatkiem, a mistrz Gill wyraźnie mi mówił, że umiesz zaleźć za skórę tym Ziemianom. Więc jak to jest skarbie, hmm? Bo wiesz...
   Dalszy monolog Stoicy przelatywał jej przez uszy, gdy spostrzegła podejrzanie znajome twarze. Ruszyła przed siebie, olewając okrzyki Gundalianina. Gdy wyszła z zakrętu, poczuła, jakby przez jej ciało przeszło przyjemne ciepło.
   Wpatrywała się w rozdziawioną twarz Nathana oraz jego trzech kolegów. Kojarzyła ich, bo kręcili się koło Jessicy i jej koleżanek. A skoro tak było, to mogła ich idealnie wykorzystać.
– Znalazłam ci idealne ofiary – zachichotała. – To właśnie przyjaciele jednej Ziemianki.
   Twarz Stoicy wykrzywił okrutny uśmieszek, a jego oczy zabłysły. Kątem oka spostrzegła pobladłą twarz Nathana. Westchnęła.
– Nie ma się czego bać, mój drogi – powiedziała przesadnie słodko. – To będzie tylko długi koszmar – Wyciągnęła taser.
   Oblizała usta. Oby mina Jessicy była tego warta.


****
  
   Jakim cudem nie skręciłam sobie karku, to to nie wiem po dziś dzień. Spać mi się chciało koszmarnie, pomimo adrenaliny w żyłach, słoneczko prażyło już hojnie, więc chujnię widziałam, a bakugany przeciwników to waliły z pasją we wszystkie strony.
   No według opisu Jane to wyglądałam jak pija dwudziestoczterogodzinny konsument alkoholi próbujący po ciemku doczołgać się do monopolowego, jeśli to komuś miało ułatwić wizualizację. Ale wracając do bitwy, to milutko nie było. W sensie te bakugany to nie były jakieś herosy typu te Vexosów, jednak było ich dużo i nacierały z każdej możliwej strony. Tyle dobrze, że Gundalia coś nie przepadała za bakuganami Haosu, bo wtedy już w ogóle miałabym przerąbane z trafianiem w nie swoich.
   Najgorsze było to, że większość tej armii to były dzieciaki z Ziemi. Dlatego trzeba było uważać, by za mocno nie przypierdolić – hehe pozdrowienia dla Aki – bo jednak nie ich wina, że banda ufoludów uznała, że ich wrzuci do wojenki, bo im mięsa armatniego zabrakło.
– Włócznie Darkusa! – aktywowałam supermoc, widząc nadciągające trzy bakugany Ventusa.
   Fludim ruszył do ataku i szybko przywrócił przeciwników do form kulistych, po czym zaczął oczekiwać na następnych, jednak ci się nie pojawiali. Sami gracze spojrzeli jedynie wściekle, po czym rozpłynęli się w powietrzu, nim ktoś zdążył się ruszyć.
– Najwidoczniej się przegrupowują – krzyknęła Jane.  – Wytrzebiliśmy większość ich oddziałów.
– Tak dłużej myśląc, to co się dzieje z tym dzieciakami? – spytał Fludim, opierając włócznie o ramię. – Przecież nie trzymają ich cały czas na Gundalii?
– Prawdopodobnie wysyłają z powrotem do domu – odparł kapitan Elright, który pojawił się za moimi plecami. – Musimy się rozdzielić i spatrolować czy nie ustawiają żadnych pułapek.
   Skinęłyśmy głowami z Jane, po czym wskoczyłam na ramię Fludiego i ruszyliśmy w lewo przez kanion. Jakby było miło, gdyby jednak sobie odpuścili. Mogłabym się znów położyć i zasnąć. Za czasów Vexosów to chociaż mogłam sobie długo spać, bo w kółko mnie gdzieś zamykali, a tutaj? Piach, słońce, huki i jebnięta socjopatka. Ehh, nie doceniałam tamtych luksusów. Choć dobra za Vexosów było więcej psycholi. Ale też nigdy nie powinnam mówić nigdy, nie poznałam reszty wspaniałej ekipy z Gundalii.
– Przydałoby się natknąć na Heather – odezwała się Jane. – Przynajmniej pozbyłybyśmy się jednego problemu.
– Pierdolnęłabym w nią mocą bez zawahania – wymamrotałam i ziewnęłam. – Nie miałabym siły jej słuchać czy być delikatną.
    Jednak Starożytni i Kula mieli wyjebane w nasze malutkie życzenie, bo zamiast tej zielonowłosej spierdolony zmaterializowała się przed nami mini armia dzieciaków. Przeklęłam pod nosem i sięgnęłam po karty, gdy ujrzałam jednego z bakuganów i zesztywniałam.
   To był Luminos. Poznawałam te malutkie skrzydełka przy głowie. Spojrzałam w dół i spotkałam się z żółtymi tęczówkami Nathana. Poczułam, jak zimny dreszcz biegnie mi po plecach.
– Jakim cudem? – wyjąkała Jane, ale szybko się otrząsnęła i uruchomiła bakumetr. – Haru, Aki mamy problem.
– Hmmmm? Też wam się tak nos spalił od tego słońca? – odparła wesoło Aki.
   Powstrzymałam chęć klepnięcia się w czoło.
– Mamy tu Nathana – dokończyła Jane grobowym głosem.
   Po drugiej stronie na moment zapanowała cisza i może byłoby lepiej, gdyby tak pozostało.
– Ja właśnie widzę Drake’a – odezwała się Shiena.
   Krew odpłynęła nam z twarzy, a mi jednocześnie drgnęła brew. Mówiłam, by nie chodzili do Bakuprzestrzeni, bo to cholernie niebezpieczne! Co za tępe łby, miałam im to na czole markerem wypisać?!
– A właśnie! – krzyknął Nathan nienaturalnie wysokim głosem, a kiedy na niego spojrzałyśmy, uśmiechnął się złośliwie. – Heather przesyła pozdrowienia!
   W sekundę pociemniało mi przed oczami, a moc zawirowała nad dłonią.


****

      Gęsta chmura pyłu potoczyła się po kotlinie, a zaraz po niej nastąpił rumor kamieni. Haruka nie była do końca pewna z czym walczyli Dan i Fabia, ale było dużo silniejsze niż poprzednie bakugany. Jednak nie to było jej największym zmartwieniem. Odwróciła głowę i przygryzła wargę.
– Coroa, Płomienna Szarża!
– Leaus, Potęga Eosa!
    Bakugany starły się w ciosie, a płomienne tornado wystrzeliło ku niebu, rozprzestrzeniając wkoło gorące powietrze. Pazury Leausa ścierały się z mieczem Coroi, przez co na boki strzelały iskry.
    Choć wiedziała, że Drake i Nathan to były jedne z największych tępot, jakie spotkała, to nie wierzyła w przypadek. Akurat teraz pojawili się, Dean tutaj, a Nathan przed Jess i Jane. To musiała być Heather. Chciała znowu udowodnić, że była górą nad nimi.
– Garra, lecimy – powiedziała krótko.
   Jej bakugan jedynie skinął głową, po czym wznieśli się na wysokość statków Gundalian. Haru wyciągnęła pożyczoną od Elrighta lornetkę i spatrolowała teren, szukając śladów węża. Jednak wkoło widziała jedynie oddziały bakuganów Neathian i bataliony Gundalian. Odpuściła bitwę? Nagle poderwała głowę.
– Super moc, aktywacja! Dusza płomieni!
   Kula ognia zmiotła na kamienną kolumnę bakugana o kształcie chrabąszcza, który był o sekundę od urąbania głowy Akane. Japonka w odpowiedzi puściła jej oczko, po czym użyła kolejnej karty. Trąba powietrzna uderzyła o ziemię. Kamienie i piach trysnęły na boki, a ziemia wybrzuszyła się, tworząc niewielkie wgłębienie, w której z całej siły pchała bakugana Drake’a.
   Mimo to Coroa wstała. Akane zmarszczyła brew. Wiedziała, że Drake był silnym wojownikiem, ale do tej pory oberwał już trzema atakami i nie użył żadnej karty obronnej. Powinien mieć za mało punktów, więc czemu...
– Coś jest nie tak! – krzyknęła do Shieny. – Jakby dostali jakiegoś wzmocnienia, albo Coroa nie czuła żadnego bólu.
– To drugie jest bardziej możliwe – mruknął Leaus. – Nie wydaje się nawet wzruszona.
   To była prawda. Mina Coroi pozostała lodowato spokojna, pomimo poniszczonej sukienki i kilku większych otarć od skał na skórze. Nawet lekko się nie krzywiła.
– Ooo, co takie zdziwione? – zawołał kpiąco Drake i rozłożył ręce. – Nie ma się tu czego bać. Wszystko to zwyczajna zabawa – Uniósł kącik ust. – W końcu trzeba was jakoś zmotywować do większego starania się, nie?
   Aki instynktownie ręka poszła w kierunku paralizatora, zanim przypomniała sobie, że to przecież Drake. Co innego było zdzielić go szmatą przez łeb, a co innego przywalić prądem w nerwy. To drugie będzie robiła Heather. Przez długie, dłuuugie godziny, gdy wreszcie dorwie ją w swoje łapy.
– Och to motywacja idealna – syknęła, wyciągając sekwencję super mocy. – Haru, co myślisz?
– Tylko uważaj, by w niego nie trafić – odparła szatynka, poprawiając okulary. – Nie chcę, by ocknął się  tego cały w siniakach.
– Heee, wreszcie coś się dzieje! Coroa, Cięcie chwały!
– Nawałnica!
– Krwawe zniszczenie!
    Eksplozja trzech supermocy zatrzęsła całym kanionem. Pył buchnął w każdym możliwym kierunku, a dwie kamienne kolumny koło Akane zapadły się z głośnym hukiem. Ona sama z trudem utrzymała się na nogach, osłaniając twarz przez falami piasku.
   Gdy chmura kurzu opadła, ukazała im się poległa Coroa. Drake prychnął wściekle.
– To jeszcze nie koniec – rzucił, nim wcisnął bakumetr i zniknął.
   Wpatrywały się przez moment w puste miejsce, po czym spojrzały zaniepokojone na siebie.  Czy aby na pewno jedynie Dean i Nathan zostali porwani?


****

   Gdy Jane użyła „Ściany Fali”, by odciąć ucieczkę Luminosowi, ja wyciągnęłam kartę do zestawu bojowego.
– Pocałunek Nocy!
   Fioletowe strumienie z działa storpedowały bakugana, powodując jego powrót do formy kulistej. Nathan nagle osunął się na kolana, jakby opadł z sił. Po twarzy spływały mu kropelki potu. Zeskoczyłam z ramienia Fludima i zaczęłam podchodzić, zachowując jednak bezpieczny dystans, jeśli uznałby, że przywali mi kamieniem, których naokoło nie brakowało.
– Nathan? Słyszysz mnie?
   Wymamrotał coś niewyraźnie, ale gdy podniósł głowę, straciłam resztkę nadziei. Jego tęczówki ciągle były puste, a wzrok nieobecny.
– Jeszcze nie wygraliście – warknął i teleportował się.
– Jaka jest gwarancja, że wrócą na Ziemię? – spytałam, starając się zachować spokój i nie pizgnąć mocą w pierwszą lepszą rzecz.
– Jeśli weźmiemy Heather pod uwagę, to marną. Będzie chciała nas prowokować – zawyrokowała Jane.
   Wypuściłam wolno powietrze przez nos. To oznaczało kolejną wyprawę na Gundalię. Haru już mogła szykować sobie kubek melisy czy waleriany, bo mowy nie było, że tam ich zostawię. Łby to były niesamowite, lecz z drugiej kto by przewidzieć, że ta sucz będzie się tam kręciła.
– Czyli będzie powtórka z rozrywki – stwierdziłam chłodno.
– Hee? Nie robicie ze mnie za dużego zła?
   Słysząc głos Heather, od razu uformowałam kulę mocy i poderwałam głowę. Dopiero po chwili zorientowałam się, że wydobywał się z komunikatora. Oho, cudownie. Tylko tego mi brakowało, by do mnie gadała po nocach.
– Jesteś skończonym utrapieniem dla nas – warknęłam.
– Ale musisz przyznać, że twoja mina była wspaniała – zachichotała, a we mnie aż się zagotowało. Nathanowi musiało paść na mózg, że mu się spodobała taka sucz. – Jednak nie ma sensu, by tego nadużywać, znudziłabym się.
– Doprawdy tragedia – zakpiłam. – W końcu musisz być zainteresowana, co nie?
– Gdybyś widziała tyle beznadziejnych ludzi, którzy nie potrafią się wyrwać poza ramy, to też byś pragnęła innych emocji.
   Przewróciłam oczami, bo ostatnie co mnie interesowało, to pragnienia tej szmaty.
– Czyli odesłałaś moich znajomych do domu, by nie wbiła na Vestalię i zrobiła ci z dupy jesień średniowiecza? – westchnęłam i podrapałam się po nosie. – Doprawdy odważna jesteś.
– Ja tylko nie chcę, by to się za szybko skończyło, Jessie – powiedziała z lekkim rozmarzeniem. – Wojna zawsze wyzwala tyle wspaniałych emocji i zachowań. Dlatego cieszmy się tym dalej, dobrze?
   Na tym połączenie się urwało.
  


Będę szczera. MAM KURWA DOŚĆ. Mam dość tej części, ta seria bakuganów jest nudna jak cholerna. Połowa odcinków to jest jakaś walka, a fabuły praktycznie nie ma. Teraz została mi śmierc tego...Sida, tam ogarnięcie się Rena i to porwanie Jake, ale to zrobię po swojemu, bo już mam wyjebane w kanon, a resztę lecę na szybkości. Jak ktoś lubi tą część, to sorka, ale dla mnie jest nie do przetrawienia. Zwłaszcza, że mam tyle planów na 3 część ;-; Ten rozdział jest tragicznie napisany, ale już uznałam, że walnę. Wgl zauważyłam, że jak robiłam po swojemu, to jakoś wychodziło, ale no nie oszukujmy się, wtedy olałabym zasadniczo tą całą wojnę XDDD
Wyżaliłam się, teraz idę oglądać arty z bakuganów na tumblr.
Odmeldowuję się!