poniedziałek, 3 sierpnia 2020

S2 Rozdział 46: Niby dobrze ale jednak nie


    Spectra był pierwszą osobą, przy której Gus poczuł, że naprawdę może być sobą. Wcześniejsze lata pełne prześladowań rówieśników i braku zainteresowania ze strony matki sprawiły, iż zamknął się na ludzi. Dopiero poznanie blondyna coś w nim ruszyło. Poczuł dziwne podekscytowanie skręcające się w dole żołądka i po raz pierwszy od dawna uwierzył w czyjeś słowa. I choć ich relacja wydawała się osobom postronnym chłodna i egoistyczna ze strony Spectry, to on czuł się szczęśliwy.
- Gus? – Przed jego oczami pojawiła się ręka. Drgnął wyrwany do rzeczywistości. – Nie chcę być wredna, ale zadałam proste pytanie i czekam od kilku minut na odpowiedź.
– Wybacz, Reinare – odparł. – Ciągle nie jestem zbyt przyzwyczajony do takich rozmów? – dokończył ciszej.
   Dziewczyna rozpromieniła się i pokiwała głową. Wydawała się doskonale rozumieć, o co mu chodziło. Spotkał ją w centrum handlowym podczas zakupów i po krótkiej pogawędce zaproponował nagle, by poszli na kawę. Była to kompletnie spontaniczna decyzja, ale może to jego instynkt mu podpowiedział, że Reinare będzie najlepsza do rozmowy? Bo choć cenił i szanował Spectrą, to były tematy, gdzie ten również utykał.
– Więc między mną i Irene jest w porządku – oświadczył. – Choć ostatnio oboje jesteśmy zawaleni pracą.
    W oczach dziewczyny coś się odbiło, ale nie był pewny do końca pewny co.
– Hmm, to dobrze słyszeć – Popukała się palcem w brodę. – Nee, a powiedz mi, jeśli to nie problem, jak się poznaliście?
– To proste, została przydzielona do naszego laboratorium jako technik. Zaczęliśmy rozmawiać, mieliśmy dużo wspólnych zainteresowań i tak się dalej potoczyło – Wzruszył ramionami.
    Znowu ten wzrok. Zmarszczył brwi i zaczął postukiwać palcami o drewnianą nogę stolika.
– Coś nie tak? – zaryzykował spytać.
    Reinare upiła kilka łyków macchiato, po czym odetchnęła i podniosła głowę. Ciągle się uśmiechała, choć blask nieco przygasł.
– Mam wrażenie, jakbyś niezbyt chętniej o nie mówił – przyznała. – Brakuje ci jakiś emocji, iskier w oczach. Choć oczywiście nie chcę oceniać waszego związku – Poklepała się po piersi. – Lecz czy na pewno wszystko między wami w porządku?
    To było to. Gus przejechał językiem po zębach, czując nagły chłód w środku. Czyli się nie mylił, naprawdę było po nim widać, że coś było nie tak. Cholera. Pochylił nieco głowę. Serce zaczęło mu szybciej bić. Powinien powiedzieć? Ale czy miał gwarancję, że Reinare go nie wyśmieje albo nie zwyzywa? Wydawała się miła, ale...ludzie są zwodniczy.
    Przełknął ślinę. Nie, takie myślenie do niczego go nie zaprowadzi.
– Będziesz jadł deser? Mają tu zajebiste ciastka waniliowe z białą czekoladą, mówię ci niebo w gębie – odezwała się nagle, przewracając menu ze słodkościami.
– Słucham? – wyrwało mu się, nim zdążył się powstrzymać.
– Widzę, że nie chcesz za bardzo o tym gadać, więc możemy zawsze coś dobrego zjeść – Uniosła brew. – Po cholerę miałabym cię zmuszać? Nawet nie znamy się aż tak dobrze.
   Zamrugał gwałtownie oszołomiony. Zachowanie dziewczyny było takie inne od tego, do czego przywykł podczas życia jako Vexos. Ludzie w kółko wtrącający się w jego prywante życie, fanki i fani nie szanujący przestrzeni osobistej. Plus oczywiście zawsze pełna podejrzeń i konspiracji atmosfera w grupie. Szczerość od dawna nie przeszła przez jego myśl.
    Wziął głęboki wdech. Czasami trzeba ryzykować.
– Jest dziewczyna.
    Reinare od razu skupiła się na nim i pokazała gestem, by kontynuował.
– Poznałem ją jeszcze przed Irene, ale wtedy nasza relacja nie była specjalnie kolorowa czy przyjemna.  Ma – urwał, szukając jakiegoś dobrego eufemizmu na charakter Akane.    oryginalny styl bycia, dlatego pewnie przyciągnęła moją uwagę – Przełknął ślinę i przejechał palcem po filiżance. – Jednak po pokonaniu Zenohelda nasze drogi się rozeszły, poznałem Irene i serio byłem z nią szczęśliwy,
– Ale ona wróciła?
– Tak, znaczy pojawiała się już wcześniej, ale wtedy nic takiego nie czułem. Jednak nagle – przygryzł wargę. Jak powinien to określić? – Nagle zapragnąłem odpowiedzi.
– Em, jakich odpowiedzi? – Reinare przechyliła głowę ze zdumioną miną.
– Na rzeczy, które zdarzyły się, kiedy się poznaliśmy – odparł. – I choć ona i ja różnimy się diametralnie, to chciałbym jej pomóc, bo widzę, że tego potrzebuje. Nawet jeśli temu zaprzecza i kryje się za maską.
– Kochasz ją?
– Nie wiem – odpowiedział bez namysłu. – Wolę tego nie określać. Mówiłem już nasza relacja jest dziwna. Ale to nie zmienia faktu, że chciałbym ją poznać.
  I przebywać z nią.
    Przełknął tą myśl. Było na nie stanowczo za szybko, znali się za krótko. Zresztą nawet nie ujrzał prawdziwej Akane.
    Zapadła cisza. Reinare dopiła swoją kawę, stukając zielonym paznokciem o porcelanę. Miała ściągnięte brwi i lekko nieobecny wyraz oczu. Dał jej czas, bo nie było co czarować, postawił ją w skomplikowanej sytuacji.
    Za jego plecami rozległ się szur krzesła po podłodze. Ktoś cichym głosem pożegnał się i wyszedł, wprawiając w ruch mały dzwoneczek zawieszony u framugi. Słodki dźwięk poniósł się po wnętrzu, które coraz bardziej pustoszało. Cholera, ile już tu siedział?
– Dobra, będę brutalnie szczera – zastrzegła Reinare. – Na pewno twój związek z Irene się sypie i mam wrażenie, że nie tylko z powodu tej dziewczyny. Nie wiem czy nie będzie lepiej się dla was rozstać, niż męczyć się dalej. A co do tej kobiety – westchnęła. – nie znam jej usposobienia ani charakteru, ale myślę, że przede wszystkim powinieneś być cierpliwy. Czasami ludzie z innym stylem bycia wydają się serio ciężcy do zrozumienia, ale potem okazuje się to fantastyczną wymianą myśli i ubogaca poglądy. Albo może spytaj kogoś, kto ją lepiej zna? Może ci pomoże? – Nabrała oddechu, krzywiąc się lekko. – Słodkie domeny, od dawna nie byłam tak długo poważna.
    Skinął głową, choć tak naprawdę nie słuchaj już jej. Nie wpadł wcześniej na to, by spróbować podpytać Jessie. Na pewno była łatwiejszym rozmówcą, mimo skłonności do dramatyzowania. Tylko, że musiała akurat siedzieć na Neathii...
    Już chciał podziękować Reinare za rady, gdy dzwoneczek z tyłu rozdzwonił się jak oszalały. Rozległy się głośne kroki i nagle owiała go znajoma woń jaśminu.
– Jaka urocza z was parka – wycedziła Irene, opierając się dłonią o stolik.
   Ciągle była ubrana w pomarańczowy kombinezon technika, a czerwone kosmyki wystawały jej spod czarnej czapki z daszkiem. Zimnym wzrokiem piorunowała raz jego raz Volan.
– Cudnie, że ja wypruwam sobie dla ciebie żyły, a ty chadzasz z dziewczynami do kawiarni. Tej nawet nie znam! – wykrzyknęła z wyrzutem i spojrzała na niego rozpaczliwie. – Dlaczego?
– Irene, poznaj Reinare Volan – powiedział jak umiał najspokojniej, wskazując na Vestaliankę.
     Rei skinęła głową na powitanie, lecz Irene ją zignorowała, ciągle wlepiając wzrok w niego. Przypominała kopniętego szczeniaka, który lada moment zacznie smutno popiskiwać. Poczuł lekkie pulsowanie bólu w skroniach.
    Podniósł się, maskując jak najlepiej ciężkie westchnięcie. Położył pieniądze wystarczające za rachunek ich obojga i uniósł nieco kącik ust.
– Wybacz, ale muszę się już zbierać z moją dziewczyną – powiedział do Reinare. – Dziękuje za pomoc.
– Nie ma za co – odparła. Wyraźnie wyczytał z jej miny współczucie. – Miło było cię zobaczyć.
    Ledwo oddalili się kawałek od lokalu, Irene wybuchła, uwieszając mu się na ramieniu.
– Czemu mnie tak zimno potraktowałeś? – jęknęła. – Tak się cieszyłam się, że się zobaczymy po pracy! Kto to był? Czemu o niej nic mówiłeś?
    Pulsowanie wzmacniało się z każdą chwilą. Zacisnął zęby, walcząc z bólem. Reinare miała rację. Akane była powodem wątpliwości, lecz zazdrość Irene ją podsycała. Zachowywała się jeszcze gorzej niż na początku ich związku, czego kompletnie nie rozumiał. Uspokoiła się po tym, jak dziewczyny poleciały na Neathie, więc czemu tak nagle to wróciło? Ciągłe pytania, podejrzliwa mina. Coraz bardziej go to nużyło.
– To zwykła koleżanka. Zwyczajna rozmowa. Aż tak mi nie ufasz? – odparł nieco ostrzej niż zamierzał.
   Irene wzdrygnęła się za to, jakby ją uderzył i zaraz owinęła ręce wokół niego, kryjąc twarz w ramieniu. Klasyczna taktyka, kiedy chciała go uspokoić.
– Gus – kun, oczywiście, że ci ufam. Ale im ani trochę. Skąd wiesz, że jakaś nie kręci się koło ciebie, bo jej się podobasz? Hm?
– To bym powiedział jej nie, Irene.
– Ale ciągle... – Zacieśniła uścisk. – Nie chcę być bez ciebie. Nie myślisz, że miłoby było, gdybyś żyli gdzieś jedynie my sami? – spytała, podnosząc na niego uśmiechniętą twarz.
    Słowa utknęły mu w gardle, bo wyobraził sobie takie życie. I poczuł skręt w żołądku. Nie, to nie było ani trochę przyjemne.
– Gus – kun? – Nagle jej objęcie stało się mniej przyjemne, a bardziej przykuwające do miejsca. – Czy to znowu o tej Akane? – Jej głos w sekundę pochłodniał.
   Spojrzał na nią i musiała to wyczytać z jego oczu, bo puściła go z wściekłym sykiem.
– Wiedziałam! Znowu ona! Od kiedy ją wtedy zobaczyłam na statku Spectry, to coś czułam. Jeśli z nią nie rozmawiasz, to myślisz! – warknęła. – Kim ona takim jest, co? Dlaczego ona? W czym jest lepsza ode mnie? Hm?!
– Irene, uspokój się – Wyciągnął rękę przed siebie. – Owszem, myślałem o niej, ale z innych powodów, niż ci się wydaje.
– Jasne! – prychnęła. – Po prostu już ci na mnie nie zależy. Pobawiłeś się, to możesz zostawić, tak? – W oczach wezbrały jej się łzy. – Tyle dla ciebie zrobiłam! A ty pewnie z tymi wszystkimi dziewczynami... – urwała. – Ale możesz to jeszcze uratować, Gus – kun. Tylko musisz zerwać z nią wszelki kontakt! Przy mnie! I wtedy...
    Gus patrzył na gestykulacje dziewczyny, lecz sens jej słów rozbijał się gdzieś w otchłani jego umysłu. Dochodziło do niego, jaki błąd popełnił. Irene nie posiadała po prostu wielu kompleksów i potrzebowała ciągłego wsparcia. Jej toksyczność wręcz spływała z ust i skapywała na chodnik gęstymi kroplami.
– Nie, Irene – przerwał ciąg jej słów. – Nie zerwę z nikim kontaktów, bo wiem, że nie zrobiłem nic złego. To, co musi się skończyć, to nasz związek.
    Otworzyła szeroko usta, patrząc na niego zszokowana.
– Możesz mnie nienawidzić i wyzywać, jeśli chcesz, ale tak trzeba zrobić – kontynuował. – Nasza relacja nie funkcjonuje jak powinna, więc lepiej, jeśli ją zakończymy. Wyprowadzę się w dwa dni. Wybacz, Irene.
     Przez chwilę dziewczyna dalej trwała w bezruchu, po czym gwałtownie spochmurniała, a w kącikach oczu coś błysnęło.
– Nie – Pokręciła głową. – to nie może się tak skończyć.
    Po tych słowach odwróciła się i szybkim krokiem zaczęła odchodzić w dół ulicy. Obserwował jak karmazynowe kosmyki powiewają na wietrze, aż nie zniknęły w tłumie. Czuł się winny, lecz głównie ogarnęła go ogromna ulga, jakby właśnie zepchnął kamień ze swojej duszy.


****

      Według Jess ich sytuacja mogła się zacząć nieco polepszać, ale Haruka doskonale wiedziała, że była to bzdura. Co prawda dołączenie Rena i impreza powitalna z tej okazji zmniejszyła nieco nerwy. Lecz ciągle dręczyło ją wspomnienie porażki ze Zgromadzeniem Dwunastu. Było ich przecież aż siedmiu na czterech, a mimo to przegrali. Co jeśli to się powtórzy? Przełknęła gulę w gardle. Nie było się co oszukiwać, jeśli nie pozbędą się ich, to nici ze zwycięstwa w wojnie.
    Kwestię wyprawy Jessie i Dana to już pominęła chmurnym milczeniem, bo tej dwójki nic by nie dopilnowało. Choć, hmmm, widziała kiedyś takie smycze dla dzieci. Może to?
    Jednak wracając, to niby sytuacja się polepszyła, by zaraz zlecieć łeb na szyję. A zaczęło się podczas przyjemnego poranka, gdzie Rycerze Zamkowi wybrali się na patrol.
– To wyście tak stali i patrzyli jak ten brokuł go porywa? – Akane wytrzeszczyła oczy. – Nie mogliście jej czymś walnąć? Hm, panie ninjo? – Rzuciła wymowne spojrzenie w stronę Shuna.
    Porwano Jake’a. Informacja była zła, lecz Shiena i tak poczuła wewnętrzną chęć przybicia samej sobie piątki, bo przynajmniej nie była to żadna z dziewczyn. A no nie było się co oszukiwać, one były najbardziej prawdopodobne.
– Teleportacja Gundalian jest niebezpieczna, bo jeśli dotkniesz teleportowanego, to też ciebie przeniesie – wyjaśniła szybko Fabia.
– Zresztą nie zdążyłbym jej zaatakować – dodał Shun.
– Hee? Taki wojownik jak ty? Starość cię dopadła i kości bolą?
– Dość – Jane pociągnęła Akane za ucho. – Mamy większe problemy.
– No ładnie – mruknęła Jessie, drapiąc się po szyi. – Co robimy?
– Lecimy odbić Jake’a, to oczywiste! – zakrzyknął Dan.
– Nie ma mowy – powiedziała jednocześnie z Shunem.
    Kuso nadął policzki w oburzeniu i założył ręce na tors.
– To co mamy robić? Przecież jest w niebezpieczeństwie!
– Przede wszystkim powinnyśmy się uspokoić – odparła, kładąc dłoń na ramieniu bruneta. – Trzeba przemyśleć nasze opcje. Gwałtownie działanie niczego nie przyniosą.
– Akcja wtedy na Gundalii jakoś dała radę.
– Jess, jak cię pizgnę...
– Powinniśmy porozmawiać z moją siostrą i kapitanem Elrightem – zaproponowała Fabia.
     To był dobry pomysł. Zgodziła się bez namysłu wraz z Shunem i Marucho, a po chwili także reszta. Dan jeszcze przez moment marudził, ale widząc, że został przegłosowany, także musiał przystać.


****

    Ostatnie dwa dni upłynęły dla Heather pod oznaką nudy. Całe Zgromadzenie Dwunastu co prawda raz wyleciało, jednak przez specjalne bransolety od Stoicy i tak nie mogła zbyt swobodnie się poruszać po pałacu. Była to część w planie, jakiej nie uwzględniała, ale jakoś w końcu je zdejmie. Musiała jedynie znaleźć sposób.
   Generalnie Gundalianie wrócili poobijani i bez Rena, czego jednak nie skomentowała, widząc wyraz twarzy Barodiusa. Poza jego wybuchami złości nic ciekawego się nie działo. Aż do teraz.
– Długo jeszcze? – mruknął Cru. – Ślini się – Skrzywił się.
    Naprzeciw nich siedział Jake Vallery przykuty do krzesła żelaznymi pasami. I śnił słodko jak małe dziecko z lekkim strumieniem śliny w lewym kąciku ust. Podniosła się nieco i pstryknęła go w czoło.
– Budzimy się, śpiąca królewno – powiedziała głośno.
   Chłopak rozwarł powieki, po czym gwałtownie je zamknął porażony mocnym światłem reflektorów z tyłu laboratorium. Gdy znów je otworzył, wciągnął gwałtownie powietrze.
– Heather! Ty! – Próbował się podnieść, lecz więzy mocno go trzymały. – Co jest? Gdzie ja jestem?! Coredem, stary, jak z tobą?!
– Czemu mnie nie dziwi, że to akurat ty wpadłeś – powiedziała, ignorując jego okrzyki. Oparła policzek o dłoń, kładąc się bardziej na stoliku koło niej. – W końcu twoim jedynym atrybutem jest masa mięśniowa – Uśmiechnęła się słodko.
– Dlaczego ciągle działasz z Gundalianami? – Zacisnął zęby.
    Nie doczekał się odpowiedzi, gdyż rozległ się wymowny kaszel i z cienia wyłoniła Kazarina.
– Koniec pogaduszek – oświadczyła, stając przy panelu kontrolnym. – Witam cię w moim kochanym laboratorium, Jake.
– Nieważne, czego ode mnie chcesz, niczego ci nie powiem! – oznajmił wojowniczo mięśniak i wypiął tors. – Nie złamie się!
    Heather uniosła brew. On naprawdę mocno się przeceniał.
– Och, nie musisz się o to martwić – odparła Kazarina i wcisnęła zielony guzik. – Ja potrzebuję od ciebie czegoś kompletnie innego.
    Z sufitu wysunęła się metalowa rura zakończona trzema szponami, na których końca błyskały białe kulki iskier. Przysunęły się do twarzy Jake’a i po chwili strumienie prądu wytrysnęły prosto w jego skronie. Jego ciałem wstrząsnęły drgawki, a wrzask bólu poniósł echem po ścianach laboratorium.
– Jake! – zdołał zawyć jego bakugan, nim został podobnie potraktowany.
    Kazarina zachichotała. Jej twarz wyrażała pełną sadystyczną radość. Przez chwilę nieco zmniejszała nacisk na przycisku, niwelując intensywność, by zaraz docisnąć go do panelu. Po chwili zabawy zaprzestała i podeszła do chłopaka.
– Dzięki temu hipnoza utrzyma się dłużej – mruknęła chyba do Heather i nachyliła się, łapiąc podbródek Vallorego w uścisk.
    Heather patrzyła z fascynacją, jak oczy Jake’a zalewa żółć, po czym opadł nieprzytomnie na oparcie.
– Masz szczęście, że się pojawił, bo ty byś to robiła – powiedziała Kazarina, otrzepując dłonie. – Choć może to lepiej, od razu łatwiej będzie ich tu przyciągnąć, skoro mamy jednego z nich.
    Heather pokiwała głową, gdy do głowy wpadła jej myśl.
– A co jeśli by ich rozdzielić?
    Gundalianka spojrzała na nią przez ramię, niemo przyzwalając by mówiła dalej.
– Neathianie na pewno będą działali rozważnie i spokojnie – Uśmiechnęła się, kręcąc kosmyk na palcu. – Jednak Ziemianie i Vestalianie wręcz przeciwnie.
– Hmm – Gundalianka uniosła brew. – podaj mi szczegóły.


****

 
   Sensu nie było całą bandą włóczyć się na spotkanie z Sereną i Elrightem, więc poszła jedynie Shiena jako odpowiedzialna przedstawicielka. Ja z Aki i Jane zostałyśmy sobie na szerokim pałacowym balkonie na półpiętrze, z którego rozpościerał się widok na ogród oraz wejściową bramę.
   Ledwo usiadłam na balustradzie, już Wilson najbezczelniej w świecie trzepnęła mnie w głowę. Chyba ostatnimi czasami zaczęło jej to wchodzić w nawyk, biedny Roger, trzymajmy za niego kciuki w przyszłości.
– Za co? – jęknęłam z udawaną boleścią.
– Za jakieś nocne wypady chuj wie gdzie – odparła, siadając koło mnie.– Wiesz, jak się przestraszyłam? Zwłaszcza że twoja ostatnia nocna wyprawa zakończyła się opętaniem przez bakugana.
– No ale z drugiej strony to już chyba nic gorszego nie mogłoby mnie spotkać – zauważyłam.
– Zawsze mogłabyś zobaczyć na przykład Barodiusa pod prysznicem – mruknęła Akane, która siedziała na krześle i trzymała zarąbanego z kuchni szaszłyka.
    Od razy przed oczami stanęło mi tamto dziwactwo z kuchni. Oby to nie było z niego...
– Dobra, to by była lekka trauma psychiczna.
   Jane wywróciła oczami i westchnęła ciężko
– Jak to się stało? – spytała.
    Wyjaśniłam im w skrócie, jak dostałam się w okolice drugiej osłony. Po minie Aki było widać, że nie wywarło to wielkiego wrażenia, jednak Jane potarła dłonią czoło w cierpiętniczym geście.
– Ciebie i Dana powinno się odseparować. Jak można zrobić tyle kretyństw w przeciągu kilku godzin...
– A tam, to jeszcze nic! – Machnęłam ręką. – W pałacu Vexosów to dopiero były balety!
– Lepiej nie mów o nich przy Haru, bo doprowadzisz biedaczkę do zawału.
– Pfff – odezwała się Aki z policzkami wydymanymi jak u chomika. – Ona to weteran, nie pamiętasz, jak próbowałyśmy śledzić Maskarada?
– Ciężko zapomnieć, gdy prawie wpadłaś wpadłaś pod taksówkę, a potem wsiadłaś do złego metra.
– Ahh, szczęśliwe czasy – Aki udała, że ociera łezkę z oka i znów zatopiła zęby w mięsie.
    Uśmiechnęłam się, ale zaraz przestałam, gdy sobie przypomniałam, że my miałyśmy jeszcze inne życie.
– Zaraz, stop, wiem, że ogólnie jest wspaniale, słoneczko świeci i próbujemy złapać psycholkę, ale ile my tu już siedzimy? – Powiodłam wzrokiem od jednej do drugiej.
    Moja psiapsi oczywiście z wyjebaniem wzruszyła ramionami, lecz Jane wyciągnęła telefon i włączyła kalendarz.
– Dwa tygodnie.
– To co z twoją pracą? I nagraniami, Aki? Przecież miałyście tu być krótko, a potem wrócić. Ja to jestem wetaran, życie i tak na mnie pluje.
– Faktycznie, zostawienie cię samej z Wojownikami brzmi tak dobrze jak zmieszanie wódki z whisky i ginem i wypicie na raz – zakpiła Jane, zakładając ręce na piersi. – O moją pracę się nie martw, tą miałam zamiar rzucić, więc wychodzi na jedno.
– A ja mam znajomości – odparła Akane. – Także chillera utopia, nic nie ucieknie.
– Ale...
   Prawdopodobnie oberwałabym teraz z patyka po szaszłyku, gdyby nie rozległy się wyraźnie kroki na drodze za nami i cichy syk bólu. Odwróciłyśmy się jak na komendę i zbaraniałyśmy. Jake szedł przyciskając do boku prawą rękę. Był nieco poobijany, lecz i tak nie wyglądał tragicznie, jak na kogoś kto spierdolił z Gundalii. Widząc nas, wyszczerzył zęby, choć zaraz się skrzywił.
– Hej, dziewczyny – Zatrzymał się. – Mogłybyście mi pomóc?
    Jane pobiegła po resztę, a ja z Aki zeskoczyłyśmy na dróżkę. Rozglądając się dookoła, podeszłam do chłopaka.
– Nie mówię, że nie cieszę się na twój widok, ale jak się wydostałeś? – Przekrzywiłam głowę.
– Gundalianie wcale nie są tacy mocni – odparł i z wdzięcznością przyjął moje ramię.
– Pokonałeś każdego i zwiałeś do teleportera? – Akane uniosła wysoko brwi.
– Yhy! – Chłopak się rozpromienił. – Nie było łatwo, ale daliśmy radę z Coredemem.
    Wymieniłyśmy z Japonką pełne zwątpienia spojrzenia, jednak póki co przyjęłyśmy taką wersję wyjaśnień i poprowadziłyśmy Jake do środka pałacu.


****


   Kolacja na Neathii odbywały się w jadalni przy długim stole, które zawsze był wyładowany półmiskami z różną maścią potrawami oraz wysokimi dzbanami głównie z wodą i sokami. Starannie unikając, by nie nałożyć sobie niczego choćby lekko różowego, obserwowałam kątem oka Jake. Chłopak pochłaniał ilości hurtowe jedzenie, paplając o czymś z Renem i ozdabiając obrus okruchami. Jednak nie dawałam się znieść. Bo jak to był on, to mogłam równie dobrze robić za vestaliańską królową.
   Bo po może jakieś godzinnej regeneracyjnej drzemce i opatrzeniu zadrapań – zaskakująco małej ilości – wbił sobie do nas i zaczął opowiadać o jakimś sposobie ulepszenia trzeciej osłony. Nie znałam go za dobrze, ale nigdy nie wydawał mi się jakoś ogarnięty w tym. Mina Dana, jakby ujrzał ufoludka, tylko to potwierdzała Czy mu coś zrobili czy się biedak za mocno gdzieś walnął, tego nie wiedziałam, ale było coś nie tak.
    Powoli żułam, obserwując innych. Shun jak zawsze pełen spokój albo zasypiał, kto tam wiedział, Marucho radośnie włączył się do paplaniny Jake’a, Ren grzebał w talerzu, chyba dalej mając traumę po Gundali, dlatego szukał w żarciu trucizny. Akane wpierdalała bez zażenowania, Shiena pochłonęły jej myśli, a Jane to serio zasypiała. Co do Fabii to mordowała wzrokiem talerz. Tak, stanowczo obserwowanie ludzi w czasie posiłku to fascynujące studium charakteru. Mogłabym napisać o tym pracę licencja...
    Dobra, zapędziłam się, najpierw to przydałoby się przeżyć. Postawmy to sobie z główny cel.
– Nie podoba mi się Jake.
    Nawet nie stanęłam za jadalnią, gdy Dan odciągnął mnie w pełnej dyskrecji na bok.
– Jak ktoś zaczyna gadać niczym Spectra, to jest zły znak – zgodziłam się, gdzieś z tyłu głowy widząc jego zirytowaną minę. – To co chcesz zrobić?
– Poprosiłem kapitana Elrighta, by zamontował specjalną pułapkę – wyszeptał. – Dlatego nie chodź w nocy do pokoju kontrolnego.
– O tak w nocy kocham latać do barier – mruknęłam. – Za kogo ty mnie masz?
– No zabezpieczam cię na wszelki wypadek.
    Wywróciłam oczami. Do niego też dzwonił Spectra, że ma mnie pilnować, bo inaczej mu nóg z dupy porywa?


****


– Będziesz miała oczy jak królik rano – oświadczył Leaus.
– Spierdalaj – burknęła Akane, zmieniając po raz setny pozycję. Padła na brzuch. – Nie takim rzeczom dawałam radę.
   Bakugan westchnął bezsilnie i podleciał do ramienia wojowniczki. Umościł się wygodnie, wtulając głowę w miękkie, świeżo umyte kosmyki.
– Co się dzieje? – spytał.
– Nic takiego – Dziewczyna wsadziła twarz w poduszkę. Wypuściła głośno powietrze. – Tylko mam taką gonitwę myśli i nie mogę przez to zasnąć.
– Przez co? Telefon niebieskiego transa?
    Godny politowania odgłos, który z siebie wydała, posłużył mu za potwierdzenie. Powstrzymał chęć wywrócenia oczami, bo przez lata nabył praktyk anielskiej wręcz cierpliwości do Japonki. Znaczy zazwyczaj tak było, bo czasami marzył, by ją udusić.
– No bo... – odezwała się nagle, wydymając usta. – Niby nic takiego, ale poczułam się tak dziwnie. Jakby miło, że go usłyszałam.
– Bo ci się podoba – powiedział.
– Wcale nie! – Poderwała się na łokciach. – Jest zapatrzony w Spectrę, ma kompletnie inny charakter niż ja, jego ideały mnie irytują...
– Ty sobie to wmawiasz, idiotko – przerwał jej. – Przestraszyłaś się, że się przed nim trochę otworzyłaś i próbujesz wiać.
    Widział, jak jej szczęki się zaciskają, zwiastując początek kłótni, jednak do tego nie doszło. Zamiast tego usłyszeli głuchy huk. Akane od razu odwróciła głowę w stronę drzwi i zaczęła nasłuchiwać. Rozbrzmiały ciche lecz pewne kroki. Japonka podniosła się i na palcach podeszła, układając palce na klamce.
– Aki...
    Przyłożyła palec do ust i szybko otworzyła drzwi, po czym odeszła kawałek. Powitał ich ciemny i pusty korytarz. Tak przynajmniej wydawało się w pierwszej chwili, bo po kilku sekundach Akane spostrzegła nieprzytomnego strażnika leżącego pod oknem.
  Przeleciał ją zimny dreszcz, gdy poczuła uścisk na nadgarstku. Obróciła się gwałtownie i spostrzegła zielone włosy.



 Znów mi wyszedł długi rozdział xDDD No generalnie duużo gadania, ale takie też są potrzebne, akcja będzie w następnym. Nie wiem czy dobrze oddałam to w Irene, ale ona w gruncie rzeczy miała być toksyczna (w sensie jej zazdrość i ciągle wymyślanie czegoś, co nie miało miejsca) Heather knuje, jak to ona, a Jess wkrótce trafi szlag. Już jest coraz bliżej tego finału na Gundalii i serio się już mega cieszę. Wiem, że przyśpieszyłam mega, ale 3 część będzie tego warta!
Odmeldowuje się!

sobota, 25 lipca 2020

S2 Rozdział 45: Nić porozumienia


   Spokojne wieczory w domu Ferminów były niemal regułą. Ani Keith ani Mira nie należeli do osób głośnych i umieli wzajemnie szanować swoją przestrzeń. Ponadto często zdarzało się, że jedno z nich siedziało w laboratorium, na wykładach, randce – nie trzeba wspominać któremu z nich niezbyt się to podobało – więc mijali się gdzieś w drzwiach. Dlatego takie wieczory jak te, gdzie spędzali czas razem, zdarzały się rzadko.
    Śnieg delikatnie sypał za oknem, przykrywając dachy białym puchem, elektroniczny czajnik szumiał cicho, w wyniku czego Keith czuł się dziwnie zrelaksowany. Jeśli miał być szczery sam ze sobą, to od czasu dołączenia do Vexosów i przekonania się, że to wybitnie upierdliwa banda, rzadko pozwalał sobie choćby na krótkie odprężenie. „Służba” królowi, próba zdobycia rdzenia, moc Jessicy, walka z Zenoheldem, potem próba ogarnięcia Vestalii i własnego życia. Papierosy niemal wypadały z popielniczki, łeb go bolał niesamowicie od wycia Shadowa (co ten kretyn nazywał śpiewem), a nerwy przypominały splątane słuchawki. Wspomnienia Gusa wpatrującego się w niego niczym zatroskana matka i próbującego grzecznym głosem wymusić na nim dodatkową godzinę snu ciągle były niczym żywe.
– Wyglądasz na szczęśliwego, braciszku – głos Miry wyrwał go z fali nostalgii. Przeniósł na nią wzrok, kiedy kładła kubek z kawą na stoliku. Uśmiechnęła się, przymykając oczy. – O czym myślisz?
– O wszystkim, co wydarzyło się do tej pory – odparł. – Przede wszystkim za czasów Vexos.
    Na moment uśmiech Miry ustąpił miejsca stropieniu.
– Oh – mruknęła, próbując to szybko zamaskować.
    Westchnął. Ten temat ciągle stanowił dla ich dwójki cienki lód i wcale nie obwiniał za to siostry. Zrobił wtedy kilka wątpliwych moralnie rzeczy, łamiąc jej serce.
– Wiem, że nie byłem dobrym bratem – powiedział i ujął ją za nadgarstek, gładząc delikatnie kciukiem jej dłoń. – Popełniłem błędy, będąc zaślepiony własnymi marzeniami i egoizmem – Kącik ust mu drgnął. – Ale jakby nie patrzeć doprowadziło to nas do tego momentu. I szczerze to tego nie żałuję – Spojrzał jej prosto w oczy.
    Mira rozluźniła się i skinęła głową. Nie musiał nic więcej mówić. Doskonale zrozumiała z tych kilku słów, o co mu chodziło.
– Ważne, że jesteś w domu – uznała.
– Zmieniając temat, to jak idą twoje projekty? – spytał i podniósł kubek z kawą, upijając kilka łyków.
– Mój promotor już mi niemal wisi na głowie, choć są prawie skończone i zostało jeszcze półtora miesiąca – westchnęła. – W ogóle to dobrze mówiłeś, że pan Lavell wymaga absolutnej perfekcji, zwłaszcza we wtorek, kiedy...
    Dobre pół godziny upłynęło im na rozmowie, podczas której uzupełniali informacje o sobie z minionego tygodnia lub poruszali zwyczajne tematy (choć o Ace’ie Mira kamiennie milczała, ale Fermin zanotował sobie w umyśle, by się temu przyjrzeć), ciągle naprawiając ich dawną więź. Keith przez cały czas czuł to przyjemne rozluźnienie, aż do czasu gdy Mira udała się do łazienki wziąć prysznic. Sięgnął po swój laptop i wtedy coś jakby zaswędziało go w umyśle. Czegoś brakowało. Zmarszczył brwi. O czymś zapomniał.
    Przez chwilę wpatrywał się uważnie w laptop, aż zaświeciła mu się lampka. Komunikator! Podniósł się i wyciągnął z kieszeni płaszcza zapasowy, bowiem oryginał ciągle miał Grav i wybrał jego numer.
– Mistrzu! – powitał go głos Gusa po zaledwie jednym sygnale.
    Przewrócił oczami. Litości, minął już rok, a Grav ciągle nie umiał przestać go tak nazywać. Z jednej strony łechtało to jego ego, lecz z drugiej inni ludzie w laboratorium robili dziwnie miny i doskonale wiedział, o czym myśleli i wcale mu się to nie podobało.
– I co powiedziała, Gus? – spytał prosto z mostu.
– Emm – Grav się zawahał.
    Kurwa. Wiedział, co oznaczała ta przerwa u Gusa. Szukał jakiś ładnych słów, by przypadkiem go nie zdenerwować. Czyli Jess coś zrobiła. Oczywiście. Nie umiała usiedzieć na dupie, tylko zaraz się gdzieś rwała, puszczając wszelkie przestrogi uszami. Zacisnął palce na przegrodzie nosa. Całe uczucie rozluźnienia i spokoju w sekundę z niego uleciało.
– Nie szukaj eufemizmów, Gus, tylko mów, co się dzieje – zażądał ostro, czując, że zaczyna go brać szlag.
– No ogólnie to odebrała Akane.
     Brwi Keitha podjechały pod czoło. Wspaniale. Jeszcze brakowało mu tej idiotki do kolekcji.
– Na Neathii toczy lub toczyła się bitwa z tym Zgromadzeniem Dwunastu i Jess nie miała jak odebrać, ale potem oddzwoni – zrelacjonował Gus. – Powiedziałem o Reiko i tym zestawie bojowym.
    Walić fakt, że cholera powinna się trzymać z daleka od otwartej walki. Ta wersja od Akane coś była za prosta. Na pewno czegoś nie dopowiedziała. Był o tym przekonany. W końcu Japonka podałaby mu herbatę doprawioną cyjankiem i nawet przy tym nie mrugnęła, więc powiedzenie mu prawdy stawało na równi z niemożliwym. Ale skoro Jess ma dziś oddzwonić, to dobrze, on poczeka i wydusi z tej cholery prawdę.
– Dzięki, Gus – odparł. – Oczekiwałem dłuższych relacji, ale widać nie są mi dane.
– Nie ma sprawy, mistrzu. I emmm...wszystko dobrze? Brzmisz trochę dziwnie...
– Wszystko w jak najlepszym porządku, Gus. Za chwilę przyjdę po mój komunikator – pożegnał się szybko i rozłączył.
    W rzeczywistości najchętniej kogoś by udusił. Brew już mu drgnęła kilka razy w nerwowym tiku. Tylko czego on się spodziewał? Jessica to Jessica, a w połączeniu z Danem Kuso stanowiło to przepis na katastrofę absolutną.
    Następnym razem po prostu przykuje ją do siebie i będzie po problemie.


****


– Nie, nie dam się tak łatwo przekonać! Ren powinien być tu z nami! – Dan wydął policzki, machając rękami dla podkreślenia swoich słów.
    Jego kłótnia z Fabią ciągnęła się już do dziesięciu minut. Powodem był fakt, gdyż w trzeciej osłonie – druga zrobiła w końcu salut – zamontowano barierę genetyczną, więc Gundalianin nie mógł przejść i pozostał na pustkowiu. Oczywiście nie spodobało się to Kuso, co wywołało ową dyskusję.
– Jakie niby mamy gwarancje, że nas nie zdradzi? – żachnęła się Sheen. – Że to nie pułapka? Już raz daliście się złapać, mam ci przypominać?
– Ale teraz jest inaczej! Przeciwstawił się Barodiusowi! Ocalił mi i Jess życie. Wiem, co widziałem! Ren się zmienił, prawda Jessie?! – Rzucił na mnie błagalne spojrzenie, szukając pomocy.
   Odchrząknęłam. Moje gardło przypominało papier ścierny. Niech szybko kończą, bym mogła się napić.
– To prawda, Krawler nam pomógł – Pokiwałam głową i spojrzałam na wyraźnie wyprowadzoną z równowagi Fabią, która zacisnęła mocniej szczęki. Nie lubiłyśmy się i nie ufałyśmy sobie, więc byłam marnym pomocnikiem, ale no cóż. – Barodius nie wyglądał, by to planował, dlatego myślę, że Ren zrobił to z własnej woli. Ponadto przydałby się nam ktoś obyty w tamtych terenach.
    Dan westchnął z ulgą, lecz Fabia potrząsnęła gwałtownie głową. Grzywka opadła jej na oczy.
– To ciągle Gundalianin – powiedziała zimnym głosem i zacisnęła pięści. – Oni na nas napadli. Ren był bliskim podwładnym cesarza. Nie pozwolę mu postawić stopy w tym pałacu!
– Fabia, błagam, przecież on tam może zginąć – odezwał się lekko drżącym głosem Marucho. – Jest możliwość, że Zgromadzenie Dwunastu wróci, a wtedy będzie łatwym celem.
    Twarz Fabii w ułamku sekundy zmieniła się z pełnej furii na pobladłą. Przełknęła ślinę i z lekkim świstem wciągnęła powietrze. Oczy jakby jej się zaszkliły. Zmarszczyłam brwi. Co się stało?
– Fabia... – Królowa Serena podniosła się z tronu.
– Nie – odparła Fabia stanowczym tonem. Zadrżała lekko. – To moja ostateczna decyzja. Wy naprawdę nie macie pojęcia do czego... – Głos jej się nieco załamał. Zaczerpnęła łapczywie powietrza. – Gundalianie są zdolni.
    Ledwo wypowiedziała te słowa, obróciła się na pięcie i wypadła z sali tronowej. Strażnicy szybko odskoczyli, by nie zostać staranowanymi.
– Czekaj, Fabia! – Dan już miał biec, gdy znów rozległ się głos Sereny.
– Nie, pozostańcie tutaj – Królowa westchnęła, znów siadając. – Fabia musi się uspokoić, a ja wam coś wyjaśnić.
    Odwróciliśmy się jak jeden mąż w jej stronę. Nawet Aki, która podczas kłótni wodziła dookoła niewidzącym wzrokiem, wróciła do rzeczywistości. Neathianka ułożyła dłonie na kolanach, a jej twarz spochmurniała. Atmosfera zgęstniała.
– To oczywiste, że każdy Neathianin żywi urazę do Gundalii. To nasi agresorzy – zaczęła. – Jednak powody Fabii są dużo głębsze i bardziej osobiste – Odetchnęła. – Moja siostra była zaręczona.
    Usłyszałam głuche uderzenie serca, po czym zimno rozchodzące się od dołu brzucha. Shiena ścisnęła mnie lekko za dłoń.
– Nazywał się Jin i był jednym z dowódców naszej armii. Na początku inwazji zginął podczas bitwy z Kazariną.
    Nikt się nie odezwał, choć Dan wyraźnie pobladł, a reszta wyraźnie się spięła.
– Oczywiście załamało to Fabię, ale była jeszcze jedna rzecz – Serena spojrzała na Drago siedzącego na ramieniu Dana. Choć jej twarz była poważna, to w kącikach oczach gościł smutek i żal. – Aranaut. Bakugan Jina. Został zabrany przez Kazarinę do swojego laboratorium i poddany jej wymyślnym torturom, w skutek czego stracił pamięć o nim. Fabia pomimo mego zakazu wdarła się do gundaliańskiego pałacu i go uratowała. Jako pamiątkę. Wspomnienie Jina. Jedyne, co po nim pozostało.
    Kamienna maska na moment pękła i królowa ukryła twarz dłoniach. Nie rozpłakała się, lecz ból odbity na jej twarzy był wystarczająco rozdzierający. Mimo ogromnego kryształowego tronu, bogatych szat i korony głowie przypominała teraz bardziej kobietę przybitą okrucieństwem wojny niż dumną królową. Szybko jednak się pozbierała i znów przybrała neutralną minę.
– Dlatego proszę was o zrozumienie, jak ciężko jest teraz Fabii. Ona potrzebuje czasu.
– Rozumiem...My...ja nie wiedzieliśmy – wydusił Dan.
– To oczywiste – Serena skinęła głową. – Teraz proszę, idźcie wypocząć. To był ciężki dzień.
    Bez słowa opuściliśmy pomieszczenie. Przełknęłam znów ślinę, tym razem oprócz tarcia czując też ucisk. Nie zrozumcie mnie źle, opowieść Sereny nie sprawiła, że z miejsca pokochałam Fabię. Daleko od tego. Ale...
   Spuściłam wzrok. Dłonie mi lekko drżały.
    Doskonale rozumiałam część jej uczuć.
– Będę musiał porozmawiać z Fabią – stwierdził Dan.
– Powinieneś dać jej czas – wtrącił Shun. – Ciągle jest wstrząśnięta i pewnie chce spokoju.
– Za kogo ty mnie masz? – Kuso się obruszył. – Wiadomo, że...
– Jesteś łbem, Kuso, więc lepiej było się upewnić – ucięła go Aki.
    Spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.
– W sumie to dawno nie słyszałem wyzwisk od ciebie.
– Och, tęskniłeś?
– Jasne, każdy marzy o byciu twoim workiem treningowym.
– Spokojnie, skoro pewnie spędzimy jeszcze dużo czasu razem, to zobaczę, kim poza spierdo...
– Dość – mruknęła Jane i trzepnęła Akane w łepetynę. – Jak chcecie się wyzywać, to proszę bardzo, ale gdzieś na uboczu, bo mi głowa pęka po tym dniu.
– Psujesz zabawę, Jane – chan – Akane wydęła usta. – Ach! Kurwa, zapomniałam! Jess!
    Jej słowa od razu mnie zaalarmowały, bo to nigdy nie zapowiadały niczego dobrego. Japonka wygrzebała z kieszeni kurtki komunikator i wręczyła mi.
– Spectra dzwonił – oznajmiła. – Znaczy Gus, ale i tak kazał oddzwonić. Bo tam powiedziałam, że no bitwa, ty walczysz i nie możesz.
    Moja mina przywodziła na myśl, jakbym trzymała w dłoni bombę. I zasadniczo to pasowało, bo już czułam tą radość Spectry na wieść, że sobie walczyłam, choć on kazał mi się nie wychylać. Ciekawe czy na Vestalii robią ładne pogrzeby?
    Ciągle zagapiona w narzędzie nieszczęścia, nawet nie usłyszałam sugestywnego komentarza Dana, cytuję „ Spectra nawet tak często nie chciał mojego Drago, co dzwoni do Jess” ani nie ujrzałam, jak Akane zmierza na niego z pięściami, gdy doczepił się Gusa.
– Jak tak pomyślę, to już podczas Zenohelda wydawałaś się nim zainteresowana.
– Ty chyba straciłeś resztki swojego orzeszkowego mózgu, Kuso – warknęła Aki, biorąc zamach.
    Czy do ciosu w mordę doszło, to nie wiedziałam. Bowiem ruszyłam tępo do swojego pokoju. Ledwo udało mi się uniknąć śmierci od bakugana, to czekał mnie Spectra.
   Niech ten dzień się już skończy, bo serio zejdę, ale za stresu.


****


       Małe westchnienie ulgi wydostało się z ust Fabii, kiedy w swojej neathiańskiej formie padła na łóżko. Biała sukienka stanowiła cudowną i wygodniejszą odmianę od ciasnego munduru, co pozwoliło jej na swobodne rozłożenie się na całym materacu.
    Całe zmęczenie delikatnie zelżało, ale ciągle czuła złość.
– Księżniczko, jesteś pewna swojej decyzji? – spytał Aranaut i przycupnął na podłokietniku.
    Zerknęła na niego i znów ścisnęło ją serce. On nie pamiętał i chwilami tego mu zazdrościła. Wtuliła nos w poduszkę.
– Aranaut, ja mu nie zaufam – Zacisnęła dłoń na prześcieradle. – To Gundalianin.
– Jednak Dan mówił, że się zmienił. Porzucił Barodiusa. Może być dla nas naprawdę cennym sojusznikiem.
    Przymknęła powieki. Nawet jeśli to zrobił, to czy będzie umiała pozbyć się tego dręczącego kłucia w sercu? Spojrzeć Krawlerowi w twarz i nie zechcieć mu w nią napluć? Bo problem nie było to, komu służył. Nie. Problemem było to, kim był.
    Choć wiedziała, że nie wszyscy Gundalianie robią to z własnej woli i są jedynie wykorzystywani przez władcę, to jakaś mroczna część jej duszy widziała ich jako potwory, które zasługiwały na zniknięcie. Na jej nienawiść. Za te wszystkie krzywdy. Za zrozpaczone twarze, zniszczone miasta, odebrane życia. 
   Jin...
    Nabrała powietrza. Co powinna zrobić? Jaka decyzja będzie najlepsza, a zarazem nie rozedrze jej na kawałki?
– Pamiętaj, że zawsze będę cię wspierał – szepnął Aranaut.
    Mówisz tak jak twój poprzedni wojownik, pomyślała, z trudem opanowując płacz. Podniosła się i wyszła z pokoju na balkon widokowy. Promienie zachodzącego słońca padały na balustradę, tworząc długie cienie na podłodze. Rozejrzała się. Było tak spokojnie i przyjemnie, że aż ciężko było uwierzyć, że zaledwie godzinę temu toczyła bitwę ze Zgromadzeniem Dwunastu.
    Odchyliła rękaw sukni i kliknęła w zegarek. Wizerunek Jina od razu pojawił się przed nią. Łagodny uśmiech i ciepłe spojrzenie zatrzymane na wieczność w czasie. Łzy same zebrały jej się w kącikach.
– Chyba pierwszy raz coś o tobie rozumiem.
    W pierwszej sekundzie myślała, że to Heather, gdy przypomniała sobie, że to zdrajczyni. Wyłączyła obraz i spojrzała na bok. Jakim cudem nie usłyszała kroków księżniczki Vestalii?
    Zmarszczyła brwi. Dziewczyna jasno powiedziała jej na początku, że nie powinny wchodzić sobie w drogę i tak było do tej pory. Więc czemu nagle przyszła tu do niej?
– O czym mówisz? – spytała niepewnie.
– O tym – Wskazała na jej zegarek. – Twoja siostra opowiedziała nam, co się stało.
– Och – Tyle zdołała z siebie wydusić. – Więc ty...  – Zamrugała gwałtownie, urywając zdanie.
    Zaraz, przecież Jessica przybyła tutaj z tym Vestalianinem. Może wyciągnęła zbyt pochopne wnioski? Choć wyglądali na bliskich sobie...
    Jess oparła się o balustradę koło niej. Wiatr rozwiał jej włosy, odsłaniając znak Darkusa na ramieniu.
– Ja i Spectra jesteśmy razem – powiedziała spokojnie. – To się stało wcześniej. I choć było inaczej, to rozumiem, że nie chcesz wybaczenia, lecz zemsty.
– Nie – Potrząsnęła głową. – Nie chcę tego czuć. Nie powinnam tego czuć. Bo... – Słowa uwięzły jej w gardle.
    Bo nie chcę stać się jak oni.
– Nie dostrzegam nic złego w złości – Jessie wzruszyła ramionami. – Ale to fakt, że potrafi oślepić i zniszczyć – Pokiwała głową.
– Czego ode mnie chcesz, Jessie? – westchnęła. – Nawet jeśli wiesz, co czuję, to to już jest za tobą, a ja ciągle się z tym mierzę.
– Dan mówił prawdę o Renie – rzuciła dziewczyna jakby w przestrzeń, po czym odwróciła się przodem do niej. – Jesteśmy inne. Mamy inne spojrzenie na świat i system wartości. Ale to nas łączy. Ból straty i jego następstwa.
– I co w związku z tym?
– Dlatego myślę, że wiem, jak ci pomóc. Pragniesz spokoju i pewności, że możesz zasklepić blizny, prawda? Znalezienia komfortu.
   Fabia nie ufała w tym momencie własnemu głosu, więc jedynie skinęła głową.
– Nienawidzisz Gundalian, bo widzisz ich jako morderców i tych, co odbierają. Więc może jeśli udowodnią ci, że też potrafią być dobrzy, że posiadają też inne wartości niż szerzenie chaosu, to uda ci się znaleźć ukojenie? Albo chociaż zmniejszy to twoją nienawiść.
– Skąd wiesz, że to zadziała? – mruknęła, zaciskając lekko pięści. Wiedziała, co dziewczyna przez to sugerowała. Spotkanie z Renem.
– Nie wiem – przyznała dziewczyna. – Ale mam wrażenie, że do pogodzenia się z czyjąś ciemnością, trzeba też dostrzec jego światło. I choćby spróbować ocenić czy jest tego warte. To tyle.
    Jessie odepchnęła się od balustrady. Brązowe kosmyki na sekundę rozsypały się w powietrzu, by opaść na plecy. Twarz miała gładką beż żadnej uniesionej brwi czy innego wyrazu zniesmaczenia lub irytacji.
– Dlaczego? – Zaczęła skubać rękaw sukni. – Dlaczego mi to mówisz?
    Spojrzała na nią przez ramię. W jej wzroku coś ją uderzyło. Zrozumienie.
– Bo przypominasz mnie sprzed 2 lat – rzekła. – I sprzed pół roku – dodała ciszej.
    Odeszła. Płaszcz załopotał, kiedy skręciła i zniknął. Fabia poczuła, jakby na moment opuściły ją siły i opadła całym ciężarem ciała na balustradę. Może ona miała trochę racji? Powinna spróbować?
    Objęła palcami kształt Aranauta.
    Chyba nie zostało jej nic innego.


****

    Fludim wiercił mi dziurę w głowie przez całą drogę do pokoju. Czy wynikało to z faktu, że chciał mnie opieprzyć za zwlekanie na odpowiedzenie Keithowi, tego nie wiedziałam. Ale zaczęło mnie to nieco irytować.
– Mam coś na twarzy? – westchnęłam, patrząc na niego z ukosa.
– Patrzę czy to na pewno ty.
    Podniosłam brew.
– Co to niby ma znaczyć?
– Wreszcie porozmawiałaś z kimś jak dorosła! Bez głupot czy jakiegoś zbędnego zbaczania z tematu! I to spokojnie! – wyrzucił z siebie, wyglądając na szczęśliwego
    Przejechałam dłonią po twarzy. Dawno mu się w sumie nie włączył tryb dumnej matki kwoki.
– Dlatego właśnie się zastawiam czy to przez to, że za mocno się uderzyłaś, jak spadłaś z pojazdu Drago czy ktoś cię podmienił.
    Ahhh, no tak. Tego też nie mogło zabraknąć.
– Chyba najwyższy czas, bym użyła na tobie super glue – stwierdziłam zimno.
– No co? To odbiega od rutyny!
– Nie jestem aż tak głupia, by nie przeprowadzić rozmowy, ty nadopiekuńcza kulko – sarknęłam.
– Brzmi to nieco ironicznie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że szybciej pogadałaś z Fabią niż swoim boyem – powiedział, pusząc się dumnie.
    Zagięłam palce w szpony, zastanawiając się czy zdołam go udusić samym wskazującym. Westchnęłam. Jednakże maruda miała rację, im dłużej będę zwlekała, tym większa szansa, że Spectra tu przyleci, a wtedy chroń się panie, nic mnie nie uratuje.
   Padłam plackiem na łóżko i wybrałam numer Spectry. Kurna, ostatnimi czasami coś często to robię, czyżby nasza relacja ewoluowała?
    Pomińmy milczeniem z jakiego powodu najczęściej nasze rozmowy się toczyły.
    Jeden sygnał. Drugi sygnał. Trzeci sygnał. Zmrużyłam powieki. Znając życie i jego, to pewnie teraz siedział w laboratorium i ani mu się śniło odbierać.
– Łaskawie dzwonisz – odezwał się nagle. Drgnęłam zaskoczona.
– Gus mówił, bym oddzwoniła, więc to robię – westchnęłam. – A ty zawsze wesoły od rana jak zawsze
– Miło się walczyło? – spytał ironicznie, ignorując przytyk. – Zwłaszcza, gdy miałaś się nie wychylać?
– Owszem, atrakcje były niesamowite – zgodziłam się, gdyż to była prawda. Nie codziennie włóczy się po nocy w lesie z morderczymi roślinami, a potem wpada na władcę wrogiej planety!
– Czemu Akane miała twój komunikator?
– A czemu by nie?
– Trochę to dziwne, nie sądzisz? Po cholerę miała go brać, jeśli ty zapomniałaś?
– Bo wyczuła, że zechcesz mi truć łeb, a gdyby nikt nie odebrał, to byłbyś jeszcze bardziej podejrzliwy.
– Ja jestem podejrzliwy? Mam do tego jakieś powody?
    Wywróciłam oczami. Kpina niemal sączyła się przez komunikator, bo Spectra się wyśmienicie bawił. Wystarczyło jedno złe słowo i już nabijał kogoś na widelec. Normalnie to wspaniała umiejętność na wrogów, ale czemu ja musiałam padać tego ofiarą?
– Absolutnie nie, ale zapomniałam, że lubisz się bawić w nadopiekuńcza nianię – warknęłam.
– Zrobiłaś coś z Danem, prawda?
– Czy to zazdrość?
– Co? – spytał. Wreszcie udało mi się go zbić z pantałyku! – Jeszcze czego. Nie, ale to najbardziej logiczna odpowiedź. Wasza dwójka jest nieprzewidywalna.
    Pokiwałam głową, bo tu nie było się z czym sprzeczać. Nikt by nie przewidział tej wajchy w kuchni ani wbicia Barodiusa akurat tam, gdzie byliśmy.
– Zresztą nie wybrałaś wideo, które tak lubisz, bo pewnie twój wygląd budzi wątpliwości – dodał.
    Zerwałam się do siadu i zaczęłam oglądać uważnie komunikator. Tu są jakieś kamerki na styl lustr weneckich, że ja nic nie widzę, a ten gnój wszystko?! Jak nic nie dostrzegłam mym sokolim wzorkiem, to zaczęłam się rozglądać po pokoju. W sumie to by mnie nie zdziwiło, to był Spectra. No i nie włączę teraz wideo, bo mowy nie było, bym zdążyła pozbyć się liści z włosów, drobnych zadrapań i błota w przeciągu kilku sekund.
– A twój brak odpowiedzi wszystko potwierdza.
– Dobrze się bawisz, co? – syknęłam. – A co jeśli powiem, że wszystkie twoje wnioski są błędne i jesteś zwyczajnie nadopiekuńczy?
– Cóż, na chwilę obecną będę zmuszony ci uwierzyć.
   Ta, ta, a Akane wyzna Gusowi miłość. Kpił sobie dalej w najlepsze. Wypuściłam ciężko powietrze.
– I tak jesteś panikującą matką – burknęłam. – Ale no dobra. Spotkaliśmy Barodiusa.
– Ja pierdolę – mruknął.
   Zagryzłam wargę, by nie parsknąć śmiechem. Keith rzadko przeklinał, także to było spore osiągnięcie.
– Ale nic takiego się nie stało – dodałam. – W sumie to Ren z nim walczył i użył tych mocy Linhelata, przez co tamten dziad spieprzył.
– Jakich mocy? – zainteresował się gwałtownie Spectra.
– Jakiś zakazanych – wzruszyłam ramionami. – Potężne są, bo wszyscy Gundalianie się wycofali i zmiotło drugą osłonę.
– Hmmm – zastanowił się. – Coś jak te Tytana?
    Poczułam gwałtowny skurcz w żołądku.
– Wątpię, musiałbyś spytać sę Reiko.
– Właśnie problem w tym, że od dawna nie wychodzi ze swojej komnaty. Nie mówiła ci nic przed odjazdem?
– Nie, zachowywała się normalnie jak na swoje standardy. Myślisz, że to sprawka Tytana? – zaniepokoiłam się. Brakowało mi tej kreatury do pełni szczęścia.
– Pojęcia nie mam, ale wolę powiadomić twojego brata
– Dobra – Skinęłam głową.
– Poza tym tak jak mówił Gus przesłałem ci nowszy model zestawu bojowego – ciągnął. – Tylko tym razem go przetestuj, nie wal na oślep.
– Dobrze, dobrze, zapamiętam.
   Nagle się spostrzegłam, że to jedna z naszych najdłuższych rozmów tak przez komunikator. Czyżbym zaczęła zmiękczać Spectrę Phantoma? Ha, klękajcie narody, jeśli dokończę swojego dzieła, to...
– Muszę kończyć, więc postaraj się niczego nie zniweczyć – powiedział, niszcząc piękne wizje przyszłości.
– Okej, miej oko na Reiko.
    Pożegnaliśmy się, po czym zdecydowałam się wreszcie ogarnąć swój wygląd. Wyciągnęłam z pękatej szafy koszulkę i sportowe szorty i udałam się łazienki. Ciekawe, czy uda mi się rozczesać ten kołtun bez wołania na pomoc Aki?
    Po około dwudziestu minutach, już byłam umyta, lecz toczyłam nierówną walkę z włosami. Lewa strona poszła gładko, jednak prawa nie chciała się poddać. Kurwa, Aki miała rację, żeby brać te olejki do włosów. Oj głupia ty Jessica, oj głupia.
   Wtem drzwi od łazienki walnęły o ścianę i otumaniona zostałam wyciągnięta przez radosnego Dana z pokoju. Rzucał jakimiś okrzykami i gestykulował ożywczo, strącając jakąś wazę, ale kto by się tam przejmował.
– Jeny, Dan, o co chodzi?
   Niemal wrzucił mnie do Sali tronowej i jak w memie zaprezentował mi Rena stojącego w stroju Rycerzy Królewskich.
– Ren do nas dołączył! – wykrzyknął, szczerząc zęby.
– Hej – Krawler uśmiechnął się niepewnie.
   Skinęłam głową i zerknęłam na Fabię. Ta wykonała jakiś dziwny gest ni to ukłon ni dygnięcie chyba jako znak podziękowania.
    Chyba powoli zaczęło się układać.
  
   



 Nic nie poradzę na robienie soft!Spectry przy Mirze czy Jess, i'm sorry not sorry XDDD Ale spokojnie on jeszcze dowali w tej części, bo teraz lecimy moim rytmem. Coś próbowałam Fabię ukazać, możliwe, że nędznie wyszło, but it is what it isss. Czy jej rozmowa z Jess wyszła, to też nie wiem XD Ogólnie miłość Spectry do Akane bije po oczach i vice versa, no i przydałoby się coś więcej o Gusie i Kenjim popisać. Generalnie długi rozdział znów. No.
Odmeldowuje się!


niedziela, 19 lipca 2020

S2 Rozdział 44: Kiedy wszystko chce cię zabić.


    Gdyby Akane miała opisać wszystko, co wydarzyło się do tej pory jednym słowem, byłby nim chaos. W jednej sekundzie spała spokojnie owinięta kołderką, w drugiej potrząsała nią Shiena, gdy wokół brzęczał alarm, natomiast w trzeciej uświadomiła sobie, że Jess i Dana gdzieś wywiało.
   Potem wcale nie było lepiej. Ledwo świtało, ona musiała się bić z paskiem do spodni, by chociaż wyglądać jak człowiek, a jeszcze będzie zmuszona walczyć z bandą świrów. Litości trochę, ten harmonogram nie był nieco za bardzo zapchany?!
– Ty się lepiej trzymaj, by nie spaść – mruknął Leaus.
– Dam raadę – ziewnęła i wrzuciła zestaw bojowy Fludima do kieszeni z zamiarem dania go dziewczynie, jak ją znajdzie. – Gdzie do cholery poszli Dan i Jess?
– Ich duo jest minimalnie lepsze od ciebie z Jessie, ale i tak pewnie zrobili coś idiotycznego.
    Akane pokazała mu język, wydymając policzki. Nie zmieniało to faktu, że była zaniepokojona. Ani Shiena ani Marucho krzyczący przez bakumetr nic o nich nie wspomnieli. Więc gdzie byli?
    Gdy udało im się wylecieć z porannej mgły, wylądowali na murze koło Fabii i Aranauta. Naprzeciwko nich unosiły się cztery gundaliańskie statki. Zarówno księżniczka Neathii jak i Elright wpatrywali się w nie pobladli.
– Przybyło niemal całe Zgromadzenie Dwunastu – wyszeptała dziewczyna.
    Jak na zawołanie pojawiły się cztery jasne sylwetki, które uformowały się w Gundalian. Akane nie mogła powstrzymać nerwowego gestu podrapania się po karku, gdy dokładnie naprzeciwko niej pojawiła się Kazarina. Cóż... Gundalianka z pewnością za nią nie przepadała.
– Pamiętajcie, żeby przynieść chwałę cesarzowi swoimi zwycięstwami! – krzyknął ochrypłym głosem Gill, nim wraz z bakuganem wznieśli się ku niebu.
– Och, to cesarz tu przybył – zachichotał Stoica.
    Akane od razu spojrzała przez ramię na Shienę. Choć wolałyby, żeby to była nieprawda, to doskonale zdawały sobie sprawę, że Jess po ludzko farta nie miała. Więc skoro ani Barodiusa nie było tutaj, to musieli być razem. A to oznaczało...
   Nagle coś gorącego świsnęło koło ucha Aki, a Leaus odskoczył, przyjmując pozę obronną.
– Nie odpływajcie, moje drogie – ostry głos Kazariny oderwał je od rozmyślań. – Chyba nie myślałyście, że zapomniałam o was? – Zmrużyła oczy, uśmiechając się groźnie.


****

    Taki sam jeśli nie większy chaos panował teraz w głowie Rena. Wydarzenia ostatniego dnia i jego przeszłość przeskakiwały mu przed oczami jak w szalonym kalejdoskopie. W jednej chwili znów znajdował się w Podziemiach pogrążony w niekończącej się ciemności, aby sekundę później znów wpatrywać się w spokojną twarz Sida, nim pochłonął go mrok głębokiej przepaści.
   Zacisnął mocniej dłoń wokół Rubanoida. Ciemność. Wszędzie ciemność. Czy ona naprawdę nigdy go nie opuści? Na zawsze będzie nią oznaczony wręcz splamiony?
„Takie jest twoje przeznaczenie”
    Zdusił ciche warknięcie. Nienawidził tej sentencji z pasją. Dlaczego ktoś o nim zadecydował za niego? Czemu nie mógł podejmować swoich własnych wyborów?
– Ren, odsuń się – głos Barodiusa dobiegał gdzieś z oddali.
    Mimo to skinął posłusznie głową i odsunął się. Pamiętał z jego wczorajszej rozmowy z władcą, jak Kazarina oznajmiła skończenie swoich prac nad Egzokorem. Spojrzał na Dana, który z płonącymi oczami wpatrywał się w Barodiusa.
„Ren, okłamujesz samego siebie. Wcale tego nie chcesz.”
    Westchnął cicho. Jego pragnienia i uczucia nie miay teraz żadnego znaczenia. Barodius pragnął posłusznego żołnierza, który zawsze będzie stał po jego stronie. Tak też będzie. Bez względu na moralność, przyjaciół i emocje.
    To była jego jedyna szansa na wieczne oglądanie słońca.
    Przełknął ślinę. Gardło miał ściśnięte.
    Prawda?


****

       Jeśli ktoś myślał, że ten Dharak był najgorszym zagrożeniem, tego muszę niemiło zaskoczyć. Kilka sekund po jego pojawieniu ze statku wypadł kolejny bakugan. Znaczy się chyba bakugan lub jakaś maszyna wyglądająca nieco jak skorpion. Połączyła się z Dharakiem, na wskutek czego powstała jakby mała poruszająca się forteca bojowa.
– Emmm, chyba mamy nieco przerąbane? – mruknął Dan.
– Koleś jest potężny – zgodził się Drago.
– No pięknie – westchnął ciężko Fludim, po czym podniósł włócznię. – To co robimy?
– To dobre pytanie – Podrapałam się po nosie. – Ktoś coś?
    Taaa, może i do walki się nadawaliśmy, ale jakiekolwiek plany, to mówiły nam stanowczo nie. Niby była nas dwójka, a ten jeden. No tylko że wyglądał jak czołg. I czego on tu w sumie chciał?
– Przestraszyliście się? – zawołał z góry Barodius, po czym wybuchł śmiechem. – Jeśli zejdziecie mi z drogi, to nic wam się nie stanie.
    Zerknęłam przez ramię. Ach, no tak. Druga osłona. Błysk w oczach Dana powiedział mi, że on też zrozumiał, co było grane. Taki kolos z pewnością mógłby ją zniszczyć.
– Nie damy ci zniszczyć drugiej osłony – wykrzyknął Kuso. – Jess, lepiej będzie osłaniać dwie przestrzenie – mruknął do mnie.
    Zgodziłam się, na co Drago wzbił się do góry.
– Skoro tak mówicie – Gundalianin wyciągnął kartę. – To spróbujcie mnie zatrzymać!  Podmuch Zła!
    Czarne fale ciemności zaczęły pędzić w naszą stronę. Na szczęście przez podział Dharak raz musiał wysyłać je we mnie, a raz w Dana, przez co ich ilość była mniejsza.
– Supermoc aktywacja! Protekcja Ereba!
    Fludim wbił w ziemię włócznię, po czym przekręcił ją w prawo, na co pojawiła się długa rysa, z której wyrósł czarny mur. Fale rozbijały się o nią bezradnie. Dharak warknął wściekle.
– Drago, Fala Cząsteczkowa!
    Czerwona kula ugodziła w bakugana Darkusa, pochłaniając go w balonie światła. Dan uradowany strzelił palcami, ale dla mnie coś za szybko by to poszło. Oczywiście zgadłam, bo po chwili Dharak stał cały i zdrowy.
– Zestaw Bojowy!
   Zaraz, stop, co?! Wytrzeszczyłam oczy. Czy tego gościa pojebało? Jego bakugan już wyglądał jak forteca, a ten chce go dalej zbroić? Litości, czy to nie lekka przesada? Ja się tak bardzo do grobu nie śpieszę, mam jeszcze weselę do zaliczenia!
   Akurat zestawem bojowym okazały się małe skrzydełka, więc było git. I szybko przestało być git, kiedy wokół nich zaczęło zbierać się mnóstwo fioletowych kul. Bakugan uśmiechnął się radośnie, gdy jego ciało objął blask.
– Powodzenia z tym Drago!
    W sekundę kulę zmieniły się w strumienie Darkusa uderzające w każdy możliwy punkt. Pierścień ognia zbliżał się coraz bardziej do nas. O kurwa, było zachować protekcję na teraz. Nie zdążyłam sięgnąć po karty, gdy deszcz pocisków uderzył również w nas. Zamknęłam oczy, by czasem nie oślepnąć, a Fludim próbował odbijać je swoją włócznią.
   Uderzenie. Wiatr. Odłamki skał. Poczułam, jak gwałtownie lecę w prawo, gdy Fludim padł na kolana, dysząc ciężko.
– Dan! – krzyknęłam, krztusząc się od dymu.
– Jestem cały! – odparł.
    On i Drago wcale nie byli w lepszym stanie niż my. Drago przyjął porządną salwę, przez co uderzył w skały i teraz wszystkie jego mięśnie dygotały, gdy próbował wstać. Jeśli tak dalej pójdzie, to przegramy, a druga osłona będzie miała przejebane. No my też, ale w tym nie było nic nowego.
– Ren! – Dan podniósł się i podszedł kawałek skalnej półki, gdzie stał Krawler. – Naprawdę zamierzasz pozwolić, by Barodius dalej się tobą bawił? Widziałeś, co zrobił Sidowi! Skąd możesz wiedzieć, że nie będziesz następny?!
    Ren zacisnął mocno wargi, aż mu zbielały i odwrócił głowę. Ale nie na nim się skupiałam. Barodius zmarszczył brwi, a po jego prawej dłoni zaczęły skakać purpurowe iskry. Przybywało ich i przybywało, aż niemal zakryły całą rękę. Wtedy Gundalianin szybkim ruchem nadgarstka już chciał wystrzelić, gdy przed Danem przywołałam barierę.
– Nie radziłabym – ostrzegłam, nad drugą dłonią formując kulę.
    Oczy Barodiusa rozszerzyły się lekko, po czym jego usta rozciągnęły w uśmiechu. Iskry zniknęły. Przyłożył dłoń do szczęki i kciukiem potarł brodę.
– Czyli moi podwładni mówili prawdę – powiedział spokojnie. – Władasz czymś kłopotliwym dla nas. Hmmm. Dharak! – Wskazał na mnie i Fludima, który dalej próbował się pozbierać. – Najpierw załatw ich!
    I tak to już było, kiedy chciało się tylko obronić przyjaciela. Zawsze dostawało się po dupie!


****

     Akane była akurat w trakcie mocnego ściskania szyi Leausa, gdy ten robił beczki między strumieniami laserów, gdy coś zaczęło wibrować w jej kieszeni. W pierwszym momencie nawet nie zwróciła na to uwagi, gdyż leciała głową w dół i zaklinała los, by nie skręcić karku. Jednak kiedy Shun przejął walkę z Lumagrowlem, to mogła odetchnąć i je poczuła.
– Co do cholery? – mruknęła i jedną ręką sięgnęła do kieszeni, natomiast drugą użyła karty. – Leaus, Nawałnica!
    Bakugany tych ze Zgromadzenia były silne, więc wtedy nie była na tyle bezmyślna, by odwracać wzrok. Jednak te pomniejsze płotki dało się łatwo zmieść jednym ciosem, dlatego wyciągnęła komunikator Jess, który też zabrała z jej pokoju. Połączenie od Spectry. Hmmm.
    Ułożyła usta w dzióbek. Czego ten maszkaron chciał? Nie chciała za bardzo słuchać jego głosu i czuć tej aury zadufanego w sobie gnojka, ale może to było coś ważnego? No bo nikt jej nie wmówi, że ten blond menda poczuła nagle chęć wylewania swoich uczuć do Jess?
– Długo się będziesz nad tym modliła? – warknął Leaus. – Tu się toczy wojna!
    Wywróciła oczami.
– Już nie bądź taką drama queen – Wcisnęła zieloną słuchawkę, ignorując odgryzienie się bakugana. – Czego, ty przebrzydła kreaturo? Tu Akane, jakbyś się nie zorientował.
– Zauważyłem po pierwszym zdaniu – zamiast znienawidzonego chłodnego tonu powitał ją lekko zdziwiony baryton Gusa.
   Zamrugała szybko kilka razy, próbując przetworzyć informacje. Grav? Skąd on tu? Czy Jess zapisała go jako Spectrę? Ale po co? Czy może jednak niebieski trans sypiał z Phantomem i stąd miał dostęp do jego telefonu? Nie, bez sensu, wtedy nie dzwoniłby do Jess, chyba że zechciałby umrzeć najgorszą z możliwych śmierci.
    I dlaczego znów on? Może to był jakiś kolejny plan Spectry, by jej truć życie? Obserwuje ją i tylko czekał, by móc jej dopiec rozmową z cholernym Gusem. Zacisnęła zęby. Cholernik jeden
    Pewnie stan absolutnego ogłupienia trwałby dłużej, gdyby Airzel nie obrał sobie ich na cel po załatwieniu Jake. Wrzask Leausa i nagłe pojawienie się mordy bakugana tuż przed jej twarzą, skutecznie ocknęło Akane.
– Synteza super mocy! Środek Tornada! – krzyknęła i czym prędzej zeskoczyła na ziemię, kiedy bakugany otoczyła powietrzna ściana.
– Akane, co się dzieje? – krzyczał w słuchawce Gus.
– A nic, tylko lekka wojna – odparła sztucznie słodkim głosem. – Co jest?
– Gdzie Jess?
    Już miała odpowiedzieć, lecz ugryzła się w język. Jak powie, że ją zgubili, to miała jak w banku, że Spectra tu przyleci. Wolała uniknąć oglądania jego mordy, dlatego zdecydowała się na połowicznie prawdziwą odpowiedź.
– Walczy, a ja przypadkiem mam jej komunikator. To o co chodzi?
– Mistrz chciał jej przekazać, że Reiko znów dziwnie się zachowuje. A i przesłał jej udoskonaloną wersję zestawu bojowego na gantleta.
    Brwi Akane podjechały niemal pod czoło. Duszyca nie była niczym dziwnym, to było wiadome, że w końcu coś jej odpierdoli. Ale Spectra coś robił dla kogoś? Co się wydarzyło? Czy w Vestalię pizgnął jakiś meteoryt zmieniający osobowość i nic o tym nie wiedziała? Czy może uderzył się zbyt mocno w głowę? Czego mu, nawiasem mówiąc, życzyła.
– To wspaniale, może skorzysta, jak Gundalianie nam zaraz łbów nie urwą – odparła w końcu. Akurat w tym samym momencie Garra starł się z Lumagrowlem. Ich pazury zabłysły w słońcu. – A co o Reiko?
– Skończysz te towarzyskie pogawędki?! – wyjęczał Leaus, któremu wybitnie nie na rękę było samotne użeranie się z Strikeflierem. Przeciwnik był potężny i dobrze wyszkolony w walce, a ta idiotka urządzała sobie jakieś durne rozmowy!
– Ależ proszę cię bardzo! Karta Otwarcia, Tchnięcie Szu!
    Ciało Leausa stało się jaśniejsze i oplotły go jasne smugi, które szybko zaczęły zasklepiać wszelkie rany i łagodzić palący ból w mięśniach. Bakugan odetchnął z ulgą.
– Super moc...
– Aktywacja! – Akane weszła w słowo Airzelowi. – Gniewny podmuch! No to wracając, co z Reiko? – spytała, uchylając się przed odpryskiem skały. Nie życzyła sobie żadnych skaz na twarzy.
– Po prostu stała się osowiała i nie wychodzi ze swojej komnaty – opisał szybko Gus. – Kiedy skończycie, przekaż Jessie, by oddzwoniła, bo słyszę, że jest niebezpiecznie.
    Chciała odpowiedzieć, że to nic w porównaniu z maszyną Zenka, lecz Gra mówił dalej.
– Uważaj na siebie, Akane. Do zobaczenia.
    Następnie się rozłączył. Akane opuściła rękę z komunikatorem, przez chwilę wpatrując się niewidzącym wzrokiem przed siebie. Nawet nie spostrzegła jak w pobliżu padł Coredem w akompaniamencie zdenerwowanego okrzyku Jake’a. To był tylko niebieski trans i krótka rozmowa. Więc czemu czuła ten dziwny ucisk koło serca?


****

     Streszczając pokrótce wydarzenia, to przeżyłam. Mój bakugan również, choć wrócił do formy kulistej, bo ani ja ani on nie zdołaliśmy powstrzymać następnego ataku Dharaka. Drago wdział zestaw bojowy i przez chwilę myśleliśmy, że może uda nam się pozbyć tego spierdoleńca. Niestety życie to szmata i Drago legł na piachu, a w drugiej osłonie zrobiła się dziura.
    A no i dodatkowo Ren miał nas wykończyć. Moja moc to chuja by zrobiła bazuce Lineharta, a ukryć się w szczerym polu to za bardzo nie było jak. Umrę w podartych dresach i kapciach. Wspaniale. Choć dobra laser spali mnie na proch, nikt nie będzie widział.
   Stopy Lineharta uderzyły o ziemię. Ren stanął przed nim, wpatrując się w nas uważnie. Starał się zachować chłodną maskę spokoju, ale nie był w tym takim mistrzem jak Spectra, więc było widać zdenerwowanie i niepewność.
– Naprawdę Ren? – warknął Dan. – Dalej zamierzasz się go słuchać? Jeśli tak, to proszę bardzo! Strzelaj! – Rozłożył ręce.
– Pojebało cię?! – jęknęłam. – Nie strzelaj! Mnie się do grobu aż tak nie śpieszy, a ty go nie zachęcaj łbie! – Trzepnęłam Dana w tył głowy.
    Ren zamrugał kilka razy, jakby nie dowierzając, co właśnie zobaczył. Biedny, jeszcze się nie przyzwyczaił, że u Wojowników tak już było. Odchrząknął.
– Linehart.
    Bakugan ujął bazookę, celując na nas. Kurna, raz jak by się przydał Tytan i jego szalona moc, to musiał gnić w rdzeniu! O Starożytni, może teraz jakiś ratunek? Za te wszystkie przysługi?!
– To moja decyzja – mruknął Gundalianin.
    Wtem Linehart gwałtownie się odwrócił, a purpurowa smuga ugodziła tuż koło głowy Dharaka.
– Co... – Bakugan potrząsnął głową. – Co ty wyrabiasz, głupcze?!
– Staję po stronie moich przyjaciół – odparł Ren.
    O cholera, to był wyjątkowo szybki awans społeczny, ale niech mu będzie. Nie oberwałam z bazooki, więc liczmy to jako sukces.
– Nigdy nie dasz mi prawdziwej wolności, Barodius – kontynuował Ren. – Dlatego nie będę dla ciebie już walczył!
– Hee – Gundalinin wygiął usta w piranim uśmiechu. Na jego oczy padł cień. – W takim razie poślę cię znów do podziemi. A po zdobyciu Neathii także tych twoich ziemskich przyjaciół.
– O tak, z radością pójdę za jakimś nadętym bufonem – westchnęłam. – Jeszcze nie wygrałeś, więc nie pusz się jak kot na wystawie.
     Spojrzał na mnie niczym na robaka – on i Zenek byliby najlepszymi kumplami, change my mind – i uniósł brew.
– To tylko kwestia kilku chwil – Uniósł rękę. – Dharak!
    Jednak jego bakugan był leniwym śmieciem i oznajmił wszem i wobec, że ma się tym zająć tym Egzokor. Już zaczęłam się zastanawiać, jak ta ruchoma twierdza ma tu zrobić, gdy rozbiła się na trzy mniejsze robociki, którym w dodatku z tułowia wyłoniły się 3 pary odnóży. Na ten widok dostałam dreszczy i tort cofnął mi się do gardła. Obrzydlistwo.
– O fuuu – skrzywił się Dan.
– Widać, że dzieło Kazariny – uznałam.
– Lepiej się cofnijcie – zwrócił się do nas Ren.
    Nawet nie protestowałam, widząc jak te skorpionowo – pajęcze gówna zapierdalają w naszą stronę. Ujęłam Dana pod ramię i zgodnie wycofaliśmy się do najbliższego dużego kamienia.


****

    Jane nigdy nie była nastawiona optymistycznie do życia. Wszak jedną z zasad egzystencji było to, że coś musiało się zjebać. Tak było, jest i będzie aż cały wszechświat trafi szlag.
    Ale takiego pogromu się nie spodziewała. Aranaut oraz Coredem już padli. Akane to trzymała się resztkami sił, lecz Jane nie miała jak jej pomóc, gdyż sama wraz z Marucho była zajęta bitwą przeciwko Stoice. Rudzielec bawił się w najlepsze, natomiast ona czuła coraz większą chęć, by kopnąć go w mordę.
– Oczekiwałem lepszych przeciwników niż kurdupel i jakaś dziewczyna – rzekł tym swoim piskliwym głosem.
– Kogo nazywasz kurduplem?! – oburzył się Marucho, aż okulary zsunęły mu się z nosa.
    Jane jedynie wywróciła oczami, używając kolejnej karty.
– Ulvida, Zdradliwa Powierzchnia!
    Ciało Ulvidy w sekundę zmieniło się w czystą wodą  i z głośnym chlupnięciem złączyło się z jeziorem. Stoica zamrugał kilka razy, po czym wydął policzki.
– No wiesz co? Tak uciekać przede mną?! – wydarł się, wymachując w kółko rękami. – Stawaj do walki.
– Nie bądź taki niecierpliwy.
– Jane – san? – Marucho uniósł brew. – Jaki masz plan?
– Ach, nie przejmuj się tym i atakuj – machnęła ręką.
– Hah! Ten krasnoludek nic mi nie zrobi! – zaśmiał się rudzielec. – Nie lekceważcie mnie tak! – Teraz w jego głosie pobrzmiewała złość.
    Jane westchnęła. Koleś miał wyraźnie problemy z kontrolowaniem emocji. Pstryknęła palcami, ciągle wpatrując się beznamiętnie w oczy Stoicy.
    Kosa Ulvidy zalśniła w słońcu, gdy ugodziła w Lythirusa, nim cała jej postać się wynurzyła. Strumyki wody spływały po jej suchej szacie, rozsiewając wkoło tęczowe refleksy. Stoica zrobił zdziwioną minę, gdy został zepchnięty do defensywy, lecz szybko się uśmiechnął. Lythirus osłonił się szczypcami przed kolejnym cięciem. Na boki sypnęły iskry.
– Akwimos, super moc...
– Nie tak szybko, kurdupelku – Gundalianin pomachał kartą. – Megalo Bariera!
    Siła ataku posłała zarówno Ulvidę i Akwimosa do form kulistych. Jane zagryzła wargę. Garra ugodził o ziemię, a Hawktora zalał deszcz pocisków.
    Poczuła lekki chłód w brzuchu. Przegrali. Naprzeciw nich ciągle stały trzy wrogie bakugany. Z samymi Gundalianami mogliby sobie poradzić siłą fizyczną – lub paralizatorem jak Aki – lecz nie z bakuganami. Oj nie.
– To było takie proste! – Kazarina ruszyła w ich stronę. Jej oczy niebezpiecznie błyszczały, co nie wróżyło niczego dobrego. – Potężni Wojownicy rozłożeni na łopatki!
– Druga osłona jest już nasza – wychrypiał Gill.
    Wtem Jane poczuła gwałtowną falę ciepła. Obejrzała się zdezorientowana. Ziemia pod jej stopami zaczęła drżeć coraz gwałtowniej.
– Co jest? – mruknęła sama do siebie.

   
****

    Ziemia wibrowała, czarne kule rozpryskiwały się nad naszymi głowami, Dharak ryczał wściekle, strumienie supermocy przecinały powietrze. Ogólnie bardzo komfortowa sytuacja, zwłaszcza gdy całą twoją obronę stanowił kamień. No ewentualnie moje tarcze, ale one były niewiele twardsze.
– Co zrobimy, jak w nas trafi? – spytał głupio Dan.
– Pójdziemy zatańczyć z jednorożcami walca – odparłam z ironią. – Oczywiście, że zdechniemy niczym homary wrzucane do gorącej wody.
– Niezbyt kusząca perspektywa.
– Noo, też nie rozumiem, czemu trzeba je wrzucać tam na żywca.
– Chodziło mi o śmierć, idiotko.
– Aaa, to też. Nawet testamentu nie mam, bo mój z telefonu jest nieaktualny.
  Dan pokiwał głową ze zrozumieniem, gdyż ta odpowiedź go nawet nie zdziwiła. Zerknął na naszą kamienną tarczę.
– Teoretycznie możemy je wykuć tutaj, tylko czym?
– Szukaj jakiegoś małego kamienia, może da radę.
    Poszukiwania i tą absurdalną (ale kogo to dziwi) konwersację przerwał Linehart uderzający o ziemię. Ren padł koło niego. Ołł, to musiało zaboleć.
– To by było tyle z testamentu – stwierdziłam, a Dan rzucił się do sprawdzenia co z Krawlerem.
– Ren, stary! – wykrzyknął. – Nie dasz rady sam!
– Muszę! – wycharkał Gundalianin i z pomocą Dana się podniósł. – To nasza walka!
– Dokładnie – zgodził się Linehart.
– Naiwny dzieciaku! – zarechotał Barodius z góry. – Wcześniej myślałem, że będziesz dla mnie dobrym wojownikiem, ale teraz widzę, jaki jesteś bezwartościowy. Nawet nie umiesz wydobyć mocy z Lineharta. Twoje idiotyczne marzenie o życiu w słońcu nigdy się nie spełni, rozumiesz?! Na zawsze pozostaniesz w mroku!
    Zmrużyłam oczy. Nie darzyłam Rena miłością, to było oczywiste, ale ten gościu był tak wkurwiający, że zaczęłam mu współczuć życia pod jego tyranią. On o nic nie dbał poza czubkiem własnego nosa.
– Nie słuchaj go, Ren – odezwał się Linehart.
    Poczułam gorąco takie jak przy mocy, lecz jej nie używałam. Wyraźnie wydobywało się ono z bakugana. Przechyliłam głowę. Co to miało znaczyć?
– Dawałeś mi nadzieję przez te wszystkie lata w podziemiach. Znosiłeś każdą trudność. Teraz pozwól, że ci się odwdzięczę.
    Z każdym słowem bakugana otaczała coraz większa jasność.
– Pamiętaj, Ren. Wydostaniemy się z łańcuchów tego mroku. Pamiętaj!
    Wtedy moc uderzyła. Gwałtowna i surowa fala energii rozprzestrzeniła się w każdą stronę świata. Niewiele myśląc, padłam na ziemię, ciągąc za sobą Dana. Wszystko przed nami się rozmywało, tonąc w jasności. Każdy skrawek ziemi drżał. Miało się wrażenie, że wszystko wypełnia czysta energia, która pulsowała coraz mocniej i mocniej.
    Jak nie nasza głupota i Dharak, to to. Czemu nagle wszystko chciało nas zabić?!
– Co się dzieje? – wydusił Dan, osłaniając twarz przed strugami piasku.
– Linehalt uwolnił zakazane moce! – odparł Drago. – Jeśli nie przestanie, rozerwie wszystko na strzępy!
    Dla mnie to wyglądało, jakby wszystkie żywioły złączyły się w jeden i walczyły w środku o dominację. Nie było początku i końca. Każda fala wyduszała powietrze z płuc i wciskała mocniej w ziemie. Oczy łzawiły od światła. Głosy ginęły w ogłuszającym pulsowaniu.
– PRZESTAŃ! – wrzask Rena poniósł się słabym echem.
    Uderzenie. Nagły bicz sprężonego powietrza ugodził w nas, posyłając kilka metrów dalej. I wtedy nagle energia rozpłynęła się. Otworzyłam szeroko oczy, masując obolałą głowę.
– O matko słodka – wymamrotał Dan, unosząc się na łokciach.
    Rozległ się ryk. Poderwaliśmy głowy, pełni najgorszych obaw i ujrzeliśmy mechanicznego smoka, który po chwili rozpłynął się w kolorowym świetle. Co to było, do cholery?!
– Czy ja mam zwidy, Jess? – szepnął Dan.
– Też bym chciała wiedzieć – westchnęłam.


****

    Z pozytywów to moc Linehalta rozwaliła też Gundalian oraz ich statki, przez co musieli się wycofać. No i Wojownicy oraz laski w końcu nas znaleźli, bo ciężko było nie zauważyć nagłego uderzenia energii. Jednak z negatywów to drugą osłoną wzięła cholera.
– Przepraszam – odezwał się Ren, siedząc na jednym z kamiennych odłamków. – Moja rodzina od wieków musiała strzec bakuganów ciemności. Jednak nie mieliśmy pojęcia, jaką władają mocą. Ale teraz widzę. Dlatego powinienem was zostawić. Tak będzie bezpieczniej.
– To nie twoja wina z tą osłoną, stary – odparł Dan. – Zresztą to niebezpieczne dla ciebie, by być samemu. Mówiłem, że jesteśmy kumplami, więc idziesz z nami, dobra?
– Ale... – Ren wyglądał na zagubionego. – Nawet po tym wszystkim, co zrobiłem? Jak was zdradziłem?
– Teraz ocaliłeś mi i Jess życie, więc nie ma o czym mówić – uśmiechnął się Kuso. Skinęłam głową na potwierdzenie. – W pałacu Neathian będzie ci lepiej. Nie, Fabia?
    Powstrzymałam chęć, by uderzyć się w czoło, bo Dan jako jedyny chyba nie wyczuł wrogiej, delikatnie rzecz ujmując, aury Sheen, gdy patrzyła na Rena. Oczy dziewczyny były zimne, a usta zaciskała w cienką linię. Nie dziwiło mnie, że nienawidziła Gundalian absolutnie.
– Dan... – przełknęła ślinę. Wyprostowała się. – ja mu nie ufam.




No to szybko, rozdział długi, ale zakrył 2 odcinki i nawet nie tak źle się go pisało. Nieco Aki z Gusem, hyhy, troskliwy Keith, Dan i Jess odpierdalają po swojemu. W następnym nieco Vestalii, Fabii i jej kryzysu i myślę, że może coś z Jess, ale kto wie. Generalnie bliżej jak dalej jesteśmy!
Odmeldowuje się!