niedziela, 22 listopada 2020

S2 Rozdział 53: Gorzka prawda i brak kultury

 

    Reiko uniosła dłoń, jednak nie wysunęła się z niej choćby cieniutka nitka mocy. Czuła, jakby w jej środku już wszystko się rozpadło i została sama pustka. Palce zaczęły jej dygotać. Przełknęła głośno ślinę.

   To była ona? To chciała przed samą sobą ukryć? Osunęła się na kolana, czując, jak wstrząsają nią dreszcze. Czyli ta wizja, ta skrwawiona suknia, taka właśnie była?

   Vestalianie mieli rację?

    Młodsza ona wolnym krokiem obeszła martwe ciała, ciągnąc za sobą miecz. Materiał sukni szeleścił, co w wypełnionym grobową ciszą korytarzu brzmiało niczym głośne wystrzały. W końcu odchyliła głowę i zaczęła się śmiać. Głęboki, mroczny ale i pełen bólu śmiech wypełnił każdą szczelinę, każdy atom powietrza.

   Wtedy Reiko go ujrzała. Choć niewyraźnego i osnutego czernią, to mógł być tylko on. Tytan opierał się o jedną z ozdobnych zbroi i z pełnym satysfakcji uśmiechem obserwował scenę.

   Zerwała się na równe nogi.

- Ty! – warknęła.

   Jednak Tytan już zniknął. Reiko łapczywie wciągnęła powietrze, zaciskając pięści Czyli to znów był on? Za każdym razem musiał niszczyć ich rodzinne szczęście, pogrążać w wiecznej otchłani ciemności?

Przychodzę tylko do tych, którzy mają w sobie mrok, wiesz o tym.

   Prychnęła. Same bzdury. Ona miała moc. Dlatego musiała z nim żyć.

   Nagle usłyszała oddalające się kroki. Jej oszalała wersja odchodziła w stronę zachodniego skrzydła. Nie mając wyboru, ruszyła za nią. Serce miała niemal w gardle, patrząc na błyszczące, zbrukane ostrze. Kto jeszcze padł jego ofiarą? Ile krwi przeleje? Zerknęła przez ramię. A ile szkarłatnej posoki już krzepnieje na marmurowych posadzkach?

Nie chcę.

  Zatrzymały się gwałtownie, a młodszą nią wstrząsnął dreszcz. Błękitne wstęgi łasiły do nóg swej władczyni jak smutne pieski, pragnące ją pocieszyć. Miecz upadł na ziemię, a kobieta złapała się za głowę i zgięła w pół.

Dlaczego ja ich zabiłam? – wyszeptała. – Przecież nie tam miało być. Miałam tylko porozmawiać. Zabijanie ono…ono… - Odwróciła się i spojrzała na Reiko. Jednak tym razem jej oczy były przepełnione przerażeniem i bólem. Łzy ciurkiem ciekły po policzkach – udowodniło, że jestem taka, jak mówili.

 Nie! chciała krzyknąć Reiko. Nie było tak. Nie były takie! Przecież były zdolne do miłości, założenia rodziny! Wmówiono im urodzenie się potworem! Nie mogła się temu poddać!

   Lecz jej słowa nie miały tu żadnej siły. Jej moc nawet gdyby mogła się przecknąć, nie mogłaby zniszczyć struktur czasu. Nikt nie był do tego zdolny nawet Starożytności.

   Nagle wyraz twarzy kobiety się zmienił. Przechyliła głowę i przybrała chłodną maskę. Sama moc też zaczęła zmieniać barwę w głębszy, ciemniejszy błękit. Młodsza ona ujęła miecz i podpierając się nim, wstała. Poprawiła koronę i rozłożyła ręce, robiąc obrót w przód.

Ale tak odzyskam dzieci.

   Nie..

   Kobieta machnęła ręką jak batem. Niebieski promień rozsadził trzy kolumny z rzędu, a za nimi kondygnacja schodów. W górę wzbiła się chmura pyłu.

   Nie!

   Pod stopami oszalałej wersji rozpływała się fala energii. Kiedy kobieta przeszła przez wewnętrzny dziedziniec, pstryknęła palcami, a ten eksplodował.

Kazuhiro też mnie zaakceptuje! – wykrzyknęła.

    Reiko oderwała wzrok od walących się kawałków attyk. Mrok korytarza wypełniały strzelające na bok iskry, a moc o barwie głębokiego granatu unosiła się w powietrzu, skręcając się w dowolne kształty, dzieląc na kilka lub łasząc do młodszej Reiko. To oznaczało tylko jedno.

   Moc całkowicie wymknęła się spod kontroli.

 

****

   Wbiłam do sterowni, akurat gdy Niszczyciel wlatywał do Neathii. Pomimo gęstych chmur i ostrego słońca, to udało się nam dostrzec różnokolorowe punkciki, które przewijały się między kryształowymi budynkami.

   Spectra kliknął w kilka guzików i wyświetlił się na ekran przedstawiający sytuację. Delikatnie rzecz ujmując, to była przejebana. Nie dość, że tą całą ostatnią barierę wywaliło, to Barodius panoszył się beztrosko łącznie z kilkoma ze swojej bandy, a wojsko ostrzeliwało pałac. Wszędzie co chwila wybuchał jakiś pocisków, normalnie można było epilepsji dostać.

– Hmpf, mają żałosne zabezpieczenia – mruknął Helios. – Wpuścili Dharaka.

– Nie mieli jakieś bariery? – Spectra uniósł brew.

– A no mieli, że nie przepuszcza tych z dna Gundalian – zgodziłam się.

– Więc jak?

   Rozłożyłam ręce, bo to i tak było obecnie mało istotne, po czym wróciłam wzrokiem do Barodiusa. Niby stał sobie na tym swoim stateczku, szata mu furkotała, ale łapczywie coś się wpatrywał się w ten pałac. Przechyliłam głowę i wtedy mnie tknęło.

   Królowa Serena.

– Spectra, otwieraj tylne wyjście – mruknęłam.

– Po cholerę? – spytał jak zawsze uprzejmie.

    Uśmiechnęłam się wymuszenie.

– Zapomniałam, że obiecałam jak coś bronić królowej Sereny. Bo wiecie dostęp do Kuli i tym podobne. A to – Wskazałam kciukiem na ekran. – wydaje mi się dobrą sytuacją, by wkroczyć.

– Ktoś cię wziął na ochroniarza? – Helios wykrztusił z niedowierzaniem. – Co to za desperacja?

– Oj najwyższa – westchnęłam. – W każdym razie, drzwiczki, raz, dwa trzy.

– Chyba oszalałaś – mruknął Keith z dezaprobatą. – Stąd musiałabyś przejść przez całe miasto, by dostać się do pałacu, a jak dobrze pamiętam, to Barodius już cię kojarzy?

– Z niego perspektywy to będę jak mrówka. Zresztą on to jest zajęty gapieniem się w pałac. Zawsze możesz też…hmmm….no nie wiem podlecieć bliżej?

– Nie przebijemy się przez ten ogrom statków bez ściągnięcia na siebie uwagi. Wykluczone.

   Tu musiałam mu przyznać rację, nad budynkami unosiło się mnóstwo pojazdów.

– Ale zawsze możemy wykorzystać naszą nową tarczę lub przynętę! – zakrzyknęła Akane, która wręcz piruetem wpadła do środka.

    Obróciliśmy się jednocześnie, by zostać uraczeni widokiem wyjątkowo wściekłej Heather. Gus łaskawy dał jej nową koszulkę, która zwisała z jej drobnej sylwetki, opatrzona była, ale na szyi i tak miała siniaki i to dość świeże Uniosłam brew w stronę Japonki, na co ta rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami, po czym się wyszczerzyła.

– Jaką tarczę? – Spectra oparł się o panel. – Co planujecie zrobić? – Jego wzrok spoczął na Darkusce.

– Chcę wjebać Barodiusowi – warknęła.

   Powstrzymałam parsknięcie. Dziewczyna mówiła dalej, kompletnie nieporuszona.

– Jak tchórz chciał się mnie pozbyć, nawet nie stając do walki – Oczy jej płonęły czystą furią. – Nie lubię takich zagrywek.

– A gwarancja, że zaraz nie rzucisz się na nas? – Spectra uniósł brew. – Nie mam czasu na użeranie się z niezrównoważonymi gówniarzami.

– Oj maszkaronie, co to dla ciebie jeden strzał w kogoś – Aki zrobiła zdziwioną minkę.

– Nie lubię plamić się krwią byle kogo – odparł chłodno.

– Cała ta wojna mnie gówno interesuje – odezwała się znów Heather. – Czy wygrają ci czy tamci też mam w nosie. Chcę tylko bitwy z Barodiusem i jego sługusami. Więc możecie przyjąć to jako moją pomoc albo mnie wypuścić i stąd wypierdalać.

– Także tutaj pojawia się nasz plan – Aki znów zabrała głos. – Heather – poklepała dziewczynę po głowie niczym małego szczeniaka, choć ta wyraźnie warknęła. – odciągnie na chwilę uwagę Barodiusa, my nacieramy na pałac, Jess wbija do środka, broni Serenę. Potem przybywa Drago i on pewnie dokończy robotę.

– Coś jebnie, ale może być – Wzruszyłam ramionami.

   Spectra zerknął przez ramię i przesunął dwie dźwignie. Na przodzie Niszczyciela pojawiły się energetyczne ostrza, których zakończenie błyszczały w promieniach słońca.

– Liczę że przeżyjecie chwilę beze mnie i Gusa – przemówił z lekką kpiną. – My zaczniemy od niszczenia ich statków, by nie mogli przywołać posiłków.

– Nie myślałam, że dożyje chwili, gdy wielki Phantom coś zacznie dla nas robić – Aki otarła nieistniejącą łezkę. – Czy to już niebo?

 

****

   Skorupę mroku zaczęły pokrywać jasne rysy. Rosły z każdą chwilą, wpuszczając coraz więcej światła i świadomości do umysłu.

   Lekki dotyk metalu gdzieś przy biodrze. Ostry zapach, typowo medyczny. Czyjś oddech. Dźwięk uderzania czegoś o stalową powierzchnię. Pełne ulgi westchnięcie.

    Rysy zaczęły się powiększać. Czuła, że gdzieś leży. Od boku promieniowało jakieś kłucie.

   Co?

   Crueltion. Pełno dymu. Zenet i jej pusty wzrok. Nóż w brzuchu.

   Skorupa pękła. Heather otworzyła oczy. Zamrugała kilka razy. Nad nią był jasny sufit z lampą. Czyli to nie Gundalia.

   Podniosła się do siadu, sycząc cicho, kiedy delikatne kłucie zmieniło się na ostry ból. Odkryła, że rana była zszyta i oczyszczona, choć nikogo tu z nią nie było. Zresztą to nawet nie było ważne.

    Zacisnęła pięści, czując, jak wściekłość szumi jej w żyłach. Barodius użył naprawdę tak podłej metody, by się jej pozbyć. Jakiegoś pionka? Nie mogła wyobrazić sobie większego upokorzenia.

– Cru? – Rozejrzała się. – Crueltion?

    Bakugan nie odpowiedział. Zsunęła się ze stołu i stanęła na podłodze. Od razu zakręciło jej się w głowie, lecz zignorowała to i zaczęła się uważnie rozglądać. Nigdzie nie było czarnej kulki. Poczuła lód w gardle.

– Robaki serio mają jakąś super wytrzymałość – odezwał się ktoś za nią. Zerknęła do tyłu.

    Akane wpatrywała się w nią spod przymrużonych powiek i z fałszywym uśmiechem na twarzy. Heather uniosła brew.

– Uratowałaś mnie? Trochę to się kłóci z moją nienawiścią do mnie.

– Nie licz na to. Proponowałam, by cię utopić z kamieniem u szyi, ale moje przyjaciółki nie są fankami morderstw – westchnęła ciężko i rozłożyła ręce. – A i masz.

   W powietrzu błysnęła czarna kulka.

– Crueltion – Ścisnęła go mocnej w palcach.

    Poczuła ulgę i uśmiechnęła pod nosem. Teraz mogła znaleźć tego skurwiela i wgnieść go w ziemię. Jednym była fascynująca zabawa ze śmiercią, a drugim potraktowanie niczym uciążliwy paproch na bluzce. Zacisnęła szczękę i zmarszczyła brwi. Tylko gdzie ona teraz była?

   Podniosła głowę i w ramach odpowiedzi dostała z prostego. Zachwiała się, a sekundę później poczuła dłoń zaciskająca się na gardle i szorstką powierzchnię ściany ocierającą się o plecy.

– Widzę po twojej buźce, że już sobie coś wymyślasz – powiedziała Akane i wyszczerzyła zęby. – Ale chyba nie zapomniałaś, jakie kłopoty nam sprawiłaś, szmato? – Przechyliła głowę.

– I co z tego? – zaśmiała się, ale zaraz się zakrztusiła, gdy Japonka wzmocniła uścisk. – Myślisz, że was przeproszę?

– Błagam – Japonka przewróciła oczami. – Mamy to w najgłębszej piździe. Ale jakaś odpłata by nam się przydała.

   Heather gdyby mogła, to popukałaby się w głowę. Odpłata? Nikt im nie kazał jej ratować, mogły ją zostawić na śmierć. Ona nie będzie się przed nikim korzyć czy błagać.

– Jak nie to nie – Dziewczyna wyjęła z kieszeni strzykawkę.

– Och uśpisz mnie jak jakiegoś pieska i wrzucisz ciało w worku do rzeki? – zakpiła.

– Proszę, nie porównuj tych uroczych istot do siebie. – Nawet na nią nie patrzyła, zdejmując kciukiem nakładkę. – Widzisz, lecimy na Neathię, wjebać Barodiusowi.

   Serce Heather zabiło, a furia utkwiona w tyle umysłu od początku rozmowy zerwała się na baczność. Barodius. Jak idealnie!

– A ty przez ten czas sobie pośpisz – Akane obejrzała zawartość strzykawki pod światło. – My przeżyjemy kolejną dawkę adrenaliny. Gdy skończymy i cała ta wojna się skończy, to cię odstawimy do domu. Twoi rodzice pewnie umierają z niepokoju. Brzmi nudno, co?

    Otworzyła usta, ale wtedy to do niej dotarło. Nie miała do odpowiedzieć. Nie miała strategii, jak owinąć sobie Japonkę wokół palca, wykorzystując jej charakter czy słabości. Bo to ona została ograna.

   Nienawidziła nudy. Nie chciała wracać do przewidywalnych masek, pragnęła dalej oglądać to wojenne podniecenie, wić się wśród bitew, niszczyć przeciwników i co najważniejsze skrzywdzić Barodiusa, przeszkodzić mu, rozerwać.

   To była finałowa bitwa. Starcie wszystkiego, co miała każda ze stron.

   Strzykawka w rękach Akane decydowała, czy ją ujrzy. A jednego była pewna, dziewczyna nie blefowała. Wbije ją jej z przyjemnością. Bo wiedziała, że Heather nienawidzi monotonii.

   Och, czasami naprawdę nienawidziła ludzi podobnych do niej.

– To śnij słodko – Poczuła czubek igły przy szyi tuż nad zaciśnięta ręką Japonki.

– Chcę walczyć z Zenoheldem – wycharczała.

   Uścisk się poluźnił, lecz igła pozostała. Ostrzeżenie.

– Oh?

– Nie dam się traktować jak zwykły pionek, którego można zbić.

– No i widzisz. Nam to bardzo na rękę, czyż nie? – Akane spojrzała za siebie.

    Jane i Haruka obserwowały całe scenę, spokojnie popijając coś ze swoich kubków. Na słowa Japonki wymieniły spojrzenia i pokiwały głową.

– Jakbyś nam potem spróbowała wbić nóż w plecy – zaczęła Jane. – to pamiętaj, że tam będą jeszcze Wojownicy.

– A wypadki na wojnie łatwo się zdarzają – dodała Haruka.

   Stuknęły się kubkami i wypiły do końca zawartość. Akane puściła Heather, ale nie schowała strzykawki, patrząc na nią znacząco.

 

****

    Plan się powiódł. Powtarzam, plan się powiódł! Heather wyskoczyła jako pierwsza i niemal od razu wraz ze swoim wężem wyskoczyła w stronę cesarza Gundalii. Ten zainteresował się nią, bo jednak laska miała być trupem, a myśmy zgodnie wyrzuciły bakugany i ruszyły na linię frontu.

– Zdradliwe Cienie! – użyłam supermocy, by pozbyć się kilku gundaliańskich bakuganów ze ścieżki.

    Wróciły do form kulistych akurat odsłaniając mi piękny widok na kolejny statek, który pikował ku ziemi niczym mucha pacnięta gazetą. Z tych gorszych informacji to nieco rozdzieliłam się z dziewczynami, ale ciągle były w moim zasięgu wzroku, więc była gitówa.

– Co ty właściwie chcesz zrobić, kiedy będziesz w pałacu? – spytał Fludim i stęknął lekko, kiedy musiał zmieść włócznią wyjątkowo otyłego przeciwnika. – Mój krzyż!

– Uroki starości – mruknęłam. – Wytworzę dookoła niej barierę i tyle.

– Myślisz, że to coś da?

– Kiedy byliśmy nad kanionem, to byłam w stanie sparować jego ataki. Z dodatkowym wsparciem z rdzenia Vestalii to teraz będzie pestunia.

– Jess, za tobą! – usłyszałam przeraźliwy okrzyk Jane.

 Co?

– Mam was!

– Fludi!

   Dłoń Strikefliera zacisnęła się na zbroi Fludima, po czym zostaliśmy popchnięci na budynki. Kryształowe ściany pękały jedna po drugiej, a odłamki błyszczały w skrzydłach bakugana. Zacisnęłam mocno ręce na naramienniku zbroi, by nie spaść. Wiatr szarpał mi włosy i świszczał w uszach. Przez siłę rozpędu nie miałam jak sięgnąć po kartę bez ryzyka, że zlecę.

   W końcu plecy Fludima uderzyły o mur i Strikeflier go puścił. Zaklęłam, widząc, jak nas oddaliło od pałacu. Jednak sekundę później miałam już to gdzieś, gdyż Gundalianie serio mieli coś w łbach i Airzel zamiast z pełną kulturą zacząć bitwę, to się na mnie najzwyczajniej rzucił!  Odpowiedziałam mu więc na podobnym poziomie i wymierzyłam kopniaka w łeb. Zrobił unik i złapał mnie za but, ściągając w dół.

   Także skończyłam na jakimś odludziu, nawalając się na pięści z ufokiem, a Fludi próbował włócznią rozwalić tamtą upośledzoną ważkę. Plan poszedł się walić, tyle, że nikogo to nie zdziwiło.

– Mało to uprzejme, tak się rzucać na kobietę – syknęłam, parując jego uderzenie po prostej.

– Mistrz Gill kazał cię unieszkodliwić – odparł krótko. – Im szybciej tym lepiej.

   Wywróciłam oczami, bo jasne, byłam jedyną, która tu stanowiła zagrożenie. Wcale nie psychiczna Heather, Akane ze swoimi skłonnościami, Jane i jej cicha furia czy metodyczna Haru. Gdzie tam! Używam fioletowych kul, to jestem be!

   Cios w szczękę zabolał nieco. Syknęłam, już widząc przed oczami tego siniaka i cisnęłam w niego kulą. Przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, unikając, po czum zrobił szybki półobrót i wykonał kopnięcie. Zasłoniłam się przedramieniem, ale i tak przejechałam na butach w tył. Ehh, takie bicie się nie było dla mnie, to Aki coś tam trenowało. Niewiele myśląc, wysunęłam lewą dłoń i przywołałam barierę. Airzel jedynie uniósł kącik ust i skinął na mnie nagarstkiem.

   Podniosłam głowę i zbaraniałam. Zjebana ważka miała na sobie zestaw bojowy i mierzyła prosto w mą skromną osobę z pary dział. Otworzyłam usta, ale wydobyło się z nich jedynie ciężkie westchnięcie. To już stawało się nudne.

   I gdzie wywiało Fludima?!

   Rozejrzałam się za marudą i znalazłam go przywalonego wieżą, która próbował bez powodzenia z siebie ściągnąć. Wyciągnęłam dłoń, by go przywołać, gdy usłyszałam dźwięk wystrzału.

  Ahhh, kompletny brak kultury, tak bez żadnej gadki złoczyńcy? Przesada.

    Jednak to nie mnie zmiotło z planszy, a bakugan Ventusa zaliczył baranka głową o ziemię. Airzel na sekundę zgłupiał, co szybciutko wykorzystałam i zmieniłam barierę w bicz mocy. Zamachnęłam się i wysłałam brutala hen daleko od siebie. Coś tam krzyknął, ale olałam to. Karma to karma!

– Fludim! – przywołałam marudę. Położył się na mojej dłoni. – Jak się czujesz?

– Przez chwilę miałem wrażenie, że mi zgniecie żebra. Muszę na moment odsapnąć, dalej mi w głowie wiruje.

   Dałam mu całusa w czoło i schowałam do kieszeni kurtki.

– Cholerny motylek – skwitował Helios, lądując. Dzieło na jego piersi powoli stygło, a cienka struga dymu ulatywała ku niebu.

– Pierwszy raz się cieszę, że cię słyszę, jaszczurko – uśmiechnęłam się.

– Hmpf, powinnaś mi dziękować na kolanach za ratunek, człowieczku.

   Postukałam się palcem w czoło.

– Niezbyt mi to wygląda na pałac – dorzucił Spectra.

– Nie przewidziałam tej cholery – Skinęłam głową w kierunku, gdzie poleciał Airzel. – Gdzie Gus?

– Zajmuje się walką na głównym froncie.

– Że też cię zostawił. Stajesz się samodzielny.

   Po wyrazie twarzy wiedziałam, że wywrócił oczami. Helios zniżył się nieco, a Phatom wyciągnął rękę.

– Wskakuj, chcę już mieć to za sobą.

– Nie bądź już taki zrezygnowany. Czy to nie przypomina ci tych super chwil? – Ujęłam go z dłoń i podciągnęłam się. Jaszczur wyprostował się, rozłożył skrzydła i wzbił w powietrze.

   Przed nami rozciągał się krajobraz dymiących budynków, zderzających się ataków i eksplozji kolorów. Ryki bakuganów i okrzyki rozkazów niosły się pustymi uliczkami.

– Tak na przykład było, jak Zenek chciał nas zabić. Albo pomyśl o Barodiusie, prawie tak stuknięty jak Tytan.

– I jeden i drugi to trupy. On może dołączyć – Spectra wyciągnął kartę.

    Helios wypuścił salwę strzałów, powodując kilka mini eksplozji. Kolejne kawałki szkła rozprysły na boki. Kilka zaplątało mi się we włosy.

   Nagle tuż pod Heliosem uderzył wężyk Heather. Dziewczyna leżała koło niego i próbowała się podnieść. Kątem oka zdołałam tylko ujrzeć błysk i rzuciłam się na Spectrę, dosłownie zwalając go z nóg i jego bakugana. Fioletowa wiązka świsnęła tuż nad moim uchem, a my wylądowaliśmy na uciętej wieży.

– Uparta jesteś – mruknął Barodius ze znudzoną miną i potrząsnął ręką, w której już formułowała się kolejna porcja.

Helios warknął i uruchomił działo, lecz drogę zagrodził mu bakugan Stoicy. Cesarz Gundalii uśmiechnął się, zamierzając do ciosu. Podniosłam się na łokciu i przywołałam malutką tarczę. Lecz nim zdążył uderzyć, nad nami rozległ się ryk. Był to bez wątpienia smok. Odetchnęłam, opuszczając dłoń.

– Barodiuuuus! – wrzasnął Dan, pikując ku nas na Drago.

   Gundalinin skupił się na nim, olewając plany zabicia nas. Uśmiechnął się jak pirania i otworzył ręce, jakby czekając, by objąć Kuso.

– Wbijasz mi kolano w trzewia, Jessie.

   Obróciłam głowę i zorientowałam się, że faktycznie niemal całym ciałem opierałam się na Spectrze. Zamrugałam kilka razy, po czym zerwałam się na równe nogi. Po sekundzie zaklęłam w duchu. Czemu zachowywałam się jak jakaś dziewica orleańska, litości, psychiko, odpuść!

– A to była taka ładna pozycja – westchnęła Jane, puszczając mi oczko.

   Przejechałam palcem po szyi. Heather podniosła się i prychnęła.

– Byli o krok od śmierci, a ich pozycja jest ważniejsza?

   Nawet wolałam nie słuchać tej rozmowy, tylko wrócić do lotu na pałac. Zwłaszcza, że z przybyciem reszty Wojowników droga się nieco oczyściła. Jednak Helios też wpatrywał się we mnie tym znaczącym wzrokiem. Jedną ręką mimowolnie wygięła mi się na kształt szponu. Każdy musiał to obserwować?

– Dzięki – powiedział krótko Keith, stając koło mnie, gdy Helios znów ruszył przez budynki.

   O! I to była normalne podejście! W końcu po prostu uratowałam jego grzywę przed sfajczeniem! Uśmiechnęłam się i skinęłam głową.

– Proszę uprzejmie.

– Ale możesz mniej mnie ściskać, prawie zgniotłaś mi żebro.

   Uśmiech szybko zniknął i dałam mu kuksańca w bok, po czym założyłam ręce na piersi. Następnym razem będzie robił za żywą pochodnię i tyle!

 



Yesss, zostały 2 rozdziały i dziękujemy tej części, Gundalianom i Neathianom XDDD Nie mam siły na podsumowanie, ale rozdzialik nawet wyszedł.

Odmeldowuje się!

sobota, 14 listopada 2020

S2 Rozdział 52: Światło w tunelu porażek

 

- Obyśmy zdążyli – mruknął Leaus. Nie trudno było wyczytać niepokój w jego głosie. – Jeśli Drago wypiorą mózg i będzie z nami walczył, to stąd żywi nie wyjdziemy.

– Dziękujemy za tą niezwykle pozytywną wizję – odparła Akane, która rozglądała się uważnie, bo co jakiś czas w oddali rozlegały się głośne trzaski i rumor. – Ale przyznaj, że to zajebiste połączenie. Pantofel i hiper potężny bakugan. Co może tutaj pójść nie tak? – Rozrzuciła ręce, wzdychając teatralnie.

   Oszukiwać się nie było co, z Danem pewnie się nigdy nie dogada. Ale zostawić go na łaskę brokułu to też by była przesada, jakby nie patrzeć on ratował dupę Jess. Więc Aki jako ta najlepsza, odpowiedzialna i dobra przyjaciółka musi się odpłacić.

   Szczęście to ogólnie miała po swojej stronie, bo całe zamieszanie szło jakoś bokami. Ciekawe czy to sami Gundalianie czy też ktoś od nich się tu kręcił? Bo jednak zniknięcie Kuso za bardzo bez echa to przeszło.

– Ty masz jakiś w ogólne plan?

– To wyjątkowo idiotyczne pytanie.

– Trzymam się resztek nadziei.

   Nie zdążyła popukać się w czoło, gdy całym holem zatrząsało, przez co uderzyła o ścianę. Syknęła, rozcierając skórę i rozglądając się za potencjalnym wrogiem. Jednak dalej otaczały ją jedynie zimne stalowe ściany i trzęsące się jarzeniówki.

– Oby to była odsiecz – mruknęła, ruszając dalej.

    Po chwili zaczęły ją odchodzić cisze odgłosy wiercenia i jakby skwierczenia prądu. Wyciągnęła paralizator i przylgnęła do lewej ściany, starając się iść jak najciszej. Dźwięki wzrastały na sile, aż doszła do szerokich drzwi, z których biło jasne światło. Przyciskając plecy do stali, wychyliła lekko głowę.

  Nieprzytomny Dan przykuty do płaskiego stołu, nad nim jakaś mało przyjazna maszynka, brokuł stojący za stolikiem z mnóstwem gałek, Drago w mini – akwarium i Jake. Kurwa. Zacisnęła szczękę. Zapomniała o tym mięśniaku, który był obecnie marionetką Kazi.

   Nagle Gundalianka przesunęła wajchę i wokół metalowej obręczy zaczęły zbierać się czerwone promienie. Aki poczuła, jak wypełnia ją zimno, lecz wtem maszyna zgasła z głośnym „wzium”.

– Ci przeklęci Wojownicy – warknęła Kazarina. – Napraw to – rozkazała bakuganowi

   Dobra, czyli coś się jebie, więc zyskała dodatkowy czas. Najlepiej jeśli najpierw unieszkodliwi Jake szybkim strzałem prądu w kark, to zostanie Kazia. Ze swoją hipnozą i też jakąś dziwną mocą.

– Chyba to nie wyjdzie – szepnął Leaus. – Nie poradzisz sobie z nimi.

   Zmrużyła oczy, skupiając się na maszynie. Szansą było, by nakierować promień na brokuła, ale szansa, że to wyjdzie była równa temu, że dostanie wyżej niż C z chemii.

   Kroki. Błyskawicznie się obróciła, zamachując paralizatorem. Błękitne loki. Ręka zastygła milimetry od policzka ubrudzonego Grava. Akane zamrugała kilka razy i poczuła ogromną chęć, by w coś uderzyć. Tuż za nią rozgrywa się dramat, a tymczasem z dupy przywiało tu Gusa. Ona naprawdę nie miała teraz czasu na własne rozterki.

– Co ty tu robisz? – szepnęła.

   Jednak Vestalinin jedynie łagodnie lecz stanowczo odepchnął jej broń od siebie, po czym przykucnął zaglądając do środka laboratorium. Fartem chyba prądu dalej brakowało, bo Kazarina niecierpliwie stukała nogą, a jej bakugan latał po pomieszczeniu, chyba szukając źródła.

– O tym później – odezwał się w końcu Grav. – Co chciałaś zrobić?

– Wbić i walić w tego, kto nawinie się pierwszy – Wzruszyła ramionami.

   Zerknął na nią kątem oka z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym kiwnął głową.

– Zajmę się tym chłopakiem.

   Uniosła brew, ale zaraz się uśmiechnęła. To się nazywała postawa! Przynajmniej raz ktoś nie zadawał tysiąca zbędnych pytań. Obserwowali jeszcze sytuacją, a gdy Kazarina obróciła się plecami do nich, wyskoczyli. Jake spojrzał tępo, lecz od razu naszykował się do ataku. Akane odbiła w lewo, prosto na brokuła, gdy poczuła, że coś tu nie pasowało. Ramiona Gundalianki się trzęsły. Jakby...od śmiechu?

   Choć pewnie były to sekundy dla Akane wszystko przewijało się w zwolnionym tempie. Najpierw Kazarina odwróciła się, opierając łokciem o kontroler. Potem uśmiechnęła szeroko niczym rekin czekający na ofiarę. W jej dłoni lśniły żółte iskry prądu.

– Naprawdę myślałaś, że cię nie zauważyłam, naiwna dziewczyno? – zaśmiała się, po czym złoty promień wystrzelił w jej stronę.

   Była za blisko, by zrobić skuteczny unik. Zdążyła jedynie zgiąć się na bok. Moc ugodziła ją prosto w dłoń, odpychając w na bok. Straciła równowagę i przejechała na kolanach po posadzce. Paralizator potoczył się w kąt laboratorium.

– Od początku wiedziałam, że tu przyjdziesz, skoro strażnik nie wrócił – dodała Kazarina. – Głupia dziewucha z ciebie.

   Akane chciała się odgryźć, jednak ból w dłoni jej nie pozwolił. Miała wrażenie, jakby coś paliło ją od środka i rozrywało ścięgna. Zgięła się w pół, przyciskając kończynę do brzucha. Przed oczami tańczyły jej gwiazdy. Jak mogła się tak nabrać? Co z Gusem? Maszyna działa? Syknęła, zagryzając wargę, by nie krzyknąć.

– Wykończę cię po Kuso – usłyszała jeszcze w oddali.

    Maszyna zaszumiała.

– Nie tym razem!

   Kto to krzyczał? Jake? Gus? Wszystko jej się mieszało, zwłaszcza, że czuła, jak ogarnia ją ciemność. Ból ciągle pulsował, lecz bardziej gdzieś w granicach. Tylko że to nie był czas na tracenie przytomności. Jak stracą Drago, to będzie koniec balu.

   Nagle uderzyła w nią fala powietrza, której towarzyszył rumor kamieni. Osłona mroku pękła i z uczuciem, jakby wynurzała się z głębiny, podniosła głowę. Lumagrowl stał naprzeciwko Aranauta, a Jake napi klepał ciągle nieprzytomnego Kuso po policzkach. Odetchnęła.

– Myślałem, że po tobie – jęknął Leaus.

– Chciałbyś – uśmiechnęła się słabo i spojrzała na dłoń. Skóra była podrażniona, a każda nawet najmniejsza żyłka szybko pulsowała. Palce dalej lekko dygotały. – Zawsze mogło być gorzej.

   Podniosła się, tylko po to by po sekundzie stracić równowagę. Jednak nim wylądowała na czterech literach, czyjąś ręka złapała ją w talii i podciągnęła.

– Musimy się stąd wynosić – powiedział Grav.

– Trzeba skopać Kazię!

– Obecnie to nie skopałabyś nawet Shadowa – Gus wywrócił oczami i wyrzucił bakugana. – Muszę cię opatrzeć.

   Akane wydęła policzki, starając się zignorować ciepło w żołądku, ale w końcu skinęła wolno głową.

 

****

 

    Kiedy Wojownicy plus Ren i Fabia radośnie nawalali się na ruinach laboratorium, to myśmy się skupili w kółko wzajemnej adoracji. Vulcan z Heliosem pilnowali, by ktoś nie oberwał rykoszetem, więc mogliśmy ustalić czy jesteśmy w głębszej czy może cudem w płytszej chujni.

– Ty się zraniłaś – zaczął Spectra ni to kpiącym ni to obojętnym głosem, patrząc na Aki.

– Wolałabym wyrażenie, że odniosłam bohaterskie obrażenia w próbie...

– Gus, ile zajmie ci opatrzenie jej? – Phantom wciął się w wypowiedź, na co Akane obdarzyła go wzrokiem mordercy. Może to i lepiej, że straciła ten paralizator, bo jakby mieli się teraz bić, to na pewno Barodius by nas wszystkich zdążył spokojnie zajebać.

   Swoją drogą, to wyjątkowo uroczo wyglądała z Gusem, jak przylecieliśmy. Nawet dał jej płaszcz, ale ledwo mnie dostrzegła, to zaraz go oddała. Lecz mnie i Haru nie oszuka, my już wiemy, co się kroi.

– Jakieś dziesięć minut, nie ma żadnej rany, to oparzenie – Grav wzruszył ramionami.

– Super, ale bez Jane nigdzie się nie ruszam – wtrąciła się Haruka, zakładając ręce na piersi.

– A jakieś pojęcie, gdzie jest? – spytałam.

    Szatynka pokręciła głową, marszcząc brwi.

– Nie, zniknęła mi z oczu razem z Heather.

– O, jeszcze ta szmata – warknęła Akane.

– Problemem jest, że Barodiusa już nie ma na Gundalii i zmierza ku Neathii.

   Zastygłyśmy. Spectra uniósł brew w niedowierzaniu.

– Nie zauważyłyście? Są tu tylko jego podwładni. On i żołnierze się wynieśli.

    Zamrugałam gwałtownie kilka razy, bo prawda jeszcze do mnie nie doszła. Czyli no, Jane nie ma, nadal nie wjebałyśmy Heather, ci się nawalają, a Barodius zrobił asta la vista baby i się zawinął na Neathię. Świetnie. Cudownie. Jebany kurwa żart, nawet Zenek miał więcej hono...Nie no przejechałam, to była tępa dziadyga, ale chociaż czekała na starcie. Ale nieee! Barodius musiał lecieć, musiał wybrać tą łatwiejszą ścieżkę.

– Dobra, to szybko się rozdzielamy i szukamy Jane oraz Heather, a potem raz dwa na Neathię – rzuciłam plan.

   Ślepy fart, że tego nie zrobiliśmy, bo pewnie na tym by się moje życie skończyło bezpowrotnie gdzieś w głębi Gundalii i by mnie w jakimś rowie pochowali. Uratował nas Nurzak i ten, co zarywał do Fabii, którzy jak Mojżesz, jak Trzej Królowie (chuj, że było ich dwóch) nagle wyłonili się zza jednego z bloków. Dlaczego spytacie? Gdyż koło nich była, nieco poobijana i mało zadowolona z życia, ale żywa, Jane. Prawie na kolana padłam z ulgi. Dobrze Starożytni! O to chodziło! Tak macie robić!

– Nurzak! – wrzasnęła Kazarina i z dzikim błyskiem w oczach i dłońmi pełnymi prądu, zamierzyła się na nowoprzybyłych.

   Oho, atak wścieklizny. Choć...O nie, nie, Gundalianie się mogą nawalać do woli, ale niech od moich znajomych się odczepią. Nim Spectra zdążył mnie powstrzymać wystrzeliłam w przód, przywołując moc. Zamachnęłam się nim niczym lassem i nim brokuł się zorientował, to już poleciał w tył.

– Ty mała suko! – warknęła, trzymając się za brzuch.

   Uśmiechnęłam się, przechylając głowę. Ukształtowałam moc na kulę.

– To była odpłata za Akane.

   Gundalianka obnażyła zęby, przywołując żółte iskry. Wygięłam drugi nadgarstek i siłą mocy uniosłam kilka kawałków ściany. Lekko zakuło mnie serce. No jasne, jeszcze niech teraz to nagromadzenie mocy zniknie, bo czemu by nie. Cofam, jednak Starożytni dalej zjebują sprawę.

– Nie liczyłabym, że ze mną wygrasz – Puściłam oczko.

– Lumagrowl, Spiralne Ostrze! – warknęła.

   Westchnęłam i złączyłam gruzy w krzywą jak cholera tarczę, po czym pchnęłam na wilka i rzuciłam się w bok. Znów trochę wzniosło się pyłu, ale przynajmniej przez to udało się Jane i reszcie bezpiecznie przejść.

– Całkiem ładnie – uznał Mason. – Tęskniłaś, księżniczko?! – zawołał, zwracając się do Fabii. Bo temu to tylko bajerka w głowie, no tak.

   Wywróciłam oczami i uśmiechnęłam do Jane.

– Barodius poleciał na Neathię, więc musimy się zmywać, ale gdzie je... – urwałam, bo dopiero teraz dostrzegłam, kogo Jane niosła na plecach.

   Te przeklęte zielone włosy. Heather?!

– Co to ma być? – jęknęłam. – Czy to twoja nowa psiapsi?!

– Pojebało cię – prychnęła Jane. – To sucz, ale dać jej się wykrwawić to styl Aki, a nie mój.

   Skinęłam słabo głową, wpatrując się ciągle w Darkuskę. Po sekundzie się otrząsnęłam. W sumie taki był od początku był plan, walić, jak osiągnięty!

– Skoro Barodius już wyruszył, to musicie się śpieszyć – powiedział Nurzak, który nawet nie mrugnął przez całą moją i Jane rozmowę. Silna psycha. – Ja z Masonem zajmiemy naszymi dawnymi kompanami.

– Nie ma problemu, bierzcie ich sobie – zgodziłam się bez namysłu i pociągnęłam Jane do naszego kółka adoracji.

   Jedno spojrzenie na wzrok na minę Spectry i już mogłam szykować się na kazanie.

 

****

    Tytan otworzył leniwie jedną powiekę i zaśmiał się, widząc trzy bakugany stojące przed jego barierą. Przejechał palcami po włosach i spojrzał na jednego ze swoich potomków. Jedno głupsze od drugiego, jakież to smutne.

– Co zamierzacie zrobić? – spytał, unosząc brew.

   Kenji omiótł go zimnym wzrokiem i wykrzyknął jakąś komendę. Bakugan Ventusa uderzył toporem o barierę, lecz cała moc ataku rozeszła się na boki. Jednak kiedy powtórzył atak wraz z pozostałymi dwoma bakuganami, ściany zaczęły drgać. Westchnął i zagiął dwa palce. Prąd poraził całą trójkę, aż padli na kolana.

– To nic wam nie da – zaśmiał się, patrząc na rozpacz Vestalian.

   Od tak dawna tego pragnął. Co prawda było ich tylko trzech, ale mógł sobie tylko wyobrazić, ilu z nich teraz wpatrywało się w dezorientacji w niebo. Podniósł głowę. Gęsta purpura powoli stawała się czernią, a rozpacz i nienawiść Reiko ciągle płynęły. Przejechał językiem po wardze, kiedy pierwsze błękitne błyskawice rozświetliły budynki wkoło. Ciekawe kiedy uderzy pierwszy piorun? Co zniszczy? Kogo zabije? Ach, chciałby to obserwować.

   Zaraz....Podniósł się z tablicy i wolno idąc przez śnieg podszedł do bariey. Uważnie lustrował wzrokiem Kenjiego. Taki podobny do rodziców, do swojej głupiej siostry. Bez mocy, ale jeśli połączy się z Reiko, to połączy się z nim.

   A to naiwne dziecko. Tak jak Zenoheld, Reiko, jego rodzice, jego siostry. Każdy Vestalianin miał to w krwi. Tfu, każdy człowiek. Desperacja zabierała im rozum, skłaniała ku rozpaczy, prosto w jego ręce. Uśmiechnął się lekko i podniósł dłoń.

– Nie rozbijecie bariery – przemówił. Powoli sączył słowa, nadając im zdradliwą słodycz, pozorną pewność. – Za każdym razem ją wzmocnię, karmiąc się mocą Reiko.

– Spierdalaj! – syknęła najniższa z nich. – Po co to robisz?

– Czyż to nie jasne? – Udał zaskoczenie. – Jestem bakuganem mroku, zresztą przyszła do mnie, wiedząc, co może się stać – Przechylił głowę. – Tylko spełniłem jej życzenie.

– Kłamiesz – powiedziała Sombra. Spojrzała na niego swoimi poważnymi obsydianowymi oczami i wycelowała gładkim mieczem na jego głowę. – Splugawiłeś jej moc. Tak jak zawsze robiłeś każdemu, kogo spotkałeś.

 Uśmiechnął się samymi ustami. Zupełnie zapomniał, że rodzina Sombr wyjątkowo go nie cierpiała i pielęgnowała wiedzę o nim i jego sztuczkach z pokolenia na pokolenie.

– Prawda – Wzruszył ramionami. – Zawsze mogłem opętać tego z mocami – Jego oczy spoczęły na Kenjim. – Jednak ty jesteś zwykłym człowiekiem.

    Nawet nie drgnął. Uniósł brew. Może był nieco bardziej opanowany od siostry.

– Co powiesz na układ?

– Czego chcesz? – spytał w końcu potomek, wytrzymując spojrzenie.

    Sombra znów spróbowała przeciąć barierę, więc zrobił kółeczko palcem i ściany wchłonęły ostrze. Zachichotał, widząc zaskoczoną minę bakugana.

– Mogę cię wpuścić tutaj. Samego – zastrzegł. – I możesz sobie spróbować wyrwać Reiko z transu.

– Coś za łatwo to wygląda – Kenji prychnął. – Bo co ty będziesz z tego mieć?

– Och, możesz łatwo umrzeć – Przechylił głowę. – Moc Reiko obecnie rozrywa niebo, więc jak myślisz, co może zrobić z żałosnym ludzkim ciałem? A twoja śmierć spowoduje tyle rozpaczy. Twoja siostra, narzeczona, ludzie, którym na tobie zależy.

   Ale ty jesteś dobrym chłopcem i tak tu wejdziesz. Tytan znał ten typ. Mogli udawać, że nic ich nie wzrusza, ale w chwili desperacji zrobiliby wszystko.

   Ach, teraz uświadomił sobie kolejną korzyść. Jeśli znów uda mu się wepchnąć Jessicę w rozpacz tak głęboką jak wtedy...Nawet jeśli jej nie opęta, to zawsze będzie mógł nią pokierować.

   Zerknął na Reiko. Na jej puste oczy i usta otwarte do krzyku. Żałosna, naiwna kretynka. Ale teraz zasłużyła na jego podziękowania.

– To jak będzie, Kenji? – spytał. – Wejdziesz tu? – Oczy mu zalśniły.

 

****

– Nie rozumiem fatygi Jane, było ją wrzucić do rzeki i niech pływa z rybkami – prychnęła wyniośle Akane, pijąc herbatkę.

   Razem z nią Haru i Gusem siedzieliśmy w al’a pokoju szpitalnym na Niszczycielu. Choć bardziej był to zwykły pokój z łóżkiem i dwoma szafkami pełnymi bandaży, leków i innych tego typu ceregieli. Gus musiał być serio nadopiekuńczy, że tyle tego nakupił, bo Spectrę to raz widziałam, jak tego używał.

– Nie zostawiłabym jej na śmierć, nie przesadzaj – westchnęła Wilson. – Zresztą plan to było ją zdjąć z głowy Wojownikom.

– Wiesz, martwa też by była ściągnięta z głowy. I to z wieczną gwarancją! – uznała Aki, na co Haru klepnęła się w czoło.

   Sama Heather leżała ciągle nieprzytomna na gładkim metalowym stole. Rana na jej brzuchu była jako tako na szybko opatrzona, ale materiał już przesiąkał czerwienią. Cała jej skóra była blada jak u trupa, choć dalej słabo oddychała. Chuj wie, czemu przykuliśmy jej nadgararstki do nóg stołu, bo w jej stanie to po kroku wyzionełaby ducha po kroku, ale niech już będzie.

– Musicie stąd wyjść – odezwał się Gus, który wrócił w lateksowych rękawiczach i z igłą oraz nicią w dłoniach. – Za jakieś dwadzieścia minut będziemy na Neathii, a ja chcę zdążyć zaszyć jej ranę.

– Spectra nie umrze, jak mu przez dziesięć minut nie będziesz towarzyszył w bitwie.

– Nie wiem czy to będzie bitwa czy bardziej rozpierdol – westchnęła Shiena.

– Oj jak Dan i reszta dolecą na tym super Dragonoidzie, to będzie balet.

   Gus westchnął zniecierpliwiony.

– Wyjdziecie? Akane, tobą zajmę się potem.

– Ja przeżyję, dzięki wielkie. O ale możesz po zaszyciu dać jej do mordy szmatkę z chloformem, będzie wiadome, że już się nie ocknie.

   Zignorował jej słowa i wygonił nas gestem dłoni. Wyszłyśmy na korytarz i choć bardzo chciałam ponabijać się z Aki, to przydałoby się dowiedzieć, co się odjebało z Heather.

– Halko, panie wężu? – Postukałam w bakugana, którego od kwadransa twardo trzymałam w palcach. – Powiesz nam, kto chciał zabić twoją super partnerkę?

   Przez chwilę panowała cisza, aż w końcu bakugan się rozwinął. Zaczął mnie sztyletować wzrokiem, ale byłam tak przyzwyczajona, że tylko uniosłam brew.

– Zenet. Pewnie Barodius kazał. – warknął. Milutki.

– Pierwszy dobry uczynek tego pana – stwierdziła Aki, dopijając herbatę.

– Cóż, przykro nam nie jest – Wzruszyłam ramionami. – Ale raczej przeżyje.

– Jednak co nas interesuje – Shiena wyjęła mi bakugana z dłoni i spojrzała na niego zimno. – Ile wiesz o eksperymentach Kazariny i planach Barodiusa?



udało się napisać, wow XDDD ogólnie lecę po swojemu, tam już się nie trzymam tych wydarzeń, co będzie to będzie, byle to skończyc. Za bardzo hintuje Gune? XDDD

Angel się wypowiada #luj wie który

 Także moi drodzy, problem jest. Bo tak jakby, kinda, wypaliłam się do tej serii. Niby zostały mi...yyy...4 odcinki, ale właśnie piszę 52 i patrząc na jego jakość, to lekko yikes. A niezbyt porzucić i zacząć 3 części nie mogę, bo muszę zamknąć kilka wątków (np. Reiko i Heather), więc stąd moje pytanie. Czy każdemu będzie pasowało, jak polecę już kompletnie ignorując, co się wydarzyło w oryginale?  Jak ktoś liczy na ciągłość z kanonem, to śmiało może pominąć, wiele już nie straci, nikogo nie zajebię XD Proszę pięknie o odp, bo jednak chcę choć zacząc 3 część przed studiami (licząc, że matura mi ładnie pójdzie XDD)




poniedziałek, 12 października 2020

Język pełen kłamstw - oneshot #14

 

   Przełknął ślinę, wpatrując się w lśniące metalowe uzbrojenie swoich najnowszych wynalazków. Sztuczne, puste bakugany otaczały go z każdej strony, a zimne światło w ich oczodołach niosło w sobie krwawą obietnicę.

   Uśmiechnął się, niemal widząc to przed oczami. Hydron drżący ze strachu, który próbuje się osłonić przed mieczem. Zenoheld pewnie początkowy będzie pełny dumy, lecz później padnie.  Jaki wyraz twarzy przybierze, gdy dotrze do niego, że nie jest żadnym wyjątkiem? Jak głęboki strach wykwitnie w jego oczach? Jak będzie krzyczał, kiedy każda kropla jego krwi

   Pozbędzie się każdego i sięgnie po koronę. Potem po rdzeń, a wszechświat zadrży.

– Siedź tu tak dalej, a skończysz z wzrokiem stuletniego dziada – Od wizji zastraszonych tłumów oderwał go głos.

   Momentalnie, jakby coś w nim przeskoczyło, jego klatkę piersiową wypełniło ciepło. Odwrócił się i przy drzwiach ujrzał Jessie. Jego największe osiągnięcie.

– Wiesz, że muszę wszystkiego dopilnować – odparł, podchodząc do niej i ujmując delikatnie dłoń.

   Choć długo się przed tym wzbraniał, wiedział, że musi nieco ją zmodyfikować. Nie, to było złe słowo. Raczej zamazać kilka niewygodnych wspomnień, by móc osiągnąć swój cel. Nie zdzierżyłby, jeśli stałaby się posłuszną, bezmyślną lalką. Adorował jej siłę ducha, kpinę i uśmiech. Nie mogła się go tylko bać. Reszta poszła już łatwo.

   Teraz stali jako sojusznicy w uwolnieniu bakuganów i pozbyciu się wrogów. Razem. Niemal zadrżał na tą myśl.

– A potem będziesz celował na oślep – Wywróciła oczami i odgarnęła kilka kosmyków z jego czoła. – Wybacz, że nie chcę oberwać.

– Nic ci się nie stanie – Pogłaskał ją po głowie i przez jego twarz przemknął cień na wizję zranionej Jess. – Nigdy do tego nie dopuszczę – dodał groźniej.

   Pokiwała głową i podeszła bliżej robotów, zaplatając ręce za plecami. Czarny płaszcz powiewał za nią niczym skrzydła, a fioletowa mgła wiła się wokół nóg. Co prawda ustalili, że była ona jedynie dodatkową opcją, jeśli jakimś cudem plan wziąłby w łeb, ale i tak się cieszył, że tak dobrze ją oswoiła.

   Będzie najpotężniejszą władczynią, przed którą każdy pochyli głowę. Ale on i tak spojrzy tylko na niego.

   Tak powinno być. Po to się spotkali. Nie widziała tego wcześniej, ale teraz wszystko było już ułożone. Korona i potęga należały do ich.

– Too, jaki jest plan? – Zrobiła obrót, aż zafalowały jej włosy.

– Bardzo prosty – Założył ręce na piersi. – Ty musisz tylko wywołać jakieś drobne zamieszanie typu wdarcie się do laboratorium, co pewnie przyciągnie Mylene i Shadowa. Zenoheld ma na ciebie uważne oko. Resztą zajmiemy się z Gusem i nim ktoś się obejrzy – Zademonstrował dłońmi wybuch. – Korona jest moja, a kontroler zostaje zniszczony, co uwalnia bakugany. Pamiętaj tylko, by czekać na nas w hangarze koło Niszczyciela.

– O ile nic tam nie spadnie mi na głowę – Uniosła brew. – Jak na przykład kawałek sufitu czy ściany.

– Twój bakugan cię obroni – odparł spokojnie i spojrzał na Fludima.

   Z nim było trudniej, ale w końcu i jego umysł mu uległ. Zresztą czemu miałby nie, skoro Spectra teraz figurował tam jako ten co troszczył się o jego wojowniczkę i obiecał stworzenie pokojowych relacji z bakuganami?

   Wystarczy przelać trochę krwi i wszystko się ziści. Szczęście, pokój.

   Jego królestwo.

   Ciekawie w której koronie Jessie będzie najlepiej?

– Słucham? – Spojrzała na niego zdumiona.

   Ugryzł się w język. Dał się ponieść fantazjom i odezwał na głos.

– Mówiłem do siebie – Machnął ręką.

   Nie było sensu jej teraz mówić. Nie mogła się wystraszyć. Nie miał czasu, by znów zmieniać jej wspomnienia.

   Szczęśliwie rozległo się pukanie, po czym wszedł Gus z Lynciem.

– Mistrzu Spectra – Grav skłonił się, a Volan stał znudzony.

   Skinął głową ku Gusowi i obrócił się do Jessie z delikatnym uśmiechem.

– Musisz się wyspać, a ja mam jeszcze do załatwienia sprawę z Lynciem.

   Spojrzała na niego niepewnie, ale nigdzie nie ujrzał strachu. Dobrze. Tak miało być.

– W takim razie dobranoc.

– Dobranoc, Jessie.

   Gus skłonił się ponownie, przepuścił dziewczynę i oboje opuścili laboratorium. Drzwi cicho się zasunęły. Zapanowała cisza.

   Odetchnął, czując, jak wraca chłód i to ciemne, drapieżne uczucie pod czaszką.

– To czego ode mnie chciałeś? – spytał na pozór nonszalancko Volan, zakładając ręce za głowę.

   Żałosny akt. Widział, jak oczy uciekły mu na bok, ręka zadrżała, a oddech na sekundę zatrzymał się w płucach. Panika była wyczuwalna w powietrzu niczym gęsty smród.

   Uśmiechnął się, obnażając zęby i zaczął podchodzić. Powoli, mocno uderzając butami o białe linoleum. Dźwięki kroków odbijały się echem od ścian i martwych maszyn.

   Nogi Lynca zadrżały.

   Wyciągnął kartę i nieśpiesznie włożył do gantleta. Czerwony miecz zalśnił.

– Naprawdę myślałeś, że ci ufam, Lync? – zakpił i roześmiał się. Chłodny pogłos poniósł się w mroczne kąty. – Wiadomo, że taki szczur jak ty zaraz mnie zdradzi. Albo już to zrobiłeś.

– Nie! Ja...

– Nie? Błagam cię – Uniósł brew, a jego oko zapłonęło jaskrawą czerwienią. – Ty zawsze zmieniasz strony. Ale nie tym razem. Nie dam ci tego zniszczyć – zniżył głos, wydając z siebie niemal warknięcie. – Nie pobiegniesz do Hydrona. Nie zniszczysz mojego dzieła i nie zabierzesz jej ode mnie.

   Nawet jeśli Lync chciał się obronić, to jego ruchy były za wolne, za słabe. Patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, kiedy z rany zaczęła wyciekać jasnoczerwona krew. Uniósł drżącą jak w febrze rękę i dotknął cięcia. Jego usta otworzyły się w niemym krzyku, lecz wyciekł z nich tylko szkarłatny strumień, nim upadł w akompaniamencie głośnego charknięcia

   Czekał cierpliwie, aż przestanie się oszalałe wić. Zmarszczył brwi, kiedy palce obryzgane posoką przejechały po jego nogawce.

    Nienawidził krwi śmieci.

  Ale musiał przyznać, że to było na swój sposób fascynujące, patrzeć na pojedynek śmierci z życiem. Baronowi i Aceowi nie poświęcił tak uwagi, zaślepiony furią. Teraz mógł spokojnie obserwować, jak wpółprzytomny Lync rozpaczliwie dociskał dłoń do rany, próbując krzyczeć. Szarpał się, jakby walczył z niewidzialnymi dłońmi śmierci, póki nie zastygł w kałuży krwi.

   Westchnął, schował miecz i ruszył do wyjścia. Tylko on, Gus i Jess mieli tu dostęp. Jutro i tak to miejsce spłynie krwią, więc kogo zainteresuje trup z wcześniejszej nocy?

 

****

 

   Odór krwi jednocześnie słodki i metaliczny wiercił mu się w nosie. Czerwone światło alarmowe migało szaleńczo, kiedy kroczył korytarzem. Rękawiczki miał przesiąknięte posoką, co powinno go cieszyć w końcu należała do Hydrona.

   Ale coś było nie tak. Słyszał ryk smoka, który nie był Heliosem. Drago. Czyli Dan Kuso tu był, a to komplikowało plany. Nie chciał mieć zrozpaczonego po ujrzeniu martwych kumpli dzieciaka na łbie, bo pozbycie się Kuso póki co nie wchodziło w grę.

   Musiał dorwać Zenohelda.

– Gus, ruszamy natychmiast!

   Jednak zamiast swojego wiernego sługi i jego bakugana napotkał opustoszały hangar z nieruchomym Niszczycielem. Poczuł, jak krew zamienia się w lód. Rozejrzał się dokładniej, choć otoczenie zaczęło wirować. Gdzie Jessie? Gus go zdradził?

– Spectra, on tam leży – odezwał się jego bakugan i wskazał na odległy kąt hangaru, gdzie za kilkoma skrzyniami spoczywał związany Grav.

   W jego głowie eksplodowało kolejne tysiąc pytań, gdy przed oczami mu błysnęło i w następnej sekundzie leżał na posadzce. Wpatrywał się w szoku w sufit, nim jego umysł zarejestrował ostry ból, który promieniował gdzieś w okolicy mostka. Nie słyszał, co mówił Helios, bo do jego uszu doszedł dźwięk obcasów.

   Tylko jedna osoba mogła je teraz mieć.

– Jessie – wyszeptał.

   Dziewczyna spojrzała na niego z góry. Pobladła z mocno zaciśniętymi ustami. Fioletowy mgła ciągle przewijała się przez palce jej dłoni. Ach, więc to było to.

– Czemu?

   Próbował wstać, gdy przycisnęła jego kolano butem do ziemi. Ból stawał się coraz gorętszy w przeciwieństwie do zimnej plamy rozlewającej się na koszuli. Zacisnął zęby. To nie mogło się tako skończyć. Złapał ją za kostkę i szarpnął. Straciła równowagę i wylądowała na nim, wpijając łokieć w ranę. Zlekceważył to i gorączkowo wpatrywał się w jej twarz.

– Czemu?! – warknął. – Jak?!

– Moja moc jest silniejsza niż myślałeś – odparła.

   Ich oddechy mieszały się razem. Miał ją na wyciągnięcie ręki, mógł jej dotknąć. Jednak zamiast tego patrzył w jej oczy. Nienawiść, strach i wstręt migotały w nich, przeszywając go na wskroś i raniąc bardziej. Gdzie była miłość? Podziw?

– Od jak dawna?

   Przechyliła głowę i podniosła się, mrużąc oczy.

– Tygodnia. Ocknęłam się z twojej obrzydliwej fantazji.

   Tydzień. Siedem dni. Tyle chowała to przed nim. Tak długo. A on się nie zorientował. Ogarnęła go złość. Chciał jej dać wszystko, a ona go zdradziła.

– Zdradziłaś mnie – syknął, próbując ruszyć dłonią.

– Niby czemu miałabym nie? Zraniłeś mnie, Spectra. Zabiłeś moich przyjaciół – Przez jej twarz przemknął cień furii, a moc buchnęła energią.

– Chciałem ci dać wszystko!

– Nie, Spectra. Chciałeś zdobyć wszystko. A ja ci już powiedziałam – uśmiechnęła się smutno, unosząc rękę. Jej oczy na ułamek sekundy straciły w sobie coś ludzkiego. – To nie jest miłość. To obsesja.

   Cios fioletowej masy spadł na niego, lecz nie towarzyszył mu ból. Czuł tylko jak ciągnie go w dół, odrywając od ciała. Jessie podniosła się i obróciła. Odgłos obcasów oddalał się równo z zwalniającym rytmem jego serca.

   W końcu skrwawiona rękawiczka padła bezwładnie na podłogę.

 

 


 Hello tu autorka, którą nudzą już bohaterki w yandere opowieściach, które kończą no...chujowo XDDD Nie każdy się może spodziewał, ale dla mnie to najlepsze zakończenie.

Polecam gunshot by kard! Zajebisty kawałek

Odmeldowuje się!

sobota, 3 października 2020

S2 Rozdział 51: Szkarłatne oczy

 

There is no going back...

    Mało brakowało, a zakończyłabym tą wyśmienitą zabawę na Gundalii nieprzytomna. Ledwo Helios wleciał do hangaru  Niszczyciela, który był ładnie ukryty w chmurach z dala od pałacu, już zeskoczyłam na ziemię. Ruszyłam na oślep, co zakończyło się nadepnięciem na pętający się kawał blachy. Wywinęłam efektownego orła i niemal przywaliłabym skronią o róg ściany, lecz w dramatycznym geście ratowania się, szarpnęłam się w tył i skończyłam, lądując płasko niczym tupolew na podłodze. W biodrze nieco mi chrupnęło, a łokcie otarłam sobie boleśnie, ale halo! Wciąż byłam przytomna!

– Jak ty tyle przeżyłaś to doprawdy zagadka – dobiegło mnie mruknięcie Heliosa i poczułam jego potępieńczy wzrok na sobie.

– Bardziej osiągnięcie – wytknął Spectra, podając mi rękę.

– Akurat w kwestii samobójczych to nie powinieneś się odzywać, idziemy łeb w łeb – odgryzłam się i podniosłam, krzywiąc lekko.

   Chłopak westchnął ciężko, ale olałam to, bo była trochę więcej ważniejszych spraw. Choćby taka wojna na Gundalii, ciągły brak Aki oraz Jane i minimalne zakłócenia na Vestalii wywołane przez Tytana, którego matka musiała podrzucić dwa razy, lecz złapać już tylko raz.

– Dobrze, możemy się zająć kwestią, by i naszej planety nie trafił szlag? – spytałam, wymownie wskazując na wyjście z hangaru. – Nie żeby mi się śpieszyło, oczywiście – zakpiłam.

   Spectra pewnie wywrócił oczami – maska nie dała mi tego potwierdzić – i poprowadził mnie do pokoju, gdzie nigdy wcześniej nie byłam. Pewnie służyło mu za dodatkowe biuro, żeby unikać mojego trucia dupy za czasów Vexosów. Było tam w cholerę różnych sprzętów, jednak nie miałam czasu na podziwianie wnętrza, bo czas naglił. Wbiłam wzrok w tył jego płaszcza, kiedy grzebał w stosie kartek, szukając komunikatora i tupałam niecierpliwie nogą.

   Zmarszczyłam brwi, kiedy wyrzucił kolejną porcję makulatury za siebie. Tak w sumie to to pomieszczenie było niemal całkowicie zagracone. Wszędzie walały się kartki, jakieś tomy książek, wydruki.

– Gus nie zdążył posprzątać? – wypaliłam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

– Rzadko tu wchodził – odparł roztargniony i bez skrępowania wywalił jedną z szuflad na bok.

   Uniosłam wysoko brwi. Mój status społeczny aż tak ewoluował, że wchodziłam nawet tam, gdzie Kopciuszek za bardzo nie mógł? Po chwili poklepałam się w czoło. Pewnie zrobił to, bo i tak nic bym nie zrozumiała z tego całego naukowego bełkotu.

– Mam nadzieję, że pamiętasz numer brata – Podał mi komunikator. Był nieco większy niż normalne modele i z wyjątkiem rączki, to wyglądał niemal jak iphone. Jednak nie zastanawiałam się, tylko skinęłam głową i szybko wbiłam numer Kenjiego.

  Wpatrując się w ekran, zaklinałam w duchu, żeby odebrał. Co jeśli uwolnienie Tytana zakłóci łączność? Albo coś już mu się stało? Albo...

– Jessie? – Wydawał się spięty. To już źle wróżyło.

– Kenji, Reiko lub też nie ona, ale pewnie ona, coś zrobiła i czuję, że to obudziło Tytana. Albo coś naruszyło w rdzeniu. Moja moc...jest niespokojna – wyjaśniłam szybko i czekałam z bijącym sercem na odpowiedź.

– Ja...ja wiem – odparł. Pobladłam. Co? – Długo by wyjaśniać, ale wiemy, że poleciała na grób Sybilii.

– Tam jest fragment rdzenia... – wyszeptałam. – A w rdzeniu jest Tytan.

– Dokładnie – zgodził się ponuro. – Tylko nie mam pojęcia, czemu ona chce go wywołać.

    „Gdybyś dotknęła tablicy, ujrzałabyś całą jego przeszłość, a on znowu przejąłby twój umysł.” Zesztywniałam, przypominając sobie te słowa. Ale nie coś tu nie grało. Nie mogło chodzić o wspomnienia Tytana, to nie miałoby sensu, Reiko już je znała. Więc o co mogło chodzić?

   Przed oczami przewinęły mi się urywki, które widziałam, kiedy z nią walczyłam. Jej mąż, dzieci, dawne życie... Olśniło mnie.

   Co jeśli szukała jakiś odpowiedzi do swojej przeszłości?

– Chyba wiem, czego chce – powiedziałam. – Widzicie już Tytana?

– Nie – Ufff, chociaż tyle. – Ale... – Przełknął ślinę. – Jakby czuję coś dziwnego w głębi siebie. Niepokój. I z każdą chwilą narasta.

– Nie masz mocy jak ja, ale łączy nas krew. Jego krew. Mamy to przekleństwo w żyłach – westchnęłam. – Kenji, jeśli odciągniesz ją od Tytana, to zajebiście. Ale jeśli zdąży go przywołać to wiej.

– Nie.

   Zamrugałam kilka razy, myśląc, że się przesłyszałam.

– Jeśli ja jej nie zatrzymam, to kto to zrobi, Jess? – mruknął.

   W tle rozległ się okrzyk oburzonej Reinare „Tylko ty? A ja i Vena to co? Będziemy tam stać i ładnie wyglądać?!”. Zignorowałam ją, bo Kenji ostatecznie upadł na łeb. Nie sądziłam że skłonności samobójcze były u nas rodzinne!

– Ale tu nie chodzi o tą zjawę! – jęknęłam. – Tytan z pewnością cię wykorzysta albo co gorsza opęta! A jeśli nie zdoła... On... – Poczułam, jak wokół gardła okręca mi się lina. – On...

   Ręce zaczęły mi drżeć, a przed oczami przemykać różne obrazy. Kenji upadający na ziemię. Kenji skręcający się jak w agonii, jakby też czuł to gwałtowne wyrwanie ze własnej skóry. Krew, wszędzie leje się krew. Nagle puste oczy patrzą prosto w moją stronę. Rozbłyska w nich czerwień, ta przeklęta czerwień.

– Jessie, proszę, oddychaj.

   Wciągnęłam gwałtownie powietrze, wyrywając się z transu. Po policzkach ciekły mi łzy i zaciskałam dłoń na dole brzucha, wpijając paznokcie w miękką skórę.

– On cię zabije, Kenji – dokończyłam. – Nic go nie obejdzie, że jesteśmy rodziną.

– Nie będzie tak.

   Prychnęłam z irytacją.

– A skąd...

– Ponieważ – wszedł mi w słowo. – To tylko fragment jego duszy. On nie ma już ciała, które mógłby przejąć. Sama mi mówiłaś, jakim sposobem cię opętał. Teraz jest jedynie duchem. Pewnie wkurwiającym, przerażającym, ale ciągle duchem. Nic nie może mi zrobić.

– Nie wiesz tego na pewno, Kenji. Co jeśli przejmie Reiko? To nie jest siła, z którą można igrać.

– Masz traumę, Jessie. Rozumiem cię. Też mam kilka swoich – zaśmiał się bez cienia wesołości. – Wiem, że nie chcesz mnie stracić. Tak samo ja nie chcę ciebie. Ale skoro ja wiem, że wrócisz z tej wojny, to możesz też mi zaufać? Wrócę.

   Zagryzłam wargę. Miał rację, ale różniło nas to, że posiadałam moc. No i nie musiałam się mierzyć z jednym z okrutniejszych bakuganów.

– Proszę.

    Zacisnęłam mocniej palce na obudowie komunikatora. Może faktycznie zbytnio panikowałam i wszystko będzie dobrze. Ale co jeśli nie? Co jeśli znów się spóźnię? Co jeśli powtórzy się scenariusz z Voltem i Lyncem? Wątpliwości jedynie napływały, nasilając wrażenie, że zaraz się uduszę. Oddychałam płytko, nie umiejąc pozbyć się ciężaru z piersi.

   Wypuściłam powietrze. Kenji zgadł. Miałam traumę. Jeśli ciągle będzie na mnie wpływała, to tak jakbym pozwoliła Tytanowi dalej mną kierować.

   A ja dawno temu skończyłam z byciem jego marionetką.

– Uważaj, bro. Vena i Rei też – powiedziałam w końcu. Dadzą radzą.

   Przejechałam palcem po łańcuszku. Muszą.

    Usłyszałam, jak oddycha z ulgą.

– Do zobaczenia wkrótce, sis.

   Na tym połączenie się skończyło. Odłożyłam komunikator na stolik. Ciągle miałam wrażenie, jakbym krążyła gdzieś poza ciałem, póki nie oblekło mnie ciepło, a znajome piórka nie połaskotały po karku. Dopiero wtedy poczułam, jak byłam wyziębnięta i zaskakująco zmęczona.

– Jak poszło? – spytał Spectra wyjątkowo łagodnym tonem, podtrzymując mnie za ramiona, bym nie padła jak deska na ziemię.

– Kenji, Reinare i Vena lecą powstrzymać Reiko, bo póki co Tytan jeszcze się nie uaktywnił.

– Dlatego się popłakałaś?

   Pokręciłam głową i spuściłam wzrok na buty. Otuliłam się mocniej płaszczem.

– Po prostu się boję – wyznałam niechętnie. – To Tytan. Raz was prawie pozabijał, a teraz gdy mój brat może go spotkać, mnie tam nawet nie ma. Nie chcę...

– Nikogo nie stracisz – kolejny co przerywał mi w pół zdania. Zerknęłam na niego spode łba. – Twojemu bratu nic się nie stanie.

– Skąd ta pewność?

– Bo to twój brat – powiedział bez zawahania. – Więc da radę – Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i podał mi. – Teraz trzeba zająć się Gundalianiami, a potem wreszcie będziemy mogli wrócić do domu. Uwierz mi, bardziej obawiam się, że ty znów coś zrobisz.

– Jeszcze niczego nie odwaliłam.

– Jeszcze to słowo klucz – westchnął. – Chodź, Jessie. Trzeba to skończyć.

– Ohh – Uniosłam brew, osuszając łzy. – Ktoś brzmi na zmęczonego. Dwudziesty rok to już wstęp do starości? – Uśmiechnęłam się.

   Rzucił mi swoje popisowe lodowate spojrzenie.

– Nie prowokuj mnie. Jestem pewny, że nie wiem o wielu twoich wyczynach i raczej nie chcesz, by to się zmieniło.

   Ugryzłam się w język i oddałam mu płaszcz. Poczucie niepokoju ciągle ciążyło mi w środku, ale jakoś czułam się nieco lżejsza. Zwłaszcza gdy ujął mnie za przegub i pociągnął z powrotem do hangaru.

  

****

   Choć świat falował jej przed oczami, to odnosiła wrażenie, że z każdym krokiem spod jej stóp tryskały niebieskie iskry.

 Bo się przepalasz, przepalasz, przepalasz. Twoje ciało się rozpada.

   Zacisnęła mocniej szczęki i oczy. Nawet jeśli tak było, to nie mogła się zatrzymać. Ciągle nie miała odpowiedzi, a na pewno nie da znów się pochłonąć przez ciemność. Skończyła z gierkami Starożytnych! Nigdy nie powinna była ich słuchać czy wiązać się kontraktem!

   O ile on właściwie istniał... Odciągnęła dłonie z twarzy, a błękitne fale wiatru zaczęły szarpać jej szatę, kiedy złość zabulgotała w gardle. Bawili się nią, znając jej wspomnienia? Bo nigdy przecież nie uzyskała odpowiedzi...

– Reiko, tracisz kontrolę – gdzieś z góry rozległ się głos poważny Exedry. – Musisz się uspokoić.

– Twoja moc może zacząć poważnie uszkadzać Vestalię – dołączyła do niego Lars.

 Wasze przekleństwo. Moc, moc, moc. Zakuła cię w łańcuchy wiecznej niewoli. Zawsze bez prawa głosu nawet po śmierci. Czyż to nie smutne?

   Ten głos mógł być słodkim szeptem Tytana, nic ją to nie obchodziło. Wpatrywała się w dwie starożytne istoty patrzące na nią z góry. Zawsze tak było. Ona musiała być niżej. Ta co się kaja, ta co wypełniała idiotyczne rozkazy, choć to rani jej bliskich.

    Wtem ją to uderzyło. Ona ich nienawidziła. Palące, ciemne uczucie wypełniło ją od środka, a szata zafurkotała w oparach błękitu.

– To odpowiedzcie – wycedziła. – O czym zapomniałam? Kim jest krwawa królowa? Czy to ja? Co zrobiłam? Gdzie są wszystkie informacje o mnie? Dlaczego związałam się kontraktem?! – wrzasnęła. Niebieska fala rozeszła się na boki.

Jesteś potworem czy tak ci wmówiono? Rodzina cię nienawidzi z dobrego powodu czy dla ich własnej rozrywki?

– Reiko – Lars westchnęła. – Tak jak ty nie możesz zabijać ludzi, tak my nie możemy złamać naszych przyrzeczeń.

– Chciałaś odkupienia w zamian za zapomnienie – dodał surowo Exedra. – To była twoja decyzja.

   Tak, to brzmiało logicznie. Lecz czy było prawdą? Niby czemu chciałaby wiecznie żyć z tym poczuciem pustki? Skoro wróciły do niej jakieś strzępy, to nie mogło tak być. Ona chciała wiedzieć, ale oni nie. Wymazali ją, tak jak zrobiła to Jess. Tak musiało być!

   Kłamią. Kłamią. Uniosła dłonie. Zapłonął nad nimi niebieski ognik. Kłamią!

    Uśmiech wskoczył na jej usta, gdy przypomniała sobie kolejną rzecz.

– Nie mówiłabym do mnie takim tonem – Rozdzieliła płomyk na dwa i uformowała jeden na kształt łuku, a drugi strzały. – To wy oddaliście moc kolejnemu pokoleniu. Nie macie już siły domen.

– Co nie zmienia faktu, że powstrzymamy cię, jeśli zajdzie potrzeba.

– Ach tak? – Przechyliła głowę. – Tak jak powstrzymaliście Tytana przed opętaniem Jess? Albo atak na Nową Vestroię? Albo Zenohelda? – Zaśmiała się krótko, ostro. Znów nawiedziło ją uczucie deja vu, lecz je zignorowała. – Jesteście jedynie zwykłymi bóstwami dawnych czasów. Wasza potęga już nie istnieje.

   Naciągnęła cięciwę i wypuściła strzałę. Oblekła się jasnymi iskrami, nim grot zderzył się powierzchnią świata domen. Zaczęły od niego odbiegać grube rysy, a sylwetki falować jak senne mary. Po chwili cała przestrzeń pękła niczym mydlana bańka, urywając krótki okrzyk Lars.

   Łuk rozpłynął się w powietrzu. Reiko opuściła głowę i uśmiechnęła, widząc, że znów pod stopami ma śnieg. Zimno przebiegło ją wzdłuż kręgosłupa. Zatrzęsła się.

   Wciąż żyła. Czuła. Odetchnęła głęboko i weszła głębiej w Zieloną Dzielnicę. Śnieg przyjemnie chrupał pod jej nogami, aż nie stanęła przed grobem Sybilli. Kamienna tablica w sekundę oblekła się fioletem, jakby Tytan tylko na to czekał.

   Może w innej sytuacji Reiko by cię wycofała albo spróbowała podejść do tego spokojniej. Jednak wizja zemsty Starożytnych i wyżerająca ją pustka popchnęły ją ku ryzyku. Usiadła na piętach i dotknęła alabastrową dłonią kamienia. Mrok otoczył jej palce.

– Starożytni nie dali mi odpowiedzi, lecz ty wiesz wszystko. Pojaw-

   Tuż za nią rozległ się trzask gałęzi.

 

****

 

   Śnieg uderzał o szyby, gdy taksówka pruła coraz wyżej między wieżowcami. Kenji czuł, jak mocno bije jego serce, a w dole coś nieprzyjemnie się ściska jakby lodowy łańcuch.

– Jak właściwie chcemy to zrobić? – Reinare odwróciła się do nich z przedniego siedzenia. – Jak powstrzymać ducha przed wywołaniem kolejnego?

– Nie mam pojęcia – Potrząsnął głową. W jednej dłoni wciąż ściskał komunikator, a drugą uspokajająco gładził rękę Veny. – Chcę ją jakoś uspokoić.

– Myślisz, że to podziała? – Vena zasępiła się. – Nie wyglądała, by rozumiała, co się dzieje wokół niej.

– Trzeba spróbować. 

    Auto zahamowało gwałtownie, aż szarpnęło nimi w przód. Robot - kierowca rzucił im jakieś pozdrowienia, lecz go nie słuchali, tylko wygramolili się na zewnątrz i stanęli po kostki w gęstym śniegu.

   Dzielnica nie była duża, więc pomimo wielu wirujących białych płatków bez trudu dostrzegli Reiko. Kenji przełknął ślinę. Teraz doskonale zrozumiał, co miała na myśli Jessie. To miejsce wyglądało na spokojne i opustoszałe, lecz on czuł, że coś wije się pod spodem. Zaciekawione i mroczne. Zadrżał, ale nie od chłodu.

– Jeszcze nie ma Tytana – zauważyła z ulgą Rei.

– O ile on ma się pojawić tak jak duch – mruknęła Vena, mocniej ściskając dłonie z Kenjim. – Co jeśli tylko Reiko go widzi?

    Mogła mieć rację, lecz i tak ruszyli w przód. Reiko zdawała się nie zauważyć ich obecności. Przyklękła przy kamiennej tablicy i coś mówiła, jednak jej słowa pochłonął świst wiatru. Kiedy położyła dłoń na grobie, Vena nastąpiła na gałązkę. Kobieta zesztywniała, po czym odwróciła się.

    Jessie mówiła, że kolory oczu Reiko się zmieniały. Sam miał o tym niewyraźne wspomnienia z dzieciństwa. Jednak teraz poczuł się sparaliżowany, gdy przeszyła go wzrokiem szkarłatnych jak krew soczewkami.

– Kenji? – W sekundę jej wyraz twarzy złagodniał, stał się niemal matczyny. – Dlaczego tu przyszedłeś?

   Spojrzał na Venę i skinął lekko głową. Ta zacisnęła mocniej wargi, ale puściła jego dłoń. Podszedł bliżej Reiko, aż słyszał jej przyśpieszony oddech.

– Bo nie chciałem, byś to zrobiła – odparł, wskazując na tablicę. – Nie wiem, co się dzieje, Reiko, ale czy nie ma lepszego sposobu? To Tytan.

– On nic wam nie zrobi. Czy też Vestalii – Przyłożyła dłoń na piersi. Skóra była gdzieniegdzie popękana i pokryta wyschniętą niebieską cieczą. – Nie ma dla siebie naczynia. Ale na samej Dzielnicy może być niebezpiecznie, więc zawracajcie.

– Po co?

    Pytanie zawisło między nimi. Reiko opuściła wzrok i potarła razem dłonie. Odetchnęła. Obłok pary poniósł się ku sinemu niebu.

– Potrzebuję odpowiedzi, które tylko on pamięta.

– Po co?

   Podniosła głowę. Czerwone oczy były zimne jak grudki lodu.

– Bo jeśli zostałam okłamana, to na darmo zraniłam twoją siostrę. A twoi rodzice i Cassandra mogliby dalej żyć.

    Miał wrażenie, że całe powietrze uciekło mu z płuc. Nie mógł złapać oddechu, a głowa zaczęła mu pulsować.

   Płonący zamek. Uśmiech Cassie, zanim wyszła z jego komnaty. Skrwawiony miecz błyszczący w ogniu. To wszystko mogło się nie zdarzyć?

– Przecież nie możesz cofnąć czasu – Vena położyła ręką na jego ramieniu i mocno ścisnęła. Nieme „trzymaj się”. – Nie odczynisz dawnych tragedii.

– Ale mogę ukarać sprawców – syknęła Reiko. Cała jej łagodność i opanowanie zniknęło, ustępując miejsca furii. Zagięła palce prawej dłoni. – Za te lata manipulacji, za śmierć Cassandry, Davida – głos jej zadrżał. – i Melody...

   Dziewczyna zamrugała i zmarszczyła brwi. W jej oczach coś błysnęło i pokręciła głową.

– To nieprawda.

   Teraz była kolej Reiko, by zmrużyć oczy.

– Nie znas...

– Nie chcesz ukarać sprawców. Nie, ty się boisz – Venelana splotła ręce na piersi. – I próbujesz sobie udowodnić, że wcale nie jesteś potworem. Jesteś... – urwała. – Nieważne.

   Reiko otworzyła usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zerwał się mocny wiatr, przez co jej białe włosy przykryły twarz. Zdawało się, że czerwień jej oczu zaczęła zanikać.

    Nagle rozległy się oklaski. Mężczyzna o bladej skórze, równie szkarłatnych tęczówkach co kobieta i ubrany w czarny garnitur siedział na kamiennej tablicy. Kiedy spojrzenia wszystkich spoczęły na nim, uśmiechnął się szeroko. Na policzku miał znak Darkusa.

    Vena i Rei przyglądały mu się skonfundowane, ale Kenji wiedział, kim jest. Tak Jessie opisała Tytana, gdy spotkała go w podziemiach.

– Choć jesteś tylko człowieczkiem, to całkiem dobrze odczytałaś moją najbardziej zwichrowaną potomkinię – odezwał się głosem głębokim i powodującym nieprzyjemny dreszcz.

– Em, nie powinieneś być bakuganem? – wyrwało się Reinare, na co Tytan prychnął.

– Zaklęto mnie w takiej formie, by wasze człowiecze mózgi nie wpadały za każdym razem w panikę na mój widok.

   Reiko odwróciła się w jego stronę i nim ktokolwiek się poruszył, przed Kenjim wyrosła błękitna bariera, która roztoczyła się wokół Tytana i kobiety.

– Reiko!

– Przepraszam, ale nie dajecie mi innego wyjścia – mruknęła i zagięła dwa palce. Bariery podwoiły grubość. Odwróciła się plecami. – A teraz daj mi odpowiedzi, Tytan.

 

****

– Yyy, to co teraz? – spytała Rei.

   Przez barierę nie mogli nawet usłyszeć rozmowy. Widzieli jedynie pełznące po ziemi języki ciemności i błękitne iskry. Kenji przez chwilę przyglądał się, jak Tytan wygina twarz w pogardliwym grymasie, po czym odwrócił się do narzeczonej.

– Skąd wiedziałaś, o co jej chodziło?

– Po prostu przypomniała mnie kiedyś – Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Nienawidzącą się tak, że desperacko próbowała zwalić winę na kogoś innego.

– Och, Vena... – Pogłaskał ją po głowie, strząsając śnieg.

– Bardzo to wzruszające – przerwała Reinare. – Ale jakby nie było sytuacja się pogorszyła. I to bardzo – Wycelowała palcem w niebo.

    Podnieśli wzrok i zesztywnieli. Purpurowy strumień wbijał się w szare chmury, od czego odchodziły fioletowe okręgi. Źródłem oczywiście był grób. Kenji przełknął głośno ślinę.

– Trzeba odciągnąć Reiko od Tytana i to zaraz – szepnęła Vena.

– Tylko że my nie damy rady, to jest za grube – mruknęła Rei, kiwając podbródkiem na barierę.

– Ale nasze bakugany mogą dać – uznał Kenji. – Blast?

    Blast, Sombra i Kasai jednocześnie przytaknęli i wskoczyli do dłoni swoich partnerów. W tym samym momencie usłyszeli huk.

   Tytan i Reiko trzymali się na rękę. Strumienie wiatru rozchodziły się na boki, porywając za sobą zwały śniegu. Purpurowe pioruny uderzały o ziemię, rozbijając błękitne fale otaczające Reiko. Sama kobieta osunęła się i jedynie Tytan powstrzymywał ją przed upadkiem. Przejechał językiem po wardze, a oczy mu rozbłysły. Przez chwilę mieli wrażenie, że jego zamiast zębów ma kły.

    Puścił dłoń Reiko, a ta niczym bezwładna kukła zawisła w powietrzu. Po jej skórze biegły czarne linie, które lekko pulsowały. Kolejne trzy strumienie fioletu wystrzeliły ku niebu, które zaczęło przybierać barwę purpury i niebezpiecznie grzmieć.

– Co ty chcesz zrobić? – krzyknął Kenji.

– Ooo, mój kolejny potomek! – Tytan oparł się o tablicę i zaplótł ręce. – Powiedzmy, że chcę zobaczyć, ile mocy zostało w jej sztucznym ciele. I ile z Vestalii zniszczy jej nienawiść – uśmiechnął się złośliwie. – W końcu szaleństwo i nienawiść to moja specjalność. Szczególnie doprawiona rozpaczą.

    Reiko otworzyła usta w niemym krzyku i zgięła się konwulsyjnie, przez co wydobyły się z niej kolejne ciemne języki i dołączyły do strumienia wbijającego się w niebo.

– On ma rację  – odezwała się cicho Sombra. – To wszystko to moc Reiko.

– A ona nie była niebieska?

– Została splamiona – odparł bakugan Darkusa. – Bo to to co robił Tytan. Plugawił innych.

 

****

   Reiko uderzyła kolanami o marmurową posadzkę. W gardła wyrwał jej się zduszony okrzyk bólu, aż ją to zdziwiło. Owszem miała czucie, ale w sztucznym ciele było przytępione. Więc czemu teraz miała wrażenie, że stała się nadwrażliwa?

   Podniosła się i rozejrzała, od razu pochmurniejąc. To były krużganki, a raczej ta ich część, gdzie mogła przebywać tylko pod nadzorem. Minęli ją strażnicy odziani w królewskie barwy. Kojarzyła ich. Oni stali na straży, kiedy odbierano jej Rebekę i Daichiego.

   Zacisnęła pięści. Mogło minąć czterysta lat, lecz jej nienawiść jedynie się wzmacniała. Gdyby nie była jedynie biernym obserwatorem, to najchętniej rozsadziłaby te mury w drobny mak.

Wcale nie jesteś potworem.

   Prychnęła z pogardę i wzniosła się nad posadzkę, płynąc swobodnie w powietrzu. Teraz nie potrzebowała sobie niczego udowadniać, bo widok tych murów od razu jej przypomniał, kto był prawdziwym monstrum.

  Choć marmurowe ściany błyszczały, srebrne żyrandole oświetlały pomieszczenia, a drogie sprzęty onieśmielały swym bogactwem, to nie mogły ukryć kłamstw. Wystawione w okrągłej galerii północnej wieży portrety władców w dystyngowanych strojach ze złotymi koronami na głowach wydawały jej się kpiące. Oni nie byli tu żadnymi królami czy choćby mieszkańcami.

     Potwory uważały ich za potwory, czyż to nie było ironiczne?

    Odwróciła głowę, słysząc skrzypnięcie drzwi. Do środka weszła drobna kobieta w prostej białej sukni z doszytym różowym fartuchem. Reiko ścisnęło w gardle, widząc, kogo trzymała za rękę.

– Rebi – wykrztusiła, choć jej głos nie dochodził do dziewczynki.

   Jej śliczna mała córeczka rozglądała się zdezorientowana wkoło. Przyciskała do siebie lalkę o długich zielonych włosach. Avalę, jeśli Reiko dobrze pamiętała. Razem z Kazuhiro zrobiła ją na czwarte urodziny Rebeki.

   Łzy zaczęły jej płynąć po policzkach.

– Gdzie idziemy? – spytała dziewczynka. – Dlaczego tak nagle?

– Idziemy odwiedzić twojego tatę, Rebeko – odparła kobieta, która była wyraźnie zdenerwowana, jednak próbowała się uśmiechnąć.

– A co z mamą? Tęsknię za nią!

– Ach panienki matka – Po twarzy służącej przemknął cień, który znów rozsierdził Reiko. Zawsze ta pogarda, zawsze ten wyraz twarzy! – To może być teraz niemożliwe.

   Po tych słowach obie wyszły. Reiko chciała iść za nimi, gdy głośny rumor przyciągnął jej uwagę. Wyszła z galerii i zeszła po schodach.

   Żyrandol uderzył tuż przed jej nogami. Odłamki szkła i srebra rozprysnęły się w cztery strony świata. Po chwili między nimi zaczął sączyć się mały strumyk krwi. Zamrugała kilka razy, czując, jak ogarnia ją chłód. Nie pamiętała o żadnym takim ataku. Kazuhiro jej o tym nie powiedział?

   Obeszła żyrandol i ujrzała ciało jednego ze strażników. Pustymi oczami wpatrywał się w sufit, a na piersi miał głęboką poszarpaną ranę, z której wypływała ciągle czerwona substancja. Przyklękła, mrużąc oczy. Kto to zrobił? Cięcie było idealne, bez żadnych poszarpanych brzegów i bez trudu przebiło się przez zbroję.

– Nie, pro...!

   Widziała wszystko jak w zwolnionym filmie. Strażnik, który ją mijał, patrzył się z przerażeniem w tył, gdy powietrze przeciął jasny błysk. Trysnęła krew, a ten zwalił się jak marionetka pozbawiona sznurków na posadzkę. Drgnął kilka razy, nim zastygł. Na piersi miał identyczną ranę.

– Ja też prosiłam.

    Reiko wciągnęła głośno powietrze. Nie... Zakołysała się, czując, jakby się nagle ciasno we własnej skórze. Nie... Ten głos...

   Dźwięk sunięcie metalu po marmurze odbijał się od ścian. Z cienia wyszła ona. Młodsza, w królewskiej sukni z beżowego jedwabiu, gdzie na przodzie pyszniły się herb Evelenorów. Choć obecnie przez ilość krwi materiał przybrał barwę brudnej czerwieni. Tiarę miała osuniętą na prawę skroń, długie kolczyki brzęczały z każdym krokiem, a błękitna moc grubą wstęga wijała się wokół nadgarstków, gotowa na każdy rozkaz.

Krwawa królowa.

   Drżała. To nie mogła być prawda. To co przed nią stało wyglądało jak koszmarna senna mara. Nie ona. Na pewno nie ona!

    Jej młodsza wersja spojrzała na schody, choć wydawało się, że patrzyła na nią. Co było absurdalne, nie wiedziała o jej obecności.

   Czerwone oczy wypełnione obłędem. Identyczne jak u Tytana.

   Podniosła miecz. Reiko zachłysnęła się, kiedy ujrzała swoje własne oblicze. Twarz pełna zaschniętych plam krwi, a oczy szkarłatne jak rubin.

    Młodsza ona zachichotała.

  Krwawa królowa!



Taa, rozdział długi i dalej nie skończyłam wątku z Reiko XDDD Ale no musiałam wtrącić Kessie na początku. Niby wypalam się do tej części, ale to nawet łatwo się pisało. Co prawda pewnie umiałabym lepiej, ale lecę już po zakończenie. Szkółka mnie kiedyś zapierdoli, choć to maturalna. Może zdarzę przed maturką zacząć 3 część, a potem wooolno pisać ją na studiach XDD Kto wie, obym zdała, zwłaszcza matmę