piątek, 19 lipca 2019

Okno - one shot #11


   Grzmiało w oddali, deszcz siekał ostro, sprawiając, że nawet jego płaszcz zaczął przemakać. Mimo to nie ruszył się z bezpiecznego miejsca. Nie chciał ryzykować, że go znów zobaczy, skoro już dziś przypadkiem na siebie wpadli, gdy próbował się chyłkiem wycofać ze stacji metra i wziąć taksówkę. Nie mogła niczego podejrzewać.
   Woda spływała mu z włosów, a palce stóp cierpły z zimna, kiedy został wynagrodzony za swoją cierpliwość. Pomiędzy gałęziami drzewa pojawiło się światło bijące z lampy w jej pokoju. Jak zawsze nie zasunęła zasłon, dzięki czemu miał świetny widok, jak powoli czesze swoje grube fioletowe włosy. Jej oba nadgarstki były nagie.
   Wsunął rękę do kieszeni i przesunął palcem po błękitnych koralikach bransoletki. Ciekawe, czy dziś też będzie przetrząsała całą toaletkę, myśląc, że ją gdzieś zostawiła? Tak samo jak szukała swojej gumki, kolczyka oraz białej apaszki. Wiedział, że z każdą kradzieżą wiązało się ryzyko złapania, ale nie mógł się powstrzymać. Wszystkie te rzeczy miały jej zapach. Przyjemny, kojący i sprawiający, że zasypiał bez koszmarów. Same zdjęcia już mu nie wystarczały. Musiał posiąść jakiś jej fragment.
   Nagle obróciła głowę w stronę okna. Poruszył się niespokojnie, choć nie było szans, by go dostrzegła z tej perspektywy. Zmarszczyła uroczo nos, potrząsnęła głową i złapała dół swojej koszulki. Przełknął ślinę. Dziś naprawdę został wynagrodzony.
   Gdyby mógł, wyciągnąłby aparat i uchwyciłby jak najwięcej ujęć jej kształtnej figury. Tak pozostały mu tylko oczy, którymi chłonął każdy milimetr, każdą wypukłość, każde wgłębienie. Och, jak chciałby móc dotknąć tej miękkiej skóry lub wsunąć dłonie w jej długie, pachnące wanilią włosy. Lecz wiedział, że nie miał na to szans. Nie była nim zainteresowana i zapewne nawet nie pamiętała jego imienia.
   Wstała, znikając z jego oczu. Po chwili światło zgasło. Zmarszczył brwi, bo dopiero teraz do niego dotarło, że coś było nie tak. Zazwyczaj w piątki po lekcjach śpiewu szła do restauracji zjeść sushi, potem wracała do domu, przebierała się i wychodziła ze swoimi przyjaciółkami. Jednak teraz wyglądało, jakby się położyła. A może poszła do łazienki?
   Po dwudziestu minutach uznał, że zasnęła, więc obrócił się na pięcie. Dziś już nie będzie mógł za nią chodzić, więc wróci do siebie i zażyje trochę snu. Nie mógł wywoływać pytań ani podejrzeń w pracy. Wszystko musiało być perfekcyjne, przynajmniej na powierzchni.
   Kiedy dochodził już do zakrętu, olśnienie uderzyło go jak grom z jasnego nieba. Nie zamknęła drzwi. Doskonale wiedział, że miała swój zwyczaj i zawsze oprócz zakluczenia zamka na dole, robiła to samo na górze, a dziś nie widział, by zasuwka się przekręcała. Serce mu szybko zabiło, a w gardle zaschło. Właśnie dostał niepowtarzalną okazję od losu, by wreszcie móc ujrzeć ją z bliska, by móc wdychać jej zapach.
   Szybko zawrócił i idąc pod murem, dotarł pod odpowiedni dom. Przeskoczył przez niski płotek i dopadł do drzwi. Dotknął zimnego metalu klamki, a przez jego ciało przebiegł dreszcz. Jeśli się pomylił, to koniec gry, ale wiedział, że nie było już powrotu. Te kilkanaście miesięcy obserwowania, kilkaset dni fantazjowania, kilka tysięcy godzin spędzonych na robieniu zdjęć, kilka milionów minut noszenia w sobie uczucia pustki. Nie zdzierżyłby już ani sekundy dłużej podobnych tortur. Jego umysł wołał o uwolnienie podobnie jak żądzą, którą zduszał od samego początku.
   Nacisnął i delikatnie popchnął. Drzwi ustąpiły i wpuściły go do zalanego mrokiem korytarza. Ostrożnie ustawił stopy, by nie wywołać żadnego dźwięku. W oddali słychać było tylko tykanie zegara oraz stukot kropel deszczu o szyby. Wyciągnął podręczną latarkę i szybko oświetlił sobie schody. Żadnych przeszkód. Wyłączył i zatopił się w ciemność.
   Stawał krok za krokiem, uważnie nasłuchując, jednak wszystko zdawało się potwierdzać jego domysły. Spała. Uśmiechnął się, czując, jak jego serce zaczyna szybciej bić. Wszedł na piętro i idąc niemal na palcach podszedł pod jej pokój.
   Przyłożył ucho do drzwi. Poczuł łaskotanie w brzuchu, gdy usłyszał spokojny równomierny oddech. Wszedł do środka.
   Oświetlało ją jedynie słabe światło ulicy, lecz on już czuł, jak miękną mu nogi. Spała na plecach z rozrzuconymi na boki rękami, a jej włosy rozsypały się wokół jej głowy, tworząc coś na kształt. Miała lekko otwarte usta i czarne długie rzęsy rzucające cienie na policzki.
   Była taka piękna, taka niewinna, taka urocza, że aż ledwo można było uwierzyć w jej istnienie.
   Wyciągnął drżącą dłoń i opuszką palca trącił nadgarstek. Kontakt z ciepłą skórą sprawił, że prawie ujrzał gwiazdy.
    Właśnie w tym momencie coś w jego wnętrzu się złamało. Uklęknął i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, uważnie obserwując jej twarz. Gdy dotknął buteleczki, zawahał się, ale zaraz prychnął w duchu nad własną głupotą. Przecież ona też musiała tego chcieć, w końcu zostawiła dla niego otwarte drzwi. Wiedziała o nim i czekała, aż wykona ruch. Chciała z nim być w ich własnym małym świecie, gdzie tylko oni będą mieli wstęp.
   Słodkawy zapach rozniósł się po pokoju, na co jej powieka drgnęła. Pogładził ją po policzku. Otworzyła gwałtownie oczy, prezentując swoje przenikliwe błękitne tęczówki. Spojrzała na niego ze strachem, po czym zamrugała gwałtownie.
– Co ty tu robisz, Gus? – spytała, suną ręką ku ramie łóżka. – I co zamierzasz zrobić?
   Przygniótł ją do materaca za pomocą lewego przedramienia, przyszpilając jej nadgarstek kolanem. Wiedział, że trzymała paralizator zawsze w swoim pobliżu, ale nie pomyślał, by się go pozbyć wcześniej.
– Zaraz będzie po wszystkim – przemówił kojącym głosem.
– Spierdalaj, pojebie! – krzyknęła, próbując się uwolnić. – Puszczaj! – Kopnęła go mocno w okolice nerki, na co zakrztusił się powietrzem, ale zachował równowagę i niemal brutalnie przycisnął szmatką nasączoną chloroformem do jej ust.
   Walczyła przez chwilę, kopiąc na oślep i próbując sięgnąć paralizator, który na swoje nieszczęście chwile zrzuciła na podłogę. Jednak z każdą chwilą jej ruchy stawały się coraz wolniejsze i słabsze, aż zamknęła oczy i zapadła w kolejny mocny sen.
   Wsadził szmatkę do kieszeni i podniósł się, biorąc dziewczynę na ręce.
– Nie masz się o co martwić, Akane – powiedział miękkim głosem i odsunął kosmyki z jej czoła. – Wszystko będzie dobrze. Zabiorę cię stąd
  Do miejsca, gdzie będziemy tylko my.
   



Nie pytajcie, czemu mam taki wylew weny na yandere charaktery XDD Jakoś mnie wzięło po piosenkach Melanie Martinez, zresztą yandere!Gusa to ja już chciałam napisać hohoho na Halloween xDD W każdym razie wybaczcie, że nie rozdział, ale dalej jest w fazie pisania
Odmeldowuje się!
Ps. Nw czy gorszy czy lepszy od tego ze Spectrą, ale dla mnie Grav na pewno byłby innym typem yandere. I to tym gorszym, bo długo możesz sobie nie zdawać sprawy, kto się tak wpatruje w twoje okno...
Słodkich snów <3 p="">

wtorek, 16 lipca 2019

Obsesja - One shot #10


   Uśmiechnął się triumfalnie, widząc, jak z jej twarzy odpływa krew. Nie odezwała się, choć w orzechowych tęczówkach tliła się złość. Rozczulało go to w jakiś specyficzny sposób. Była jak ptaszek w klatce, który myśli, że uda mu się uciec między prętami, kiedy właściciel nie patrzy.
    Wszystkie kobiety dotychczas miał na skinięcie palca. Robiły, co tylko chciał, by zyskać jego aprobatę. Żałosne idiotki wdeptujące własną godność w ziemię.  Ona była inna. Posiadała swoją dumę i choć czasami przeradzała się ona w brawurę, przez którą mówiła mu okropne rzeczy lub próbowała uciec tak jak teraz, to jej wybaczał. W końcu żadna miłość nie jest idealna na początku, prawda?
   Chciał uczynić ją swoją królową, która wraz nim zasiądzie na tronie w złocistej koronie. Widzieć te tłumy padające przed nimi na kolana. Rozkoszować się wykrzywionymi w agonii twarzami przeciwników, po to by w akcie litości wydrzeć z nich życie. Każdego kto ośmielił się mu przeszkodzić lub choćby stanąć na drodze.
   Złapał ją za ramię i przycisnął do ściany, a drugą dłoń wsunął w miękkie sploty brązowych włosów.
   Nieważne ile razy spróbowała uciec, on zawsze ją łapał. Powoli stawało się to jednak nużące. Czemu ona nie rozumiała, że cierpienie innych było konieczne w osiągnięciu jego celu? Czemu bardziej skupiała się na jakiś cholernych bakuganach zamiast na nim?! Wykrzywił twarz w grymasie, ale zaraz się opanował.
   Nawinął na palec kosmyk, przysuwając się bliżej. Słyszał, jak jej serce zaczyna szybciej bić oraz jak wciąga powietrze. Bała się go. Skrzywił się ze złości. Dlaczego? Przecież robił to wszystko dla niej! Niszczył każdego, kto mógł im zaszkodzić lub zdusić drzemiącą w niej potęgę! Wciągnął powietrze nosem. Musiał zachować spokój, nie mógł jej bardziej straszyć.
     Zdjął maskę i pochylił się ku niej.
Naprawdę myślałaś, że przede mną uciekniesz, Jessie?
   Patrzył, jak wygina usta w wrednym uśmiechu. Robiła tak za każdym razem, gdy miała zamiar rzucić jakąś złośliwą uwagą. Ten wyraz twarzy niezwykle jej pasował i był nawet uroczy.
   Wtedy jego opanowanie pękło. Przycisnął jej nadgarstki do ściany i ignorując okrzyk bólu, wpił się chciwie w te miękkie wargi. Nie obchodziło go, że dziewczyna się szarpie, próbując uciec, że zaraz mogą się zlecieć strażnicy, że Hydron się dowie. On się nie liczył. I tak go zabije. Powoli i z rozmysłem będzie przelewał każdą kroplę jego pieprzonej królewskiej krwi, aż padnie królewicz zacznie błagać o śmierć.
   Zabije każdego, kto mu się postawi.
   Nagle poczuł ostry ból i po jego brodzie spłynęła strużka krwi. Odsunął się, dotykając wargi. Ugryzła go.
  Aż tak mnie nienawidzisz?
   Nogi jej drżały, lecz w oczach i tak płonął ogień. Nie chciała się poddać. Rzucała mu wyzwanie
Nie pozwolę ci odejść – szepnął, po czym przycisnął jej ramiona mocniej do ściany. Syknęła. – Jestem wszystkim, czego potrzebujesz.
– Ty potrzebujesz pieprzonej terapii – warknęła i szarpnęła się. – Złaź ze mnie!
– Nie powinnaś tak mówić – Ujął ją za nadgarstek i pociągnął ku wyjściu z zaułka. – Nie chciałbym odciąć ci języka, bo lubię twój głos, nawet jeśli wypowiada tyle oszczerstw.
   Poszła za nim bez oporu. Póki co musiał ją zmuszać groźbami do bycia posłuszną, ale co miał zrobić, skoro była taka zbuntowana? Nie chciał używać pięści i niszczyć jej pięknej jasnej skóry siniakami. Choć jeśli dalej będzie taka albo spróbuje przeciw niemu knuć...
   Białe drzwi się rozsunęły, a światło z korytarza oświetliło kawałek łóżka oraz regału wypełnionego książki. Poluźnił uścisk, co Jess natychmiast wykorzystała i wpadła do środka, unikając jego spojrzenia. Westchnął i ubrał znów maskę.
– Wojownicy przegrają – powiedział zimno.
   Zerknęła przez ramię i uniosła brew.
– Taki jesteś pewny? Jakoś nie zauważyłam.
– Wojownicy przegrają – powtórzył, ignorując jej słowa. – Została ich tylko czwórka.
– Wystarczy by uwolnili Barona oraz Ace’a z lochu.
– A w czym pomogą im trupy?
   Skamieniała, po czym powoli przełknęła ślinę.
– C-co? Zabiłeś ich?
   Zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się i już miała złapać nocną lampkę, ale zdążył wykręcić  jej rękę. Sprzęt upadł na posadzkę. Rozbite kawałki żarówki potoczyły się po posadzce.
– Chcieli ci mnie odebrać – Otulił dłonią jej policzek. Uśmiechnął się. – A przecież powiedziałem ci, że zabiję każdego, kto spróbuje mi wejść w drogę, prawda?
   Zacisnęła wargi, aż zbielały, lecz w kącikach jej oczu już zaczęły zbierać się łzy. Poczuł ukłucie zazdrości. Za nim by nie płakała. Martwi, a tak ciągle mu wadzili.
– Może następnym razem powinienem torturować Dana na twoich oczach, hm? Ciekawe, ile ten szczeniak wytrzymałby dawek prądu? Piętnaście? Osiemnaście? A może będzie nowym workiem treningowym dla Heliosa?
– Przestań – wydusiła przez zęby. – Dan ci nic nie zrobił.
– Denerwuje mnie, ale masz rację – Pogładził jej policzek kciukiem. – To wcale nie musi się tak skończyć. Mogę dać ci tak wiele. Władzę, siłę, bogactwo i miłość. Twoi przyjaciele przestaną być wrogami Vestalian, bakugany zyskają wolność, jeśli tego chcesz.
– I to wszystko za nic? – prychnęła z kpiną.
– Musisz tylko mnie pokochać – szepnął. – Patrzeć tylko na mnie. Uśmiechać tylko dla mnie. Być moją. Resztą sam się zajmę, nie będziesz musiała się martwić o nic – Ujął jej twarz w dłonie. – W końcu cię kocham.
   Nawet jeśli ujrzał obrzydzenie w orzechowych tęczówkach, to je zignorował. Puścił ją i ruszył ku wyjściu. Miał dziś jeszcze wiele do zrobienia.
– To nie jest miłość – powiedziała cicho.
   Zaśmiał się oschle.
– Mylisz się, to jest prawdziwa miłość. Gdziekolwiek uciekniesz czy schowasz, znajdę cię. I zabiję, lecz nie ciebie oczywiście, lecz tych, którzy ci pomogli. Nikt będzie mi się sprzeciwiał.
  Pokręciła głową i wsunęła dłonie we włosy, ciągnąc je.
– Jesteś popierdolony. Naprawdę popierdolony.
  Obrócił się do niej przodem. Połowę jego twarzy skrywała ciemność, a drugą oświetlało białe światło.
– Nigdy nie pozwolę ci mnie opuścić, Jessie.

  


Taka miniaturka z yandere!Spectrą, by dać znać, że żyje XD Rozdział ruszę w środę, więc do czwartku powinien być XD Co do shociku, to nw czy wyszedł dobrze, bo nigdy nie pisałam tak skrzywionych psychicznie postaci...znaczy wait mam kilka psycholi, ale nie z tego podgatunku XD No pozostawiam waszej ocenie i idę spać...chyba
Odmeldowuje się!

sobota, 22 czerwca 2019

S2 Rozdział 33: Bitwa o wszystko


  Airzel uważnie wpatrywał się w dwa bakugany, które zacięcie toczyły bitwę od dobrych kilkunastu minut. Mimo że żadne z nich nie pokazywało po sobie żadnych oznak poddania, to zdecydowanie wąż górował. Przez cały czas syczał z satysfakcją i oblizywał się, jakby jego przeciwnik był wyjątkowo smacznym kąskiem.
   Co do samej dziewczyny... wysłał ją do walki przeciwko swoim, by udowodniła do jakiego stopnia mówiła prawdę. Zrobiła to bez wahania, a teraz z chorą radością wymalowaną na twarzy wykrzykiwała kolejne nazwy super mocy. Airzel podrapał się po brodzie. Był dowódcą gundaliańskich wojsk nie od dziś i doskonale zdawał sobie sprawę, że to wszystko mogło być tylko sprytną pułapką Neathian. Jednak coś w tej... jak ona miała? Chyba Heather. W niej było coś niepokojącego, a jej drapieżność nie wyglądała na udawaną. Cesarz Barodius z pewnością zechciałby kogoś takiego w swoich szeregach.
   Brutalnie rozbiła oddział Elrighta, raniąc wielu żołnierzy, a teraz walczyła przeciwko jednemu z Wojowników. Taki plan wydawał mu się zbytnio brutalny jak na czyste i naiwne umysły Neathian. Nie, Elright by się do tego nie posunął, jak już to ci Ziemianie mogli to wymyślić.
   Westchnął i rozłożył się wygodniej na swym fotelu. Większość jego podwładnych pokornie czekała na rozkazy, w tym Mason, choć Airzel widział, że chłopak nie był zachwycony z faktu przebywania tu.
– Mason – przywołał go mimo to.
– Tak, panie Airzel? – spytał, padając na jedno kolano.
– Zamierzam wziąć tą dziewczynę na próbę do naszego cesarza i tam przedyskutować jej sprawę – powiedział, wskazując na ekran, gdzie toczyła się bitwa. – Masz ją obserwować. Nie może nigdzie pójść sama oraz ani na moment pozostać bez nadzoru. Możesz to przekazać pozostałym członkom swojej drużyny.
– Zrozumiałem – Mason skinął głową, po czym powstał.
– Dobrze – Airzel uśmiechnął się. – A i nie zapominaj, Mason. Jeśli zawiedziesz, a ta kobieta choć delikatnie zakłóci plan Barodiusa – sama, to los Sida przy twoim będzie wyglądał jak wybawienie, rozumiesz?
   Mason z trudem przełknął ślinę, ale skłonił się i zszedł na swoje miejsce. Airzel jeszcze przez moment obserwował go kątem oka. Szczerze to nie cierpiał dzieciaka i tolerował jego obecność tylko przez to, że był członkiem Drużyny Rena, który deklarował pełną lojalność ich władcy. Zawsze wydawał mu się taki lekceważący wobec wagi ich misji, ale póki wypełniał rozkazy było dobrze.
– Coredem!
   Zaalarmowany krzykiem przeniósł wzrok na ekran i z uśmiechem potwierdził porażkę Jake’a. Jego bakugan wił się w konwulsjach pokryty purpurowymi plamami. Heather odgarnęła włosy i spojrzała wyczekująco w stronę, gdzie był jego statek. Skinął dłonią ku podwładnym tym samym dając sygnał do wyruszenia.
   Jeśli Heather okaże się przydatna, to dobrze. A jeśli to pułapka Neathian, to cóż. Kazarina zyska ciekawy obiekt na swoje testy.


****


   Dlaczego? Jake padł na kolana, wpatrując się w swojego bakugana. Zestaw bojowy wypadł mu z dłoni i potoczył się po piachu. Bitwa trwała tak krótko, on już miał użyć swojej karty atutowej, aż nagle...Dlaczego? Wszelkie odgłosy docierały go niego jakby był pod powierzchnią wody, a całe pole widzenia zwęziło się do jego cierpiącego bakugana, który ciężko dyszał, szarpany bólem.
   Heather zachichotała, kiedy ujrzała czystą rozpacz w oczach Vallorego. Złapała Crueltiona, poprawiła włosy rozwichrzone przez wiatr i spojrzała w prawo, gdzie był schowany gundaliański statek.
   Uch, ale musiała przyznać było blisko. Kompletnie zapomniała o tych zestawach bojowych! Gdyby ten tępy mięśniak użył go wcześniej, miałaby niemałe kłopoty, ale na szczęście zdążyła aktywować przed tym swoją specjalną kartę.
– Coredem! Stary, co jest!– wykrzykiwał w kółko Jake, gdy bakugan zmienił się w kulkę i wpadł do jego rąk.
   Objęła się ramionami. Coraz bardziej podobała jej się ta cała wojna. Ta prawdziwa rozpacz, złość, zło. Wreszcie coś, czego nigdy nie mogła doświadczyć w Bakuprzestrzeni. Chciała więcej tego. Więcej takich twarzy, krzyków!
   Usłyszała szum silników i nad jej głową zatrzymał się statek z ciemnozielonymi elementami. Elright, który chyba zamierzał ją zatrzymać, zastygł w pół kroku, natomiast Vallory zacisnął szczęki.
– Zdrajczyni – wycedził przez zęby.
– Och, nie dramatyzuj tak – westchnęła. – Twój bakuganik powinien przeżyć Truciznę Ciemności oraz Złamanie duszy. Ale nie zaprzeczę, że trochę sobie pocierpi – uśmiechnęła się szeroko.
   Jej ciało zaczęło obejmować kolorowe światło. Po chwili obraz dżungli znikł sprzed oczu i zastąpiło go wnętrze statku wypełnione komputerami, holograficznymi ekranami i dźwiękiem buczenia. Spojrzała na Airzela, który siedział na fotelu z czarnymi rogami po obu stronach oparcia. Po jego lewej stronie znajdował się wysoki chłopak o krótko obciętych granatowych włosach i przebiegłych oczach. Nosił strój w barwach Subterry.
– Zdecydowałem, że dam ci szansę, Heather – przemówił Airzel. – Jednak ostateczna decyzja należy do naszego cesarza Barodiusa – sama.
– Nie ma problemu – odparła.
   Tak długo, jak zabierzecie mnie tam, gdzie chcę.


****


   Dan miał tego dnia już po dziurki w nosie. Prawie został zjedzony przez jakieś wielgachne zielsko, nabiegał się po dżungli jak głupi (już czuł, jak jego nogi umierają), a teraz wraz z Fabią stanęli do bitwy przeciwko Stoice i Jessiemu. Na razie stał z tyłu, pozwalając, by dziewczyna zrewanżowała się Wojownikowi Ventusa. Zacisnął dłoń na Hektorze, którego zgarnął od Shuna, kiedy zamienili się bakuganami.
   Jeszcze ta Heather. Póki co Marucho się nie odezwał, co go martwiło. Wiedział, że Jess by go nie okłamała, lecz do końca miał nadzieję, że to jakaś pomyłka. Jednak im dłużej tak stał, tym bardziej zdawał sobie sprawę, jak mało tak naprawdę wiedzieli o dziewczynie. Popełnili błąd, nie było się co oszukiwać.
– Oj, coś tu nie gra! – zawołał Stoica. Dan podniósł głowę. – Podobno zawsze jesteś pierwszy do walki, więc czemu teraz chowasz się za księżniczką, co? Przestraszyłeś się, dzieciaku?
   Już chciał odpyskować, ale ugryzł się z całej siły w język. Nie, musiał zachować spokój, by dać Shunowi jak najwięcej czasu na oddalenie się. Uruchomienie drugiej osłony od tego zależało! Dlatego zdusił emocje i tylko delikatnie się uśmiechnął, co bardziej zirytowało Stoicę.
   Bitwa toczyła się dalej. Mimo iż Aranaut był silnym bakuganem, to jednak zmasowany atak Jessiego i Stoicy zaczął dawać mu się w znaki, a Fabii kończyły się karty. Wtedy dopiero wyrzucił Hektora.
– Wiedziałem! – warknął Stoica, zaciskając pięści. – Wy cholerne pluskwy!
– Chyba nie myśleliście, że zostanę tu z moim Drago? – zaśmiał się Kuso. – Do dzieła, Hektorze! Zmiećmy ich stąd raz na zawsze!


****


   Jako że to mało istotne, pominę szczegóły o restauracji mojego brata, ale jedzonko serwował takie, że palce lizać. W każdym razie wraz z Keithem umiejscowiliśmy się na pierwszym piętrze przy stolikach, które były dość oddalone od siebie i pozakrywane specjalnymi parawanami, więc zapewniały prywatność. Zjedliśmy dość szybko i przez kilka machinacji z kelnerką, przywołałam Kenjiego. Przyszedł w fartuchu poplamiony, roznosząc dookoła woń ziół. Szybko zrelacjonowałam mu problem, podczas gdy Spectra pił sobie kawkę.
– Więc mój drogi, czy ty znasz jakieś metody, żeby to załatwić? – spytałam. – Bo Reiko to może trochę zająć.
– Hmm – Kenji założył ręce na pierś i zaczął się kiwać na krześle. – Łat...
– Wiem, gdybym nie zrobiła tamtej akcji, to było by łatwiej – weszłam mu w słowo. – Pomińmy to.
– Mówiłaś, że teraz oni walczą z Gundalianami, tak?
   Skinęłam głową.
– Cóż, w takim razie najlepiej by było, gdybyś tak poleciała, jak się ich stamtąd pozbędą. A co do metody... – zamilkł, drapiąc się po głowie. – Z tego co pamiętam, to najskuteczniejsza byłaby ambasada.
– A co ona by nam dała?
– Formalnie to tylko ambasada, ona nie wspiera żadnej strony, tylko sobie jest jako znak przyjaznych stosunków.
– A Vestalia ma jakiekolwiek stosunki z Neathią? – wtrącił Fludim.
   Spojrzenie Kenjiego mu powiedziało, że to było durne pytanie.
– Wracając do tematu, to przez ambasadę mogłabyś przybyć na Neathię i zabrać Heather na Ziemię. Jest też opcja nawiązania stosunków militarnych, jako że Gundalia to taki mało przyjazny kraj i może nam w przyszłości zagrozić. Ale to wszystko to tyle papierkowej roboty.
– No i użerania się z Radą – dorzucił Blast siedzący na jego ramieniu.
   Na samo wspomnienie o nich pojawił mi się przed oczami ryj Ethana i aż mną zatrzęsło. No to dupa czarna, nie ma szans, że ich przekonam.
– Nie znasz nic innego? – mruknął Keith.
   Kenji pokręcił głową.
– To wszystko, co pamiętam z lekcji o polityce. Jestem pewny, że też są inne metody jednak... – Rozłożył bezradnie ręce, po czym spojrzał na zegarek.
– Spontan albo wbicie incognito – jęknęłam. – Serio, jakoś zawsze daje radę!
   Keith spojrzał na mnie ostro, a brat uniósł brew. Wydęłam wargi. To był już bezczelny pokaz braku wiary we mnie! Zresztą nie moja wina, że inne metody były tak chujowe!
– Jess, możemy porozmawiać na prywatności na moment? – spytał Kenji.
– Huh? A jasne.
   Brat rzucił Keithowi przepraszające spojrzenie, po czym wziął mnie za rękę i poprowadził do ustronnego kąta koło doniczki ze złotym drzewkiem. Przyklękał przy komódce o powyginanych nogach i wysunął dolną szufladę.
– Szczerze, to miałem ci to wręczyć wieczorem, ale skoro trafiła się okazja – Podniósł się i wręczył mi białą kopertę opatrzoną moim imieniem oraz ozdobioną srebrnymi ptakami w lewym rogu. – Proszę.
   Ze środka wyjęłam złożone zaproszenie na ślub. Zamrugałam intensywnie, po czym poderwałam głowę.
– Kiedy?!
  Uśmiechnął się, ale przyłożył palec do ust.
– Za trzy miesiące. Chcieliśmy wcześniej, jednak koszty będą duże, więc musimy więcej zarobić. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?
– Nie, czemu?
– Wiem, że tak naprawdę, to nasz kontakt nie jest najlepszy i jeszcze słabo się znamy – przyznał i lekko się zmieszał. – Oczywiście, chcę, żeby to się zmieniło, ale teraz tak dużo się dzieje. Jednak jeśli byś przyszła...ucieszyłbym się.
   Zarumienił się tak uroczo, że aż się uśmiechnęłam. Miał rację, obecnie zarówno jego jak i moje życie stanęło na głowie, przez co nie mieliśmy dla siebie wiele czasu.
– Nie bój się, przyjdę i będę sypała kwiatki – Schowałam zaproszenie do torebki. – A co do naszych relacji...no teraz nie jest łatwo, ale jak wyprostuje się sprawa z Gundalią i twoja, to będziemy mogli wreszcie się lepiej poznać, nie?
– Jesteś pewna?
   Teraz to ja uniosłam brew i sprzedałam mu kuksańca w bok.
– Aye, aye, jestem pewna.
   Pogadaliśmy jeszcze chwilę o miejscu, gdzie miało się odbyć wesele, lecz nagle jeden pomocników Kenjiego po niego przybiegł, więc brat musiał się oddalić. Wróciłam do Keitha i stanęłam jak wryta na widok wujka wraz z Reiko, która doprowadziła swój wygląd do porządku.
– Wraz z Falkiem załatwiliśmy sprawę z Radą – odezwała się zjawa, gdy tylko mnie ujrzała. – Przekonaliśmy ich, że Gundalia jest niebezpieczna, a ich pogróżki tylko to potwierdzają.
– Więc?
– Możesz tam już jutro lecieć, panienko – rzekł wujek, uśmiechając się ciepło.
   Po raz pierwszy w życiu miałam ochotę utulić nie tylko jego, ale i Reiko.


****

   Kiedy Żywioł będący w Drago zaczął odnawiać drugą osłonę, Kazarina mogła już tylko przekląć. Niestety ich misja się nie powiodła. Czym prędzej wraz z Leną przeniosła się na statek i teleportowała na Gundalię.
   Barodius – sama będzie zły, to nie ulegało wątpliwości. Ach, ci cholerni Wojownicy. Jeszcze Stoica dał się zrobić jak dziecko i pozwolić wymknąć Drago! Zacisnęła pięści, a jej humor jeszcze bardziej pogorszyła krótka rozmowa z Gillem.
– Zapłacisz bardzo wysoką cenę za tą porażkę, Kazarino – powiedział ten cholernik, uśmiechając się z satysfakcją.
– Wiem, nie musisz się tym tak szczycić! – syknęła i czym prędzej skończyła połączenie.
   Spojrzała na Lenę. Gundalianka stała cicho i spokojnie, jakby liczyła, że jakimś cudem uniknie kary. Kazarina podniosła się.
– Zawiodłaś mnie, choć dałam ci szansę na rehabilitację – powiedziała chłodno. – Ostrzegałam cię, czyż nie?
   Lena podniosła na nią oczy. Była w nich jakaś harda nuta.
– Owszem, ostrzegała pani – Skłoniła się i rozciągnęła usta w uśmiechu.
   Co za głupia gówniara. Kazarina dała znak Lumagrowlowi i kiedy tylko Phospos wyskoczył z ciemności, wilk zaatakował go, wbijając kły w kręgosłup. Lena pobladła i starała się wycofać, ale było za późno. Jej bakugan gruchnął o ziemię, natomiast Lumagrowl zagrodził dalszą drogę. Była w pułapce.
   Kazarina wywróciła oczami i zeszła na dół.
– Naprawdę myślałaś, że się tak uratujesz? – spytała znudzona, podnosząc dłoń, po której zaczął skakać prąd. – Żałosne, moja droga.
   Lena padła na ziemię, a jej okulary roztrzaskały się u stóp schodów. Kazarina westchnęła ciężko, bo domyślała się, skąd dziewczyna dowiedziała się, że miała zamiar na nią zrzucić niepowodzenie misji. Ten przeklęty Gill! Dalej próbował ją wygryźć!
   Teraz musiała złożyć raport cesarzowi i liczyć, że wszystko jej przebaczy.




Podsumowanie, blędy jutro!
EDIT:
No więc starałam się ok? XDD Nie wiem, czy ten Airzel jest oddany dobrze, już z Kazią było kurna łatwiej, bo to sucz. Wiem, że ta akcja polityczna u Jess to taka kurwa szybka, ale naprawdę chcę sprawnie skończyć tą część, a to już 33 rozdział, a odcinek zahacza o 18! ;-; (chyba go pominę btw XDD) Jeszcze staram się coś tam dawać z charakteru tym bohaterom z G i N, ale szczerze to duża mordęga a i w 1 części tego nie robiłam xD No wyżaliłam się, następny rozdział Jess wbija na Neathię z ekipą i coś tam może o Renie, wsm nie wiem, wyjdzie w praniu...
A i macie ruskie arty, bo mam tego caly folder zawalony XDD

Jess: I widzisz Kazia, ilu masz rywali?
Kazarina: Co to za ksywa?
Aki: Idealna, od razu masz przed oczami taką zwiędnięta babę w moherowym czepku
Kazarina: Wasza śmierć będzie powolna
Jess&Aki: *jako, że obejrzały TĄ scenę w GI* Taaa

Gdy Shun się orientuje, jak bardzo Dan jest tępy XDD
Jess: Tam powinna być Fabcia
Aki: Dobra, Fabcia ma już order druida z serca gór
Btw, polecam wszystkim Miecia Masochistę! XD

W międzyczasie pomiędzy 2 a 3 sezonem XDD
Aki: Czy to lato czy to zima Vexos zawsze fason trzyma
Jess: XDD poetka
Haruka: To nawet nie ma związku...
Jess: U, patrzcie detektor Gusa się uruchomił "On mi zabiera mistrza, przeklęty Kuso!"
Gus: Nie przestaniesz?
Jess: Nigdy.

Jess: Czy to zdrada?
Akurat z nimi widziałam trochę ff
Aki: Wszystkich krzywdzą, pomódlmy się [*]

Jess: Jak się brzydkim urodzisz, takim zostaniesz
Kazarina: Smutne masz to życie, przyznaję
Jess: O matko, w wieku 50 lat jesteś już ślepa i nie widzisz, kto jest na zdjęciu?
Kazarina: Pff, mam 29 lat -_-
Aki: Ta, chyba obchodzone po raz 20

 To mój faworyt XDDD piękny jest XDD
Jess: XDDD
Aki: XDDDD

Jess&Aki&Autorka: ....
Jess: No tego jeszcze nie grali
Aki: 18+ gdzie ciąg dalszy? I'm curious!
Szczerze, to już wolałabym sadystkę Fabię niż taką normal XD
Jess: NA PEWNO?
... no może

Mam z nimi za dużo artów, by nie wstawiać XDD
Jess: Sparkle Gus to mój fav Gus XD
Aki: *z niesmakiem* Żałosne
Irene: ...Huuuh
Jess: *widzi jej ciemne oczy* Grav, run XD

Jess: Co do kurwy? Walentynki? XD
Aki: Co ty wtedy Gus by przyleciał owinięty cały w czerwoną kokardę?
Gus: Co? Niby czemu?
Jess: XDDD *ona już wie, co się stanie*
Aki: Bo byłbyś jego prezentem
Aki: *pali buraka*
Spectra: Lecz się
Aki: *histeryczny śmiech*


Eeee. kurna tego nie pamiętam XD
Jess: E, Dan?
Aki: Co jest?
Jane: 18+, dzieci nie patrzcie
Jess: Ja tam myślę, że Fabia gadała o żarciu i się Kuso rozmarzył
Aki: W sumie to pantofel.

Macie jeszcze radosnego chibi Barodiusa z burgerem na zakończenie XD

Odmeldowuje się1

poniedziałek, 10 czerwca 2019

S2 Rozdział 32: Poszukiwanie drogi


   Wtargnęłam do pałacu z prędkością rozjuszonego byka. Brakowało jedynie buchającej pary z nozdrzy oraz pary ostrych rogów z boku głowy. Całe szczęście, że było już późne popołudnie, bo mogłam mijać skąpane w pomarańczowym świetle korytarze bez lawirowania między tłumem ludzi. Zresztą nawet jeśli ktoś akurat postanowił się przejść, to na widok mojej miny pośpiesznie usuwał się mi z drogi.
   Otworzyłam podwójne drzwi, niemal wyrywając je z zawiasów i truchcikiem ruszyłam w dół schodami. Szczęście wyraźnie nade mną czuwało, bo pomimo rozwiązanej sznurówki nie potknęłam się i sturtlałam zgrabnie niczym worek ziemniaków.
– Reikooooo! Mamy kłopoty! – krzyknęłam, wpadając do biblioteki.
   Zmrużyłam oczy przez ostre światło lampionów i zaczęłam szukać wzrokiem zjawy. Biblioteka była przestronnym pomieszczeniem i posiadała nawet półpiętro, gdzie głównie znajdowały się różnej maści dokumentacje. Jednak Reiko uwielbiała przesiadywać przy stolikach z wysłużonymi, ale miękkim fotelami, które stały w pobliżu drzwi wejściowych. Tymczasem zjawy ani widu ani słychu.
– Reiko? – zawołała.– Jesteś tu?
    Weszłam pomiędzy regały sięgające niemal po sufit. Od razu uderzył mnie zapach starego pergaminu i atramentu. Półki ciągnęły się tak długo, że ich koniec ginął w mroku.
– No jasne, jak jest potrzebne, to jej nie ma – westchnęłam, niezbyt mając ochotę iść dalej. Nie było ciężko się tu zgubić.
– Widzisz, a tak narzekałaś na waszą więź – odezwał się Fludim. – Przynajmniej byś teraz wiedziała, gdzie jest.
– To był jedyny plus tamtego cholernego łańcucha.
   Nagle trzasnęły deski i w ciemności wynurzyła się Reiko. Światła było niewiele, ale spore sińce pod jej oczami oraz białe włosy przypominające szopę zauważyłam natychmiastowo. Kobieta uśmiechnęła się wymuszenie.
– Co się stało, Jessie?
   Najpierw wyszłyśmy z regałów i dopiero wtedy zaprezentowałam jej list. Szybko przebiegła po nim wzrokiem i spojrzała na mnie, lekko blednąc.
– Deklaracja gotowości do wojny – szepnęła.
– Dokładnie – przytaknęłam. – Dlatego potrzebuję twojej wiedzy o polityce i dworskich pierdołach. A i lepiej zachowaj dyskrecję, bo czuję, że Ethan może mi za to głowę ujebać.
   Zjawa bez życia (pomińmy szczegół, iż jest martwa) padła na fotel. Sprężyny skrzypnęły i rozległo się ciężkie westchnięcie. Spojrzeliśmy na siebie z Fludimem. Zapowiadała się jakiś wywód, więc też sobie usiadłam.
– Nadzieja to matka głupich, ale istnieje jakaś szansa, że nie chcesz lecieć na Neathię? – spytała.
– No niestety nie. Jest tam taki mały duży problem pod postacią Heather i to wredna sucz.
– I czego oczekujesz po mnie?
– Jak tam się dostać, jednocześnie nie dając pretekstu Gundalii? Myślałam nad przybyciem dyskretnie i pod przykrywką, ale to chyba nie zadziała?
– Ty i dyskrecja się wykluczają, to jedno. Drugie, to ryzyko demaskacji i jej konsekwencje – Reiko zaczęła się drapać po brodzie, marszcząc brwi. – Wydaje mi się, że będzie kilka dróg, jednak tak, by Rada się nie zorientowała... Chyba panicz Kenji będzie niezbędny. Ale muszę się namyślić, Jessie. Byłoby łatwiej, gdybyś nie poleciała już raz na Gundalię.
   Lekko ścisnęło mnie w brzuchu. Co prawda to prawda przez tą cholerną akcję zrobił się niezły cyrk, ale no cóż mówi się trudno i idzie dalej.
– Mea culpa, mea culpa, wiem – mruknęłam. – Dlatego teraz widzisz, że ładnie czekam i proszę o porady.
   Uniosła brew, patrząc na mnie z powątpiewaniem, po czym pokręciła głową.
– Muszę się dobrze namyśleć, to trochę zajmie.
   Opuściłam bibliotekę, zostawiając Reiko sam na sam z rozważaniami. Koniec końców nie spytałam ją o jej dziwny stan, ale byłam pewna, że coś się działo. Ostatnio gdy ją odwiedziłam, też miałam wrażenie, że coś ukrywa. Nie żeby to było coś nowego w jej przypadku.
– Jess, ty tak naprawdę – Fludim mocno podkreślił ostatnie słowo – zamierzasz poczekać?
   Wywróciłam oczami.
– Weź, uwierz we mnie trochę – jęknęłam. – Tutaj nie chodzi tylko o mnie, więc trzeba nieco ostrożności.
   Bakugan rozdziawił usta, ale szybko je zamknął, gdy drgnęła mi brew. Odchrząknął głośno.
– Cóż, cieszę się, że stajesz się dojrzalsza – niby tak powiedział, jednak dalej się mi przyglądał, jakby na głowie wyrosły mi piórka.
– Słuchaj, no – zaczęłam złowrogo i urwałam, gdy wyszłam na główne schody i ujrzałam schodzącą po nich postać.
   Był to mój najukochańszy znajomy Ethan. Szedł nonszalanckim krokiem z dłońmi w kieszeniach granatowej marynarki. Gdy nie piwny kolor tęczówek oraz ten uśmieszek pełen pogardy dla innych, to łatwo byłoby go pomylić z Acem. Niestety Vestalianin usłyszał mnie, bo zatrzymał się i podniósł głowę. Oczy od razu zmieniły się w dwie grudki lodu, a po jego twarz przemknął cień.
– Och, co za niespotykany widok – powiedział. – Co ty tu robisz?
   Kiedy w jego otoczeniu nie było Rady ani nikogo wysoko postawionego, od razu pozbywał się swojej maski uprzejmego, choć surowego sekretarza.
– Przyszłam odwiedzić Reiko. Zresztą formalnie pałac należy do mnie, czyż nie? – Machnęłam ręką na kolekcję obrazów w zdobionych ramach. – Mogę tu przebywać, ile mi się podoba.
– Pfy, masz tytuł tylko przez urodzenie – prychnął, zakładając ręce na tors.
   Minęłam go z kamienną twarzą, choć w środku aż mną rwało, by sprawdzić, czy zdoła skręcić sobie kark spadając, jeśli go teraz mocno kopnę. Ale nie, do więzienia też mi się iść nie chciało.
– O ile mnie pamięć nie myli, to ty Ethan przy wstępowaniu do Rady mówiłeś, że trzeba traktować czyny młodych z przymrużeniem oka, czyż nie?
   Ethan drgnął, a ja spojrzałam przez ramię na Keitha. Blondyn niemal zamrażał Grita spojrzeniem, mimo przyjaznego wyrazu twarzy.
– Mówiłem o błędach, a nie zachowaniu – odparł Ethan po dłuższej chwili. – Zresztą czyny nasze a królewskiego rodu mają kompletnie inne wagi.
   Poczułam, że jeszcze moment i trafi mnie szlag.
– Przypominam, że nie objęłam tronu i nie zamierzam, zaproponowałam nawet inny system. Wyjmij ten kij z...
– Jess! – syknął Fludim.
– Tak, tak, już milczę – westchnęłam.
   Ethan spojrzał na mnie wściekle, po czym znów zwrócił się do Keitha.
– Długo miałem nadzieję, że uganiasz się za tą małolatą z powodu tronu. Szkoda – Rozłożył ręce, zadzierając nos. – Prawdziwe zmarnowanie talentu.
   W oczach Keitha pojawiło się coś takiego, że z trudem przełknęłam ślinę. Blondyn powolnym krokiem zaczął schodzić, gdy rozległo się stukanie szpilek i główne drzwi się rozwarły. Stanęła w nich drobna dziewczyna w kurtce z futrzanym kołnierzem. Ogólnie to Ethan powinien jej dziękować na kolanach, bo tylko przez nią nie został zamordowany przez Fermina. Bo nikt mi nie wmówi, że Fermin z taką krwawą żądzą nie byłby do tego zdolny.
   Z pojawieniem się nieznajomej z Ethanem stało się coś dziwnego. Jego rysy twarzy złagodniały, na twarzy pojawił się ludzki uśmiech, w którym nie było krzty pogardy czy zniechęcenia. Zszedł, otwierając ramiona i przytulając dziewczynę. Szczęka mi zaszurała po marmurowej powierzchni schodów, gdyż to był widok abstrakcyjny. Czyżby to była jego narzeczona Sonya? Kurde, myślałam, że ona to jakaś miejska legenda, a to proszę. Jednak każda potwora znajdzie swojego amatora, no no. Dla Aki dalej była nadzieja!
– Życzę wam dobrej nocy – przemówił jeszcze Grit, poprawiając kołnierz płaszcza.
   Ugryzłam się w język, by nie powiedź „idź w cholerę” i tylko patrzyłam, jak oferuje ramię Sonyi z uśmiechem. Dziewczyna jeszcze skinęła nam głową, nim wraz z tym cholernikiem zniknęła za drzwiami. Oparłam się o poręcz, czując się nie wiadomo czemu zmęczona.
– Co za śmieć – warknął Keith, stając koło mnie.
– Jak go nikt nie obserwuje, to daje po całości – mruknęłam. – Coraz bardziej współczuję Ace’owi.
   Keith tylko skinął głową.
– Gdzie Rei?
– Została z Mirą, bo ją poprosiłem.
– A... – zaczęłam. Spojrzał na mnie. – em...jak długo znasz się z Ethanem?
– Najpierw wyjdźmy.
   Zrobiłam to z prawdziwą przyjemnością. Uśmiechnęłam się, gdy cienki puch zaskrzypiał mi pod kozakami i nawet powiew zimnego wiatru go nie zmył. Keith zaczął mówić dopiero, gdy przeszliśmy dziedziniec i minęliśmy bramę oraz strażników.
– Poznaliśmy się, kiedy miałem 16 lat. Wtedy też był arogancki, ale teraz zrobił się z niego ohydny sukinsyn.
   I to wszystko powiedziane tym jego charakterystycznym spokojnym głosem, w którego głębi czaiła się groźba. Oj, pan Grit chyba się wkopał, jak mi przykro.
   Podniosłam głowę. Robiło się coraz ciemniej, a mnie jeszcze czekało fantastyczne kończenie projektu na literaturę. Chyba, że zrobię to na informatyce, tam i tak mamy pełną swobodę...
   Poczułam delikatne szarpnięcie i spostrzegłam, że Keith ciągnie mnie w stronę przeciwną do jego mieszkania.
– Gdzie idziemy?
– Do restauracji twojego brata. Jemu też powinnaś pokazać ten list. Zresztą nie jesteś głodna?
   Wpatrywałam się w niego przez moment, zupełnie zapominając, że zadał pytanie. Zwolnił kroku i obrócił głowę.
– Jess?
– Ach! Trochę jestem – Dogoniłam go, łapiąc go za rękę, więc puścił mój nadgarstek.
    I tak sobie szliśmy przez tonące w blasku lamp ulice i znów w milczeniu, ale nie to niezręczne. Zresztą przyzwyczaiłam się, że Keith nigdy nie będzie zbytnio gadatliwy.
– Właśnie, nie myślisz, że to co powiedział Ethan, to prawda? – spytał nagle.
– Nope – Potrząsnęłam głową. – Kto jak kto, ale ty powinieneś sobie doskonale zdawać sprawę, że nigdy nie przejęłabym tronu, więc związek ze mną nie miałby sensu, jeśli chciałbyś tylko władzy. A nawet gdybyś miał nadzieję, to one się już dawno rozwiały, prawda?
– Więc...
– Tak, ufam ci – dokończyłam za niego i uśmiechnęłam się.
   Nie zdążyłam mrugnąć, kiedy pochylił się i poczułam, jak jego wargi ocierają się o moje. Pocałunek był krótki, przelotny, ale wiedziałam, co chciał mi nim przekazać. Keith wyprostował się, zignorował kilku gapiów i pociągnął mnie dalej.
– Nigdzie nie odejdę, spokojnie – szepnęłam.
   Nie odwrócił się, ale usłyszał mnie. Uniósł lekko kącik ust.


****


   Ledwo drzwi się zamknęły, Reiko zsunęła się z fotela, czując, jak cała energia ją opuszcza. Podczas tej krótkiej rozmowy z Jess z całych sił powstrzymywała się, by nie wspomnieć przypadkiem o jej poszukiwaniach własnych wspomnień. Zmusiła się do myślenia na kompletnie inny temat.
   Krwawa królowa!
   Syknęła i zacisnęła garści włosów w pięściach. Te dwa słowa prześladowały ją w snach, natomiast jej własny przerażający wizerunek co chwila stawał jej przed oczami. Przekopała się już przez całą dokumentację, jaka dotyczyły jej rodziny i nigdzie nie trafiła na wzmianki o własnym szaleństwie. Więc to musiała być jakaś manipulacja, prawda? Tylko głupie gierki Tytana, a Exedra...on nigdy jej nie lubił.
   Po co zawarłaś kontrakt?
   Zacisnęła powieki. Dość! Jakikolwiek był powód, nie miał on nic wspólnego z pokutą. Nie miała za co! Nie istniały żadne dowody, że kogoś skrzywdziła, że była okrutna. Więc czemu ciągle czuła to łaskotanie z tyłu głowy? Dlaczego miała wrażenie, że odpowiedź nie mogła być taka prosta?
   To już było szaleństwo? Czy może ostatnie okrzyku zdrowego rozsądku? Tyle pytań, a odpowiedzi nigdzie nie było... A może spłonęły w prawdziwym zamku, który uległ zagładzie podczas wybuchu broni Zenohelda? Jeśli tak...
– Och, boję się – wyszeptała drżąco. – Boję się... – głos jej się złamał. Łzy zaczęły płynąć po policzkach. – Kazuhiro...pomóż mi! – jęknęła, wyciągając dłoń ku białej kuli lampionu.
   Niestety człowiek, który zawsze ją ujmował, już nie istniał.



Nie bijcie za ten rozdział, pls. Podsumowanie jutro!
EDIT:
Nom ogólnie najpierw myślałam, że poprzestanę na krótkiej rozmowie Jess i Reiko, po czym przeniosę się na Neathię...wena chciała inaczej i macie takie coś XD Trochę więcej o Ethanie, dalsze pchanie Kessie. W następnym skupię się na skonczeniu akcji z tą 2 osłoną oraz Heather vs Jake.

czwartek, 6 czerwca 2019

Angel się wypowiada #2

Jak wszyscy dobrze wiedzą, jestem beztalenciem malarskim (no czasami uda mi się narysować ładną różę XD) i nad tym ubolewam, bo nawet najpiękniejsze arty z neta nie zawsze są w stanie oddać moją postać idealnie. Lub też widzę je w jakiś charakterystycznych pozach, no a w necie nie zawsze się o takich myśli. Mniejsza, przestawiam wam dwa arciki moich beautiful córek by Irsania i Nessa!




Czyli Heather z Crueltionem (Nessy) oraz Jess (Irsani)! Dziękuje pięknie dziewczyny, dalej się nad nimi rozpływam *.* (czemu ja tak nie umiem ;-;)
Co do rozdziału, to raczej do niedzieli powinien się pojawić. Powinien XDD

sobota, 25 maja 2019

S2 Rozdział 31: Nóż wbity w plecy


   Nie było się co czarować, sytuacja należała do tych z gatunku tragicznie chujowych. Ja siedziałam na Ziemi (no w chwili obecnej na Vestalii, ale nie czepiajmy się szczegółów), Wojownicy – a raczej część z nich – znajdowała się na łasce chorej na łeb dziewczyny oraz neathiańskiej łączności, Gundalia dalej sobie szaleli, a wojna trwała. Cudownie, chyba życie uznało, że póki co było za spokojniem, więc czas rozkręcić jakiś balet. Żebym się kurwa przypadkiem nie zanudziła! No dzięki za troskę, idź w cholerę!
   Objęłam dłońmi ciepły kubek z gorącą czekoladą, napawając się jej kojącym aromatem. Jednak nawet ten wspaniały zapach nie był w stanie odgonić ode mnie ponurych myśli, przez które mocno zacisnęłam palce na cienkiej ceramice.
– Zawsze lubiłaś niszczyć rzeczy przez złość, ale kubek to oszczędź, niewinny – mruknął chrapliwie Helios z nutką uszczypliwości.
   Spojrzałam na niego spod byka. Z wszystkich, którzy przeżyli cyrk z Zenoheldem, akurat ten jaszczur uległ najmniejszej przemianie emocjonalnej. Jedynie przestał uznawać Wojowników za wrogów i wyzywać Drago na pojedynki przy każdym spotkaniu. A tak to pozostał złośliwym i pewnym siebie bakuganem nawet w formie kulistej.
– Sorki, nie pomyślałam, że to może być twoja wanna – odparłam, unosząc kącik ust.
   Helios nie zdążył odbić piłeczki, bo do rozmowy dołączył Fludim.
– Wymyśliłaś już, co robimy w kwestii Heather?
   Przerwałam bitwę na wzrok z jaszczurem i westchnęłam, opierając policzek o dłoń.
– Lecenie tam w tym momencie nie ma sensu, bo ani nie wiemy, gdzie jest Dan, Marucho czy ta cholerna Heather. Zresztą Neathianie raczej nas miło nie potraktują, jeśli znikąd się u nich pojawimy – Odchyliłam się na krześle. – Tyle dobrze, że udało się ostrzec Wojowników.
– Proszę, proszę, wreszcie zrezygnowałaś ze spontana? – spytał Keith, wchodząc do kuchni. Wracał z łazienki, gdzie zmywał z rąk jakiś smar, którego użył do podrasowania komunikatora.
– Nie, tylko patrzę na to logicznie. Wtedy przynajmniej wiedziałam dzięki Sheen, gdzie jest pałac Gundalian i mniej więcej jego rozkład, a o Neathii nie wiem nic.
   Vestalianin przeszedł koło mnie i uruchomił jedną płytkę kuchenną, której brzegi stały się neonowo czerwone. Położył na tym garnek chyba z makaronem i dopiero potem usiadł koło mnie.
– Później postaram się jeszcze raz skontaktować z Danem, o tym jak im poszło – mruknął.
– Powinnam z nimi polecieć. Pewnie też bym nie tak szybko zauważyła manipulacje Heather, jednak z mocą... – Zagryzłam wargę, pokręciłam głową i podniosłam kubek.
   Ostrzegłam ich, lecz w środku czułam, że to za mało. To nie było wszystko, co mogłam dla nich zrobić. Oni mnie raz uratowali, a ja... Mogłam się usprawiedliwić próbą ustabilizowania sobie życia, obudowywaniem relacji z bratem i zwyczajnym pragnieniem spokoju, ale i tak...
– Wiesz, że nie masz się o co obwiniać? – szepnął Keith wprost do mojego ucha.
   Zrobił to tak niespodziewanie, że instynktownie odskoczyłam na lewo. Krzesło zachybotało się niebezpiecznie i gdyby blondyn nie złapał oparcia, leżałabym na podłodze ubabrana płynną czekoladą od stóp do głów.
– Ostrzegaj na przyszłość – jęknęłam, przykładając dłoń do karku. Jeszcze dmuchnął we mnie takim zimnym powietrzem!
   Rozległo się ziewnięcie. Helios podleciał do swojego wojownika i usiadł na jego przedramieniu.
– Heh, jednak teraz łatwiej cię zawstydzić, ludzka samico – zaśmiał się.
   Najpierw Keith i jego koszula, teraz jaszczur z durnymi gadkami. Oni naprawdę się świetnie dobrali, w dokuczaniu byli nie do pobicia! Przynajmniej na Vestalii, bo na Ziemi ich przeciwnikami byli bracia Rendich.
– Idź się wykąpać do kubka – prychnęłam i spojrzałam na Keitha.  – Tak, wiem, ale to nie zmienia faktu, że mam lekkie wyrzuty, iż z nimi nie poleciałam.
– Po tej akcji na Gundalii bym się nie wychylał – odparł. – Narazie poczekajmy na informacje od nich.
– Tylko co jak będą złe? – Fludim jako mistrz motywowania i optymizmu musiał dodać coś od siebie.
– Wtedy spontan.
   Fermin zerknął na mnie z ukosa i dał prztyczka w nos. Zawyłam żałośnie i kopnęłam go w kostkę.
– Jak dzieci – skomentował Helios.
– Zobaczymy, co wtedy zrobimy – powiedział z naciskiem na pierwsze słowo Keith, olewając swoją jaszczurkę.
– Siedzieć na du... Ej – Wciągnęłam powietrze nosem i zmarszczyłam brwi. – pachnie spalenizną.
– Kurwa! – Keith zerwał się z krzesła i pobiegł ratować kolację, z której pewnie został już sam węgiel.
   Uśmiechnęłam się pod nosem. Niektóre rzeczy się nie zmieniały.
   Fermin podczas akcji ratunkowej, co jakiś czas rzucał przekleństwami. Słuchałam tego ze spokojem, patrząc na niego przez ramię. Powiedziałabym mu, że to karma za numer z koszulą, ale uznałam, że zirytowany Keith wymachujący zieloną szmatką może być nieprzewidywalny.
   Ogólnie zrobiło się luźno, pomijając czarny dym przy suficie i syki Keitha. Nagle rozległy się piski domofonu, jakby ktoś w chaotycznym tempie wciskał cyferki, mając nadzieję, że tak trafi na hasło. Wyszłam na korytarz, akurat w momencie gdy drzwi się rozsunęły i do środka wpakowała się Reinare. Jak zawsze efektownie, niemal rozbijając sobie głowę o szafkę na buty i dysząc niczym ranny pies. Nawet nie odgarnęła włosów z twarzy, tylko ruszyła do przodu, nie zrzucając butów.
– Oooi, Keith, potrzebuję ... – Wreszcie mnie zauważyła, przez co zamilkła i zrobiła duże oczy. – O jak słodko, że tu jesteś, Jess!
– Problemy ze wzrokiem? – spytał Keith, wychylając łeb przez drzwi.
   Rei pokazała mu język, a mnie coś tknęło. Znałam ją krótko, ale miałam wrażenie, że dziś brakowało w niej jakieś takiej...radości życia? Albo przez to, że sama miałam średni humor, uznawałam, że wszyscy byli dziś dziwni, dzięki serdeczne mózgu.
– Hejka, Rei. Coś się stało? – spytałam.
– Ehh, więc nie jest to dobra rzecz – walnęła prosto z mostu, po czym sięgnęła do przepastnej kieszeni swojego białego płaszcza i wyciągnęła z niej jasną kopertę. – Pan Vamkil prosił, by ci to szybko dostarczyć.
  Wujek? Sięgnęłam po kopertę. Vestaliańskim alfabetem było wypisane „Jessica Elevenor”. Brak mojego drugiego nazwiska. Przełknęłam ślinę i rozerwałam papier, wyciągając listy. Na pergaminowej karce było napisane:

„Uprzejmnie radziłbym Pani pozostać neutralnym wobec konfliktu między Gundalią a Neathią. Nasz miłościwy władca Barodius – sama wolałby, by stosunki między naszymi planetami nie stały się wyjątkowo napięte.”

   Zacisnęłam dłoń, wpatrując się w czarne litery. Brakowało podpisu, jednak to nie był teraz najważniejsze. Nie trzeba było być geniuszem, by wyczytać niemą groźbę. Jeden zły ruch i Vestalia zostanie wplątana w ten głupi konflikt.
– Jess? – odezwał się zaniepokojony Fludim.
   Wzięłam głęboki wdech. Nie chciałam porzucać Wojowników ani wciągać Vestalii w wojnę, więc potrzeba furtki, która rozwiąże ten problem. A kto lepiej się zna na wynajdywaniu takich rzeczy niż  kilkuset letnia Reiko dawna królowa?


****


   Stopy Coredema uderzały ciężko o ziemię, powodując, że ta drżała podobnie jak ciało bakugana. Jednak Jake nawet nie tego nie odczuwał, będąc zbyt pochłoniętym zadaniem, które otrzymał od Marucho. Odebrali połączenie od zdenerwowanego Dana z informację, że Heather może mieć złe intencje wobec Neathian, więc blondynek poprosił go o sprawdzenie, co się działo z dziewczyną.
   On sam nie do końca wiedział, co sądzić. Z jednej strony nie znał jej i nie wyglądała na taką, co chciałaby z nim zawierać bliższą znajomość, lecz z drugiej czy naprawdę zadałaby sobie tyle trudu i nawymyślała tyle kłamstw, tylko by się tu dostać? A może była jakimś spiskowcem przysłanym z Gundalii?
– Czym się tak zadręczasz, Jake? – zapytał jego bakugan.
– Myślę tylko o tym, co tam zastaniemy – odparł.
– Zaklinajmy los, by to okazało się jedynie niesłusznym przypuszczeniem.
   Vallory przytaknął, lecz gdy uniósł głowę, poczuł, że czas wokół zaczyna zwalniać. Kryształy lodu, w których Marucho uwięził Strikefliera Airzela zniknął podobnie jak sam bakugan. Dodatkowo wkoło nie rozlegały się odgłosy bitew. Trwała złowieszcza cisza przerywana od czasu do czasu skrzeczeniem ptaków.
   Gdy dotarli na miejsca zastali widok, którego pragnęli uniknąć. Ujrzeli rozgromiony oddział neathiańskich sił, rozorane pole bitwy, połamane drzewa.
– Kapitanie Elright! Chłopie, żyjesz?! – wrzasnął Jake, pędząc na złamanie karków do żołnierzy.
   Neathianin, który akurat pomagał się podnieść jednemu ze swoich podwładnych, skinął głową. Na jego policzku widniała świeża szrama.
– Udało nam się pokonać siły Airzela, lecz – Twarz kapitana spowił cień. – Heather nas zdradziła.
– Czyli Marucho miał rację – mruknął Jake, czując, jak na serce pada mu ciężar. – Powiedziała coś?
– Nie. Widziałam tylko, że koło niej stał Airzel. Jeszcze gdyby to była Kazarina, to istniałaby możliwość, że użyła swojej hipnozy. – Elright otrzepał rękawy munduru z ziemi, zagryzając zęby. Był wściekły na siebie, że dał się podejść z zaskoczenia. – Lecz tutaj widzę tylko jedno wyjaśnienie.
   Vallory wyjaśnił Neathianowi powód swojego przybycia, po czym zaczął szukać komunikatora, by poinformować Marucho, iż Heather naprawdę była zdrajcą. W końcu Jake wyciągnął poręczny brązowy kryształem, który posiadał jedynie guzik do uruchamiania holograficznego ekranu. Wcisnął go i zaczął przewijać palcem, szukając imienia blondynka.
– Kiedy dostaliście tą wiadomość? – spytał Elright.
– Z pół godziny temu zadzwonił Dan. Ale nie powiedział skąd to wie.
– Ojoj, czyli już ktoś mnie rozszyfrował? – sztucznie zmartwiony głos Heather rozległ się za nimi.
   Odwrócili się jak jeden mąż. Dziewczyna stała kilka metrów dalej, a koło niej w splotach wił się wąż Darkusa, który przyglądał się Coredemowi z głodem w oczach. W ciągu dalszym miała na sobie strój Rycerzy Zamkowych, co sprawiało, że krew Elrighta wrzała. Symbol ich narodowej dumy noszony przez kogoś takiego! Czy można było doznać większej zniewagi?
   Heather uśmiechnęła się jadowicie, jakby wiedziała, jakie myśli przebiegały przez głowę kapitana.
– Cóż, może to Nathan się wygadał albo na Ziemi pozostał ktoś z większym iq niż wasze – Wzruszyła ramionami.
– Jak mogłaś! Mistrzunio Dan ci zaufał! – krzyknął Jake.
– Bo miał, tępy strzale.
   Vallory zacisnął pięści. Heather rozłożyła ręce.
– Jest naiwny, to jego wina!
– Jesteś szpiegiem Gundalian, prawda?! – syknął. – Gdy plan Rena zaczął się sypać, pojawiłaś się ty.
   Brwi dziewczyny podjechały pod same czoło, po czym zaśmiała się.
– Nie robię z takich pobudek jak pragnienie wygrania wojny. Zresztą pochodzę z Ziemi.
– Więc czemu? – spytał już lekko skołowany Jake.
– Bo to interesujące! – zawołała. Malinowe oczy zapłonęły blaskiem, w którym czaił się obłęd.
   Jake nie wytrzymał. Nie rozumiał jej powodów, lecz nie miał zamiaru pozwolić, by po tym co zrobiła, wszystko uszło jej na sucho. Wyciągnął kartę supermocy.
– Nie myśl, że zdołasz się wywinąć.
   Usta Heather rozciągnęły się w jeszcze szerszym uśmiechu.
– Och, jesteś taki głupi.
   Bowiem ona wiedziała, że Airzel ich obserwował ze swojego ukrytego w pobliżu statku. A Jake nie zdawał sobie sprawy, że stał się po raz kolejny jej marionetką.




Kurwa, wreszcie coś napisałam ;-; Wybaczcie tą dlugą przerwę, ale to co się teraz dzieje u mnie w życiu, to jest jakiś cyrk. Jeszcze mój przyszły tydzień jest tak zawalony, że mam ochotę się utopić pod prysznicem, a muszę mieć dobre oceny, by utrzymać moje 5 ;-; i 4 z fizyki cudem jakimś istniejącą. Byle do wystawienia ocen, później mnie już to miejsce depresji nie zobaczy. Co do rozdziału to nieco zmieniłam koncepcję, jakie Heather dostała warunki do spełnienia od Airzela (ale o tym w następnym), Jess znów ma kłody pod nogami i no tyle XD W następny postaram się jakoś pchnąć tą fabułę, może nieco o tej barierze...ehh czeka nas z tym sezonem dłuuuga przeprawa :')

niedziela, 5 maja 2019

Angel się wypowiada #1

Jak wszyscy dobrze wiemy, od jutra zaczynają się maturki, czyli dla niektórych licealistów 3 dni laby, a dla reszty no...wojna i chlanie 10 melis na raz, nie oszukujmy się ^^'' (tak, kocham was!) Z mojej strony możecie liczyć na pełne duchowe wsparcie i trzymanie kciuków, dlatego jutro na salę możecie wbić tak:














A nie tak:















Pamiętajcie, by się wyspać, bo na naukę i tak za późno (Kruk XDDD), uwierzcie w swoje mózgi i dajcie z siebie wszystko!
Przeżyjcie, Kruk, Elz i każdy z moich czytelników, który od jutra ma to bajlando!


Ps. Też chcę takie pocieszanie, jak będę musiała iść na ten cyrk ;-;