sobota, 5 października 2019

S2 Rozdział 36: Skryty strach


   Przebudziła się w chwili, gdy ciemność za oczami została zalana przez intensywną zieleń. Siadła na łóżku, z trudem rozchylając zapuchnięte od snu powieki. Kiedy wzrok jej się wyostrzył, ujrzała uśmiechniętą od ucha do ucha Zenet, którą jedną ręką trzymała nad nią ciemny prostokątny lampion z szmaragdowym płomieniem w środku, a drugą opierała o biodro.
– Wstajemy, kochanieńka – rzuciła. – Trening zaraz się rozpocznie, a pan Airzel nie lubi czekać.
   Umysł Heather zawsze był lekko otępiały z rana, jednak mała ilość snu sprawiła, że niemal się zatrzymał. Dziewczyna spojrzała na Gundaliankę, unosząc wysoko brew.
– Jaki trening?
– No jak jaki, siłowy i z bakuganem – Teraz to Zenet wyglądała na zaskoczoną. – Tu masz ciuchy – machnęła w kierunku kupki położonej na komodzie. – Umyj się, przebierz, tylko szybko, nie mam dla ciebie całego dnia – Odrzuciła włosy z ramienia i siadła na łóżku, krzyżując nogi.
   Heather może i zaczęła by drążyć temat, lecz ogłuszenie dalej na nią działało, więc bez protestów wzięła ubrania i zamknęła się w łazience. Dopiero po puszczeniu, a jakże, zimnej w cholerę wody na ciało, otrzeźwiała.
– Mamy problem, czyż nie? – wyszeptał Crueltion, sadowiąc się koło odpływu brodzika.
   Skinęła powoli głową, szybko analizując sytuację. Trening z bakuganem raczej nie będzie probleme, umiała walczyć, a jak coś z chęcią pozna nowe techniki czy sztuczki. Gorzej było z siłowym. Nie miała tragicznej kondycji, żeby nie było, ale to z dużym prawdopodobieństwem będzie szkolenie jak dla żołnierzy.
   Nie może być uznana za słabą. Wtedy nie będą ją zabierali do Neathi. Nie będzie mogła widzieć znów tych zrozpaczonych twarzy, słyszeć tych cudownych pełnych bólu krzyków.
   Kurwa mać! Uderzyła dłońmi w purpurową glazurę. Nie przewidziała tego.
– Masz jeszcze dziesięć minuuut – zawołała Zenet. – Pobiegasz sobie dzisiaj trochę karnych kółek.
   Jeszcze ta irytująca dziewczyna. Heather zacisnęła zęby, szybko wciągając elastyczne spodnie w kolorze bordo, a za nimi buty ze skóry do połowy łydek. Zachowywała się bardzo beztrosko w jej towarzystwie, ale to nie wystarczyło, by nie zauważyła, jak bardzo się boi.
– A was tak właściwie nie było sześciu w drużynie? – spytała, wychodząc z łazienki.
   Zenet zaprzestała liczenia kar, jakie mogła ponieść za spóźnienie i spojrzała na nią z dziwnym błyskiem w oku, nagle nieco blednąc. Zaraz się opanowała, uśmiechając wymuszenie.
– No było, a co?
– Ach, tylko się zastanawiam, co się stało z resztą – mówiła dalej, mrużąc oczy. – Szpiegują dalej czy może oberwało im się za błędy? – Uniosła kącik ust, widząc, jak Zenet przełyka z trudem ślinę.
– Każdy słaby jest eliminowany, to jedna z zasad tutaj – odparła wyzywającym tonem. – Oni zawiedli, więc zniknęli – Głos jej drgnął, mimo to nie spuściła wzroku.
– Hmm, a ty mimo to ciągle tu jesteś – westchnęła. – To idziemy?
   Zenet przez moment wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała z tego zamiaru. Prowadziła ją przez korytarze w ciszy, zasępiona i poważna. Nawet nie próbowała już przed nią udawać, że niczego się nie lęka. Czyżby uświadomiła sobie, że jej „zabezpieczenie” może nie wystarczyć? Uśmiechnęła się i spojrzała przed siebie.
   Jak potężny i okrutny był Barodius, że powodował we wszystkich taki strach? I co to była za metoda, że eliminował swoich podwładnych? Przez ulotny moment poczuła coś na kształt ukłucia strachu w środku, ale szybko to odrzuciła. Póki co nie stanowiła dla niego niczego wartego uwagi.
   Zatrzymały się przed półokrągłym marmurowym wejściem na ogromny plac, gdzie już było zgromadzonych na oko ze stu Gundalian w podobnie sportowych strojach co ona. W oddali było widać żółte, zielone i niebieskie plamki świateł bijące z budynków miasta. Zimny wiatr zawiał jej prosto w twarz.
– Skoro tak bardzo boisz się o siebie, czemu nie uciekniesz? – spytała, zerkając przez ramię na Gundaliankę. – Tutaj chyba nie ceni się lojalności, nie?
   Nie czekając na odpowiedź, wyszła na plac.
– Nie przypominam sobie, byśmy mieli w planach być od początku traktowani jak potencjalni zdrajcy – syknął Crueltion.
– Ona nikomu tego nie powie.
– Skąd ta pewność?
– Bo doskonale wie, że taka informacja nie jest dla niej gwarancją zachowania życia. Zwłaszcza z takimi zwierzchnikami.
   Bakugan zamilkł, wyrażając tak pogodzenie się. Nabrała powietrza, lustrując szybko wzrokiem plac. W kącie leżało kilkanaście materaców, a z drugiej strony wystawało coś na kształt worków treningowych. Przełknęła ślinę. Tutaj zaczynała się najgorsza część zabawy.


****

   Zenet cudem nie uderzyła lampionem w ścianę, w rezultacie wywołując pożar w południowej części pałacu. A to z pewnością nie poprawiłoby jej i tak już chujowej sytuacji.
   Zacisnęła szczękę. Co ta zdzira mogła wiedzieć o życiu tutaj? Tak, bała się! Cholernie! Kto nie czułby strachu, wiedząc, że wystarczy gorszy humor jednego z Zgromadzenia i bach! Koniec twojego życia!
   Potrząsnęła głową, próbując pozbyć się sprzed oczu wizerunków reszty drużyny. Gdyby wiedziała, że ta cała inwazja na Neathię tak się potoczy, nigdy nie przyjęłabym propozycji Rena. Ach, jaka ona była głupia!
– Co jest, Zenet? – zapytał Contestir, widząc panikę wojowniczki.
– Muszę coś wymyślić – wyszeptała. – Nie chcę umierać – Oblizała wargi. – Tylko jak mam przekonać Zgromadzenie, że jestem im niezbędna? Co powinnam zrobić? – jęknęła do bakugana, a oczy lekko jej się zaszkliły.
– Hej, hej, spokojnie – odparł zaskoczony Contestir, bo widok był naprawdę niecodzienny. – Póki masz jej pilnować, to chyba jesteś bezpieczna.
– Chyba – Pociągnęła nosem. – To dobre słowo.
   Może bakugan miał rację? Tak długo jak będzie łaziła za Heather, jej żywot zostanie oszczędzony? Ale z drugiej strony jaki to był problem zastąpić ją innym lojalnym żołnierzem?
   Jeśli nie pokaże czegoś specjalnego...jeśli tego nie zrobi... rozbite okulary Leny, porzucona książka Jessego...zatrzęsła się.
   Czemu nie uciekniesz?
   Gdziekolwiek się uda, nigdzie nie będzie bezpieczna. Przed Barodiusem nie dało się uciec.
   Poczuła, jakby wokół jej gardła coraz ciaśniej owijała się wisielcza lina. Wystarczył jeden krok w złą stronę i wszystko się skończy.


****


      Mogliśmy być na innej planecie, w nowym środowisku pełnym nieznanych nam rzeczy, lecz jedna rzecz pozostała niezmienna.  Po dostaniu informacji o statku z Gundalii, który kręcił się przy drugiej osłonie, zaczęła się dyskusja, co właściwie robić dalej.
– Wysłać naszych zwiadowców – zaproponował Marucho.
– Śledzić wrogów, by znać ich zamiary – uznał Shun.
– A ja bym obudował pierwszą osłonę – rzekł Dan dumnie.
   Ja, Shun i Marucho już gdzieś tam z tyłu głowy zaczęliśmy mieć swoje przeczucia, jednak Fabia, Shiena i Jake spojrzeli na niego z zaciekawieniem.
– Wymyśliłeś strategię, Dan? – Sheen uniosła brwi.
– Mistrzuniu, ale tak szybko? – zachwycił się Jake.
– Jaki masz plan, Dan – san? – wtrąciła się Haruka, mająca chyba jakieś zaćmienie umysłu, że zapomniała czemu tak dobrze dogadywałam się z Kuso.
   Brunet z lekka skonfundowanym wyrazem twarzy, podrapał się po głowie, po czym odchrząknął.
– Więc myślałem... – zawiesił na chwilę głos, a wyżej wymieniona trójka jakby wstrzymała oddech. – No szczerze, to myślałem, by w biegu coś wykombinować.
   Akane parsknęła w filiżankę, prawie wylewając herbatę na biały stolik, Shun westchnął ciężko, Jake na chwilę się wyłączył, a Shiena wyglądała, jakby straciła wiarę w ludzkość. Dziwaczne milczenie, które zapadło, przerwał obraz z kamer pokazujący już dwa statki zmierzające ku osłonie.
– To statki Kazariny i Nurzaka – stwierdził Elright, przybliżając obraz. – Tylko czego oni chcą?
– Walki! – wykrzyknęli równocześnie Dan z Jakiem.
– We dwójkę na cała neathiańską armię? – zgasił ich Shun. – Bardziej wygląda, jakby coś planowali.
– Dlatego trzeba sprawdzić, czego chcą – odezwał się Marucho. – Wchodzisz w to Akwimos?
– Pewnie!
– My pójdziemy z wami – wtrąciła się Fabia.
– Skoro mamy więcej ludzi, może warto wysłać jeszcze kogoś jeszcze? – zaproponowała Shiena. – Podobno zawsze biorą kogoś z ekipy Rena.
– O tak! Dawaj, Jess, tym razem skopiemy Kazarinie tyłek – wykrzyknął Dan, unosząc pięść.
   Skinęłam głową i już chciałam się podnosić, gdy zatrzymał nas kapitan Elright.
– Wolałbym, żeby Jessie została póki co w pałacu – oświadczył.


****

   Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje, choć jeszcze nic dziś nie zjadła. Podparła się ręką o zimną ścianę, dysząc ciężko i nawet nie próbując ocierać potu z czoła. Całe ciało ją bolało i piekło, jakby zostało zanurzone w lawie.
   Wiedziała, że trening będzie ciężki, ale nie przewidziała, że aż tak. Różnice w budowie ciał Ziemian a Gundalianów nastręczały jej dodatkowych problemów i jedynie posługiwanie się włócznią jako tako jej dziś wyszło.
– Tylko najsilniejsi mogą prezentować naszego władcę – usłyszała głos Airzela nad sobą. Odchyliła głowę. – Jesteś zdolna jeśli chodzi o bitwy bakuganów, ale słaba w kwestii fizycznej. Musisz to nadrobić.
   Skinęła głową, nie mając siły odpowiedzieć. Airzel patrzył na nią jeszcze przez chwilę, po czym oddalił się ku wyjściu. Odsunęła spocone włosy z czoła i podniosła się, krzywiąc, kiedy poczuła ukłucia z kilkunastu zadrapań na nogach.
   Powinna czuć frustrację i bardzo możliwe, że kłębiła się gdzieś w dnie jej duszy, jednak bardziej czuła dziwne niemal elektryzujące ciepło w dole brzucha. Podniosła dłonie. Skóra była miejscami poprzecinana, tu i tam dalej ciekła delikatnie krew.
– Nie ma łatwo, co nie? – powiedziała Zenet, która prawie opierała się podbródkiem o jej ramię.
    Obróciła głowę i spotkała się nią twarzą w twarz. Gundalianka zmarszczyła brew, widząc błysk w jej oczach
– To interesujące – powiedziała i zachichotała. – Pierwszy raz nie mogę nad czymś zapanować – Zacisnęła dłoń w pięść. – Pierwszy raz się tak czuję.
– Ha? – Zenet odsunęła się od niej. – O czym ty gadasz?
   Heather w odpowiedzi uśmiechnęła się szeroko. Zenet poczuła dreszcz zimny na plecach. Jak ona mogła wydawać się taka szczęśliwa? Co z nią było nie tak?!
– Czemu się uśmiechasz? – wyszeptała. Heather przechyliła głowę w bok. – Co w tym jest takiego zabawnego? – Dziewczyna dalej nie odpowiadała. Zacisnęła zęby, czując napływ złości. – Co jest z tobą nie tak?! – wrzasnęła. – Czemu stoisz tu poobijana i wyglądasz, jakbyś wreszcie znalazła szczęście?! Jesteś chora na łeb czy jesteś masochistką?!
– Och, nie musisz się tak drzeć – westchnęła Heather, rozkładając ręce. – Po prostu wreszcie to znalazłam – Jej oczy rozbłysły błyskiem szaleństwa. – Tyle nieprzewidywalności, wizja śmierci dyszącej nad karkiem, pełno niezbadanych scenariuszy. Nie sądzisz, że to ciekawe?
   Ciekawe? Ciekawe?! Zenet zaczęła się trząść. Dzień w dzień walczyła z dławiącym przerażeniem, dzień w dzień patrzyła, jak ich grupa się pomniejsza, a ta zachowuje się, jakby było to zaledwie coś na kształt widowiska w cyrku?!
– Ty też jesteś interesująca – słowa Heather sączyły się niczym jad. – Mimo że wszystko zaczęło iść nie po waszej myśli, desperacko trzymasz swoją maskę pewnej siebie, choć pewnie na co dzień masz ochotę ukryć się w najgłębszym kącie. Jesteś lojalna wobec tych, których się boisz i od których pragnęłabyś uciec. Ciekawi mnie to.
   Zenet miała wrażenie, że coś na moment ją opanowało, bo za nic nie mogła sobie przypomnieć, kiedy puściła lampion. Odzyskała jasność umysłu, dopiero gdy ujrzała głowę Heather odskakującą do tyłu i własna pięść lecącą ku dołowi. Zastygła, przez moment obserwując, jak Heather wznosi dłoń, dotyka palcem rozwalonej wargi, a potem znów się uśmiecha.
– Jesteś chora – wycedziła. – Nie masz zielonego pojęcia, jak tu się żyje, a zachowujesz się, jakbyś była ponad to. Nieważne, co sobie wymyśliłaś, tutaj nic ci się nie uda. Nie masz takiej siły.
   Heather wyprostowała się i zlizała krew z wargi.
– Jesteś pewna, że powinnaś mówić tak głośno?
   Chciała jej odszczekać, ale zdała sobie sprawę, że dziewczyna ma rację. Każde słowo rzucające cień na Cesarza było traktowane niczym zdrada. Ugryzła się więc w język i sięgnęła po upuszczoną latarnię. Otrzepała ją z kurzu.
– Chodź, zaprowadzę cię na posiłek – powiedziała, nawet na nią nie patrząc i ruszyła do wyjścia.
   Heather poszła za nią posłusznie, nie odzywając się już ani słowem. Zenet zerknęła na Contestira, który również wyglądał na mocno zaniepokojonego. Nie pierwszy raz miała do czynienia z zwichrowaną psychicznie osobą, w końcu Kazarina miała swoje momenty, jednak w tej dziewczynie było coś innego. Coś dużo gorszego.


****

   Koniec końców nadąsany, że nie dane było nam reaktywować duetu, Dan poleciał w parze z Jakiem, a Shun został z laskami, by przypilnować sytuacji. Ja natomiast udałam się tym razem na pogawędkę z kapitanem.
– Jest jakiś powód, dlaczego nie mogłam iść? – spytałam.
– Są i to dwa – potwierdził Elright. – Spectra poinformował mnie o wiadomości od Nurzaka i wspólnie  uznaliśmy, że lepiej będzie póki nie pokażesz się zwłaszcza Kazarinie na oczy.
   Brew mi drgnęła. Pomysł spoko i zrozumiały, ale ta blond pała oczywiście nawet się o nim nie zająknęła przed powrotem na Vestalię. Westchnęłam.
– A drugi?
– Czy mogłabyś pokazać mi swoją moc? – odparł pytaniem.
   Przechyliłam zdziwiona głowę, ale bez protestów uformowałam średniej wielkości purpurową kulę nad dłonią.
– Mogę jeszcze tworzyć niewielkie bariery lub przenosić przedmioty – dodałam. – Jednak co ma to do rzeczy?
   Elright gestem wskazał mi krzesło, po czym odwrócił się i zaczął pisać na klawiaturze. Pojawiło się nagranie wysokiego Gundalianina w ciemnych szatach o ciemnoszarych włosach do szyi, który wraz ze swoim bakuganem Darkusa niszczył okoliczne budynki Neathii. Obraz śnieżył, przez co z trudem dostrzegłam coś na kształt  miniaturowych ciemnych wyładowań elektrycznych skaczących po jego dłoni.
– Zauważyliśmy u niektórych Gundalian umiejętność do wytwarzania czegoś podobnego do piorunów – wyjaśnił Elright. – Są w stanie powalić kilku naszych żołnierzy na raz.
   Przełknęłam ślinę. A myślałam, że hipnoza Kazi to będzie największa przeszkoda.
– Jak dotąd stwierdziliśmy taką umiejętność u Barodiusa oraz jego prawej ręki Gilla – kontynuował. – I stąd też bierze się drugi powód. Neathianie tak nie potrafią, a obrona przed tym nie jest łatwa. Dlatego chciałbym spytać, czy twoja moc byłaby w stanie to zniszczyć lub stworzyć skuteczne bariery.
– Chciałabym zapewnić, że tak, ale ciężko mi stwierdzić – odparłam, patrząc na zapętlone nagranie. – Moja moc pochodzi od bakugana i nie zaprzeczę, że jest potężna, jednak nie wiem, jaka jest ich. Musiałabym zapytać Reiko, ona wie więcej ode mnie.
– W razie najgorszego scenariusza potrzebujemy czegoś, co obroni królową Serenę i świętą Kulę. Jeśli Barodius ją posiądzie...
   Reszta jego słów utonęła w rumorze wywołanym wstrząsem, który przebiegł przez cały pałac. Złapałam się rogu stołu, żeby sobie czasem zębów nie wybić, a Elright przejechał łokciem po klawiaturze. Gwałtowna fala ciepła rozpłynęła się po pomieszczeniu.
– Kapitanie! – Do środka wpadł jeden z żołnierzy. – Święta Kula wpadła w szał. Księżniczka Fabia i Marucho są w niebezpieczeństwie!





Udało mi się wrócić przed wybiciem 2 miesięcy, i'm so proud XDD Rozdziału tyle nie było, gdyż w sierpień miałam trochę wolny dom i grzechem byłoby tego nie wykorzystać, potem jakieś urodziny, wyjazdy i tak zleciało. A ten rok w szkółce to jest jakiś hit, mam tak dość i jeszcze wizja maturki ustnej psuje mi krew. Ehh no nic
Co do rozdziału to próbowałam tutaj trochę ująć załamanie Zenet (tak obejrzałam 20 odcinek XDD) no i kochaną Heather, z której coraz bardziej wychodzi jej psycho strona, Reszta to bajlando na Neathii, które idzie mi najgorzej, ehh
Odmeldowuje się!

środa, 7 sierpnia 2019

S2 Rozdział 35: Dwie księżniczki


   Omówienie reszty drużyny pierścienia w wersji gundaliańskiej, wyjaśnienie czym jest jakaś Święta Kulą, o którą w sumie toczyła się ta cała wojna i wycieczka po pałacu i okolicach, którą zafundował nam Dan zajęło dobre pół dnia. Gdy z niemałym trudem, gdyż zamek do małych i o łatwym rozkładzie nie należał, dotarłam do swojego pokoju, to miałam tylko siłę paść nosem na łyżko kryte jasnym baldachimem. Tępe pulsowanie w skroniach nieco osłabło, ale to może przez fakt, że zamknęłam oczy.
– Fludim, też się tu tak tragicznie czujesz? – mruknęłam,  zwijając się w kulkę.
– Trochę na początku, ale już mi przeszło – Przycupnął koło mnie na kołdrze. – Za to ty wyglądasz, jakbyś zaraz miała zwymiotować.
   Westchnęłam. Nie ma to jak przyzwoity komplement od bakugana. A jeszcze czekał mnie obiad, omówienie planów na najbliższy czas i to wszystko w towarzystwie tej dyplomatki od siedmiu boleści. Co prawda póki co jeszcze mnie nie wkurwiła ani nie sprawiła, że straciłam wiarę w Neathian, jednak podświadomie czułam, że to jedynie kwestia czasu.
   Syknęłam, czując, jakby kolejne igiełki wpiły się w skórę, rozsyłając fale bólu po całej czaszce.
– Aż tak cię boli? – zaniepokoił się.
– Gorzej niż jak Mira dała mi patelnią w twarz – odparłam. – Błagam, Fludi, leć do Shieny po przeciwbólowe, ona ma pewnie pół szpitala przy sobie.
– Dobra, a ty nie waż się mdleć! – rozkazał lekko spanikowanym głosem, podskoczył i jak strzała wystrzelił ku drzwiom. – I nie nazywaj mnie Fludi!
   Uśmiechnęłam się słabo, ale zaraz wykrzywiłam usta w kolejnym grymasie. Skąd się to brało? Dziewczynom, Gusowi i Spectrze nic nie było, więc to nie mógł być klimat ani nic w tym guście. Przewróciłam się na drugi bok i mój wzrok padł na szerokie lustro w błyszczącej ramie. A może to była kwestia domeny? W końcu Haos był przeciwieństwem Darkusa, a ta cała planeta wyglądała niemal jak utkana ze światła. No to się wybrałam, kuźwa, fantastyczny wybór, jeszcze się tu pochoruję.
   Rozległo się ciche pukanie, lecz nim zdołałam się podnieść, to Dan już wpadł do środka ze szklanką wody oraz jakimiś tabsami na talerzyku.
– Zupełnie zapomniałem, że możesz się słabo tu czuć – oznajmił i położył naczynia na szafce nocnej. – Jezu, umierasz?
– Dzięki, nie musiałeś – sarknęłam i ujęłam w palce żółtą podłużną tabletkę. Zmrużyłam powieki.  – Co to?
– Nie mam pojęcia, ale pielęgniarka powiedziała, że Heather pomogło.
   Dobra, nigdy nie otrułam się niczym na Vestalii, więc czemu tu miało być inaczej? Położyłam kapsułkę na języku i przełknęłam, wypijając całą szklankę. Miała lekki gorzkawy posmak zupełnie jak ziemskie leki. Niemal odczułam, jak te małe szpileczki wypadają z mojej głowy, a fale odpływają w siną dal. Odetchnęłam z ulgą.
– Dzięki, Dan.
  Kuso wyszczerzył zęby i dumnie wziął się pod boki.
– Serio?!
   Odwróciliśmy głowy ku Fludimowi, który z umęczoną miną z wszelkich sił próbował utrzymać opakowanie pigułek.
– To ja się tu męczę i przelatuję pół pałacu, a ty... – zaczął gderać.
– Tak, tak, wszyscy doceniamy twoje bohaterstwo – Uwolniłam go od ciężaru i rzuciłam tabletki na łóżko. – Ale na zawał mi zaraz nie zejdziesz, mam nadzieję?
   Burknął bardzo nieładny epitet pod moim adresem i odfrunął na poduszkę. Wywróciłam oczami i przeciągnęłam się.
– Tak ogólnie to jak wam się tu żyje? – zwróciłam się do Dana i wyjrzałam przez okna na błyszczący mur, który okalał bujny ogród.
– Jest świetnie! Mają zarąbiste żarcie, a Neathianie są strasznie mili – Wepchnął się koło mnie. –  Nie rozumiem, czemu Heather chce zniszczyć to miejsce – Oparł brodę o dłonie.
– Wątpię, by chciała zniszczyć Neathię – zauważyłam. – Jak mówiła Jane, ona to wszystko traktuje jak pokręconą formę rozrywki.
– Czyli może zrobić to samo z Gundalianami? Zdradzić ich, gdy tylko najdzie ją na to ochota? – Drago włączył się do rozmowy.
– Szczerze, to bym się nie zdziwiła. Choć pewnie ta cudna ropucha, z którą walczyliśmy, jej na to tak łatwo nie pozwoli.
– Wątpliwe jest też, że ją tak łatwo przyjmą.
   Zerknęłam przez ramię na Spectrę w towarzystwie Gusa, zduszając na języku uwagę o pukaniu. Jak tylko pojawiał się w nowych miejscach, to od razu jego osobowość „władcy absolutnego, robiącego co chce” wchodziła na pierwszy plan i nic nie dało się z tym zrobić. Bo patelni niestety nie wzięłam, a mogłam sobie zapisać, cholera jasna.
– Jak zrobią z niej swoją marionetkę, to też będzie przewalone, skoro pokonała Jake – westchnęłam.
– Najlepiej było ją dokładnie prześwietlić, zanim weszła w szeregi Wojowników – stwierdził z nutą kąśliwości Fermin, ale widząc minę Dana, zmienił temat. – Odkładając to na bok, to masz jakiś plan, Kuso? Kapitan Elright coś wspominał.
– No bo wiesz, od kiedy Gundalianie się wycofali, mamy większe pole do manewru – zaczął szatyn, a ja już podświadomie czułam, że coś walnie.
– Opracowałeś jakąś strategię ataku? – spytał Gus, robiąc wielkie oczy. Spectra i Helios również spojrzeli z zaciekawieniem.
– Eee... – Kuso uśmiechnął się. – A po co człowiek wymyślił improwizację, jak nie na takie okazje? Nie, Jess?
   Przybiłam z nim piątkę, zduszając śmiech na widok reakcji Vestalian, z których momentalnie wyparowała cała wiara w ludzkość. Grav klepnął się w czoło, kręcąc głową, Helios mruknął coś na kształt „głupoty się nie traci”, a Spectra zrobił tak zniesmaczoną minę, jakby dostał pod nos piekarskie popisy Miry doprawione porządną porcją węgla.
– Żadnych improwizacji – syknął przez zęby Keith, patrząc na mnie ostrzegawczo.
– Ehh a to czemu?
   Prawdopodobnie wejście Fabii uratowało naszą dwójkę przed godzinnym czytaniem w porządku alfabetycznym wszystkim spontanów zakończonych narobieniem cyrku stulecia. Swoją drogą niezły miałam dziś przemiał w tym pokoju, tylko czekać aż sama królowa zaszczyci mnie wizytą.
– Przeszkadzam? – spytała niepewnie, poprawiając grzywkę i stając w progu.
   Szybciutko przekalkulowałam, co bardziej się opłaca i pokręciłam głową.
– W takim razie mogłybyśmy porozmawiać w jakimś ustronnym miejscu, Jessie?
   He? Przesłyszałam się? Ona nie chce mnie wyciągnąć na rozmowę, nie? Jednak gdy spojrzała wyczekująco, nadzieję trafił szlag. Przytaknęłam i ruszyłam ku niej, rzucając zrozpaczony wzrok Spectrze. Cham mnie zignorował!
– Myślę, że w ogrodzie będzie najlepiej – powiedziała, kiedy wyszłyśmy na korytarz.
   Zgodziłam się natychmiastowo. Przynajmniej będę miała, gdzie ukryć jej zwłoki, jeśli coś odstawi.


****

 
     Czy u Gundalian im było się ważniejszym, tym brzydszym? Bo przynajmniej tak to wyglądało dla Heather, od kiedy weszła do sali tronowej, gdzie na ciemnym tronie zdobionym granatowymi klejnotami siedział osławiony cesarz Barodius. Uroku miał w sobie tyle co szerszeń, oczami mógł zamrozić duszę na kamień, a tuszę posiadał przyzwoitą, chyba że była to iluzja wywołała warstwami jego szat. Laska (albo Gundalian przypominający kobietę)  stojąca po jego prawym boku przez swoje wysoko postawione blond włosy od razu przywodziła na myśl brokuła, natomiast mężczyzna odziany w szkarłatne szaty wyglądał na takiego, co jest gotowy rozszarpać każdemu gardło. Przeurocze towarzystwo, nie ma co.
– Więc nazywasz się Heather, tak? – odezwał się wreszcie Barodius.
– Owszem – powiedziała, czując, że już ją kolano boli od klęku.
– I według Airzela chcesz do nas dołączyć?
– Owszem.
– A czemu mam ci uwierzyć? A nie uznać, że to kolejny podstęp Neathian i wtrącić cię do lochu?
   Podniosła głowę. Gundalianin wpatrywał się w nią z chłodnym zainteresowaniem, uderzając długimi palcami o podłokietnik. Wiedziała, że z każdej strony otaczają ich strażnicy i jedno niewłaściwe słowo mogło skończyć się dla niej tragicznie. Oblizała wargi, słysząc szum adrenaliny przepływającej przez żyły.
– Zadałam ich kapitanowi ogromne szkody oraz unieszkodliwiłam na kilka dni jednego z Wojowników – Jake’a. Gdyby to była tylko gra, to czy zadanie takich strat nie byłoby zbyt nieopłacalne?
– Czasami trzeba je ponieść, by osiągnąć pożądany efekt.
– To prawda, ale z największym szacunkiem – Przyłożyła dłoń do serca. – czy Neathianie tak miłujący pokój i prawość zgodziliby się skrzywdzić taką ilość swoich bakuganów tylko dla jednego podstępu?
– Hmm – Barodius przechylił głowę. – A jaki jest powód twojej chęci dołączenia do nas?
– Chcę ich zniszczyć – wyznała. – Patrzeć na te zrozpaczone twarze, które jeszcze do niedawna miały nadzieję. Słyszeć krzyki tych naiwnych Wojowników i móc się z tego śmiać. Zresztą – Uniosła kącik ust. – Czy Ciemność naprawdę może istnieć na planecie światła?
   Po jej słowach zapadła cisza. Cesarz przez chwilę świdrował ją wzrokiem, po czym podniósł rękę.
– Zenet!
– Tak, panie? – Z ogarniętego mrokiem kąta wyłoniła się zielonowłosa Gundalianka noszące na głowie coś na kształt żółtego beretu z czerwonym kryształem.
– Zaprowadź Heather do jakiegoś wolnego pokoju i przy okazji wytłumacz nasze zasady. A co do ciebie – Zwrócił się znów do niej. – Póki co dam ci szansę, jednak jeśli spróbujesz czegokolwiek, to będzie twój ostatni raz, gdy ujrzysz światło, rozumiemy się?
– Zrozumiałam i dziękuje bardzo – Skłoniła się, nim wstała i ruszyła za Gundalianką odprowadzaną spojrzeniami reszty sługusów Barodiusa.
   Widziała, że kompletnie jej nie ufał, ale z jakiegoś powodu pozwolił zostać. Pewnie cały pałac był wypełniony jego donosicielami lub jakimiś kamerami. Cóż, przynajmniej miał więcej oleju w głowie niż wszyscy Neathianie razem wzięci.
– Jesteś masochistką?
   Oderwała się od rozmyślań i spojrzała na Zenet, która szczerzyła zęby.
– Niby czemu?
– Żeby z własnej woli służyć Barodiusowi – sama, fiu fiu – zagwizdała. – Uważaj, by nie skończyć na stole Kazariny, bardzo nie lubi swoich rywalek.
– Zazdrosna czy zdaje sobie sprawę z własnej brzydoty?
  Zenet rozdziawiła usta i zamrugała kilka razy, nim wybuchła piskliwym chichotem. Heather skrzywiła się. Co w tym było takiego zabawnego?
– Serio masz coś z głową! – stwierdziła Gundalianka i zrobiła obrót na własnej pięcie, aż rękawy jej bluzki zafurkotały. – Żeby tak otwarcie hejtować jedną ze Zgromadzenia Dwunastu.
– A sama tego nie robisz?
– Więc ja mam swojego rodzaju ochronę – rzekła z tajemniczym uśmiechem.
  Heather uniosła brew, ale tego nie skomentowała, tylko rozejrzała się po korytarzu oświetlanym przez żyrandole rzucające limonkowe światło na ciemny marmur.
– Mam pokój gdzieś tu czy wreszcie mnie tam zaprowadzisz? – spytała lekko poirytowana.
   Zenet wywróciła teatralnie oczami, założyła ręce za głowę i ruszyła dalej.
– Zimna suka z ciebie, co?
   Heather poczuła, jak w środku zaczyna ją skręcać. Jeszcze ta wkurwiająca laska miała być jej przewodnikiem przez najbliższe dni? Zacisnęła dłoń w pięść i wzięła głęboki wdech. Wreszcie zatrzymały się przed drzwiami wykonanymi z czarnych desek. Zenet bezceremonialnie je kopnęła. Światło z korytarza oświetliło niewielkie wnętrze, które wypełniało jednoosobowe łóżko, okrągłe białe okno, fotel ze stolikiem i podłużną komodę. Po wejściu Heather uznała, że na Gundalii nie znali chyba ogrzewania, bo piździło przyzwoicie. Potarła się o ramiona.
– Tam masz łazienkę – Gundalianka wskazała na drzwi po lewej stronie. – Ciuchy przyniosę ci później.... Eeee...czegoś jeszcze ci trzeba?
– Nie – odparła krótko.
– Coż w takim razie rozgość się tu – Heather – chaan – przeciągnęła głoskę, szczerząc zęby w sztucznym uśmiechu. – Choć kto wie, ilu tu pomieszkasz.

  
****


   Ogród mieli bardzo ładny i zadbany, to trzeba Neathianom przyznać. Jednak poza tym pozytywów obecnej sytuacji brak. Choć powietrze czyste dobrze wpływa na płuca i ogólnie pracę mózgu. No to mamy już dwa plusy, cóż za postęp.
   A pomijając to, dlaczego wywlokła mnie na jakąś dziewczyńską pogadankę? A może chciała mnie wyjebać za zbity pysk, gdyż jakimś cudem telepatycznie odczytała moje myśli na jej temat? Choć gdyby posiadali telepatię, to nie doszłoby do tego całego cyrku. Z drugiej strony to Fabia ma ujemne iq, którym przebija już Shadowa i ma duże szanse przejąć podium póki co piastowany przez Zenka.
– Dlaczego chcesz nam pomóc? – spytała poważnym tonem, porzucając podziwianie habazi i wbijając we mnie twardy wzrok. Chyba chciała tą pozą pokazać, jaką to jest ważną i odpowiedzialną księżniczką, ale ja nigdy nie zapomnę jej fantastycznych popisów dyplomatycznych. Lepszej komedii – a raczej tragikomedii – dawno nie widziałam.
   A już nie skomentuję faktu, że odezwała się pierwszy raz od pięciu minut wejścia do ogrodu. Pewnie zbierała szare komórki rozproszone po mózgu czy coś takiego.
– Po prostu chcę dorwać Heather – odparłam.
– Czemu?
– Jak to czemu? – Rozłożyłam ręce. – Ponieważ wiem, że rozpęta chaos i wolałabym temu zapobiec, bo jednak Dan i inni mają dużo na głowie. Poza tym trzeba tej gówniarze wbić do łba, żeby nie tykała moich przyjaciół.
– Czyli nie obchodzi cię Neathia?
    Poczułam, jak zaczyna pulsować mi żyłka. Sepleniłam czy nie umyła uszu przy porannej toalecie?
– Pozbędę się stąd Heather, więc jakby nie było pośrednio pomogę wam. Ale jak pytasz o główny cel, to owszem, nie dbam o to.
    Fabia wciągnęła powietrze przez nozdrza, które lekko zadrgały, po czym westchnęła.
– Wiedziałam. Nie jesteś taka jak Wojownicy.
– Brawo za odkrycie – uśmiechnęłam się z drwiną.
– Więc czemu wydajesz się być ich częścią, chociaż tak bardzo się różnicie?
   Kurwa, ona sama się prosi, by wylądować dwa metry pod tymi chaszczami.
– Zdajesz sobie sprawę, że mimo innych światopoglądów można być przyjaciółmi? – Uniosłam brew. – Wspieramy się i pomagamy sobie nawzajem, nie ma tu głębszej filozofii – Przyjrzałam jej się spod zmrużonych powiek. Ślepa bym musiała być, by nie zauważyć, że mnie nie lubi, ale niech od mojej relacji z Wojownikami się odwali. – Swoją drogą czemu się tak wypytujesz, hm?
– Chciałam zobaczyć na własne oczy, jaka jest księżniczka Vestalii.
– Tylko z nazwy formalnej, władzę ma Rada – mruknęłam. – Chyba ci się niezbyt spodobałam, prawda?
– Wydawało mi się, że ktoś, kto przyjaźni się z Wojownikami i walczył z nimi w ramię w ramię, ma w sobie więcej dobroduszności oraz współczucia.
   Zdusiłam  w sobie śmiech, bo zaraz przed oczami pojawili mi się Hydron, Spectra, Gus, Maskarad i Klaus. Nie no sami świetni faceci, aniołki w ludzkiej skórze, nigdy nikomu nic nie zrobili, a w niedziele przeprowadzają staruszki przez jezdnię. Błagam, daj mi ktoś klej modelarski, zrobię przysługę wszechświatowi.
– Świat jest pełen zła. Lepiej, byś o tym pamiętała, gdy następnym razem pojawisz się gdzieś, szukając pomocy i nie będąc w stanie jej zdobyć bez pomocy innych, bo twoje umiejętności społeczne ssą – Podniosłam się z ławki i skłoniłam niczym francuska dama. – A teraz jeśli wybaczysz, to się oddalę, gdyż ta konwersacja prowadzi donikąd.
   Sheen przez chwilę miała minę, jakbym ją uderzyła, po czym schyliła głowę. Grzywka padła jej na oczy, kryjąc je w cieniu.
– Wiem, ile wszędzie jest zła. Widziałam je i doświadczyłam na własnej skórze – Zagryzła wargę. – Nie masz pojęcia, co Gundalianie nam zrobili. Co mi zrobili – W jej głosie pojawiła się wyższa nuta.
   Zerknęłam na nią, a potem przeniosłam wzrok na tatuaż na ramieniu.
– Ty też nie masz o mnie zielonego pojęcia – stwierdziłam spokojnie. – Zatem najlepiej jak nie będziemy wchodziły sobie w drogę i tyle.
   Waląc, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, obróciłam się na pięcie i wyszłam. Po jaką cholerę zaczęła to rozmowę, nie wiedziałam, ale ciśnienie ładnie mi podniosła, pieprzona. Zatrzymałam się przy spiralnych schodach, marszcząc brwi. Jak myśmy złaziły? Tędy?
– Zaraz będzie obiad w głównej Sali, nie masz co wracać do pokoju – Koło mnie magicznie pojawił się Keith. – Jak poszło?
– Nie dogadamy się nawet za milion lat – uznałam.
    Wywiesił oczy do góry, pewnie modląc się do Starożytnych, by dali mu siłę.
– Czemu?
– Cóż, dyplomatka wierzy, że trzeba mieć czyste intencje, jeśli komuś pomagasz i nie może przeboleć, że nie dbam o to – Machnęłam ręką w kierunku okna, skąd rozciągał się widok na okoliczne budynki. – No ale światło i mrok nigdy nie były dobrym połączeniem, czyż nie?

  



Wleciałam z 35, który musiałam napisać od początku, bo w pewnej chwili myślałam, że dostanę załamania nerwowego. Uznałam, że walę te odcinki, zrobię to po swojego, jak będzie mocno no - canon, trudno XDD Serio, nie mam siły wbijać sobie do łba charakteru każdej cholernej postaci. Jak którąś lubię, to będzie jej więcej, bo i jest dla mnie łatwiejsza (wyjątek to Kazia bo jest psycho i Fabia, bo wkurwia Jess XDD), reszta mnie wali, może zdechnąć, nie będzie mi przykro...Tak wylewam jad, ale serio nie cierpię tej serii, bo ciężko mi połączyć to z ockami. A co do rozdziału, to macie tutaj friendship (ta jasne) zielonych włosów i rozmowę dwóch księżniczek, w sumie krótką XD
Odmeldowuje się!

poniedziałek, 29 lipca 2019

Angel się wypowiada #3

(to ja, gdy próbuję zrozumieć, o co chodzi z jakimiś warstwami i innymi szmirami XDD)

Miliony razy już mówiłam, że moje umiejętności w kwestii programów graficznych są świetnym żartem (3 lata próbuje opanować Gimpa, aż go odinstalowałam, tru story), a przydałoby się zrobić nowy nagłówek. Szczerze, to biegać po ruskich stronkach i szukać przyzwoicie wyciętych postaci, to mi się średnio już chce XD Więc jak ktoś ma albo serio MEGA prosty program graficzny do polecenia albo sam umie wycinać, to z miłą chęcią przyjmę propozycję pomocy XDDD
A tu macie tru bakuganowego mema na polepszenie dnia (mam ochotę zdechnąć z wiatrakiem XD)


 Tak było, boże dalej mam flasbacki z tego CZEGOŚ. A ja tak chciałam Spectrusia ;-; No nic idę zdychać i może coś pisać XD

wtorek, 23 lipca 2019

S2 Rozdział 34: Co jeszcze czai się w ciemności?


   Westchnęłam, kiedy odwróciłam się i ujrzałam, co wyprawia Akane.
– Ale ty wiesz, że Neathia to nie jest jakaś kosmiczna wersja Malediwów? – spytałam z dużym powątpiewaniem.
   Oczywiście Japonka zabierała się ze mną i z tej okazji postanowiła wypchać sporej rozmiarów białą walizkę do granic możliwości. O ile pękata kosmetyczka mnie nie dziwiła, tak dostrzeżone sznurki od bikini upchnięte w jednym z rogów już poddawały wątpliwościom rzeczywisty cel wyprawy Aki. O małej grze pt. „Prawo dżungli” wolę już nie wspominać.
– Wszystko może się przydać! – oświadczyła, wyjmując z mojej szafy dwie bluzy. – Zresztą spakowałam tam od razu ciebie!
– Aki, nie zamierzam tam siedzieć nawet tygodnia. Zgarniamy Heather, ewentualnie skopiemy trochę gundaliański tyłków, by pomóc Danowi i ekipie, po czym powrót.
– Chciałabyś, nie ma mowy, by los był tak łaskawy i nic się nie zdarzyło – odparła, wstając i opierając rękę o biodro. – Masz chujowego farta, skarbie. Zresztą dorwanie Heather nie będzie takie proste, skoro zawinęła się z którymś z tych ufoków.
   Wywróciłam oczami i padłam na łóżko. Wszyscy już pewnie dobrze znaliście mój osławiony pech, więc tu nie było co czarować, coś jebnie na pewno i to porządnie. Niby Dan lub Shun się nie odzywali, ale cholera wie, czy przez brak większych kłopotów czy tragiczną łączność. Pewnie przez to drugie, bo mi przecież w życiu tak rozrywek brakuje.
– O matko słodka, to myśmy miały tyle nabrać? Ja mam tylko torbę.
   Podniosłam głowę, by ujrzeć zmartwioną Harukę stojącą w progu. Oczywiście mimo iż szedł z nami Spectra i Gus (to chyba była jakaś forma kontroli rodzicielskiej, ale trudno) to Shiena za żadne skarby świata nie chciała nas puścić same. Zresztą mówiła, że czuję się winna, iż dała tak łatwo puścić tam Heather, choć jak ona niby miała temu zapobiec?
– To Aki, głowa do góry, zaraz jej to wywalę – Machnęłam ręką. Zauważyłam brak Jane za jej ramieniem. – A Jane gdzie?
– Musiała zostać na dłużej w pracy – mruknęła Haru i rozsiadła się na fotelu.
   Pomijając jakieś japońskie hity, które Aki sobie puściła w łazience do mycia głowy, to w pokoju zapanowała cisza. By uniknąć jakiś spóźnień uznałyśmy, że zrobimy sobie nockę u mnie, a rankiem pędem na Vestalię, a stamtąd do Neathii. No i teraz dochodziła już północ, a nadal byłyśmy dalej spania jak bliżej.
– Stresujecie się? – odezwał się Garra.
– Jestem spokojna jak na wojnie – Podniosłam rękę.
– A ja mam wrażenie, że zaraz serce wyjdzie mi z piersi – przyznała Haru, przykładając dłoń do piersi.
   Zerwałam się momentalnie.
– Jezu, czemu? Meliskę ci zaparzyć?
– Co? Eh, nie! Tylko...
   Olewając protesty Haru, wyciągnęłam ją do kuchni. Przy okazji widząc, jak Ares zaczyna merdać ogonem, patrząc na drzwi, odblokowałam zamek i za chwilę w holu pojawiła się Jane z plecakiem na ramieniu. Każda umiała się spakować oprócz Akane, no bez jaj.
   Koniec końców całą czwórką zgromadziłyśmy się w jadalni z parującymi kubkami herbaty lub czekolady zależnie od gustu. Dodatkowo dla odprężenia naszych kochanych bakuganów, kiedy wrzątek z czajnika ostygł, to wlałyśmy go do miski, tworząc dla nich gorący basen. Teraz cała czwórka unosiła się nad powierzchnią, wyglądając na szczęśliwych. Nie wiem, jak tam wygląda z różnicą płci u bakuganów, ale Ulvida nie wydawała się zmieszana, więc było gut.
– Więc, skoro wreszcie mogę skończyć – zaczęła Haru, obejmując kubek dłońmi. – to jednak jest to wyprawa na obcą planetę, gdzie toczy się wojna. Nie macie stresa, a zwłaszcza ty Jess, odkąd jesteś księżniczką?
– Lecę tam jako przyjaciółka Wojowników, zresztą już nic nie przebije tego, że polował na mnie psycho dziad, a własny przodek próbował zabrać ciało.
– Wbiłyśmy z Jess na pełnej kurwie do pałacu Vexosów w środku nocy – dodała Akane, popijając czekoladę.
– Spędziłam noc w celi, gdzie było to gundalianskie straszydło. Gorzej już raczej nie będzie – skwitowała Jane, unosząc kącik ust.
   Shiena westchnęła ciężko, jakby teraz sobie zdała sprawę, że jej przyjaciółki zdążyły już odwalić niezłe cyrki w kosmosie, więc teraz będzie nie lepiej.
– Nie masz się co stresować, Haru. Wystarczy jeden ruch i spalisz każdego – Akane udawała, że dłonią wznieca ogień, po czym go zdmuchnęła. – I zostawisz sam popiół.
– Dokładnie, szefowooo – potwierdził Garra.
– Wam to chyba już starczy – mówiąc to, Jane szybkim ruchem wyciągnęła nasze bakugany z wody, a ja poszłam ją odnieść i wylać do zlewu. Przy okazji zerknęłam na zegarek. Wpół do pierwszej, świetnie...


****

– Dobrze się spało?
   Uśmieszek Keitha doskonale mówił o poziomie ironii zawartym w tym pytaniu i zdecydowanie wychodził on poza skalę. Odrzuciłam kucyka na plecy i ziewnęłam, przeciągając się.
– Świetnie, czuję się jak młody bóg.
   Uniósł brew i obrzucił spojrzeniem Akane, Harukę i Jane. Japonki opierały się o siebie i dzielnie starały nie zasnąć, a Wilson grzebała w telefonie, gdyż była już weteranem w funkcjonowaniu po małej ilości snu. Jedynie nasze bakugany były żywotne i latały po całym pomieszczeniu sterującym.
   No cóż przespanie co najmniej sześciu godzin w trzy było niewykonalne. Jednak co można było zrobić, kiedy Aki rozpoczęła wojnę na żelki o drugiej w nocy – po której miałam czerwony odcisk na żuchwie – a ja potem wjechałam z tematem wesela brata? O właśnie przydałoby się powiedzieć Keithowi, by rezerwował sobie termin na 7 kwietnia i szukał garniaka.
   Nie, stop, najpierw załatw jedno, Jess, bo znów wyjdzie galimatias. Pomijając, że już jest galimatias, nie wolno się zniechęcać.
– Słuchasz mnie w ogóle?
  Potrząsnęłam głową i pomrugałam, by spojrzeć nieco przytomniej na Fermina. A i tak dla ścisłości, to zamierzał wbić na Neathię w swoim czerwonym płaszczyku i masce. Dlaczego i jakim cudem to dalej było na niego dobre po ponad roku? Tego nie wie nikt.
– Powtórzysz? – wyszczerzyłam zęby.
   Wywrócił oczami i pochylił się nad podświetlaną klawiaturą. Wbił ciąg współrzędnych, które zaraz wyświetliły się na ekraniku o bok, a na mapie wszechświata pojawił się mały czerwony punkcik czyli nasz cel.
– Mówię, że mogę z wami pozostać tylko do końca dnia tak samo Gus. Mamy do skończenia projekty ulepszenia barier międzyplanetarnych i nie możemy tego przekładać, by weszły jak najszybciej w życie. Więc jeśli Wojownicy i Neathianie ustalają jakiś konkretny plan działania, to błagam, nie niszcz go. I nie wychylajcie się za bardzo.
– No przecież wiem – Skrzyżowałam ramiona. – Choć dalej nie mam zaufania do zwykłych planów.
   Spojrzał groźnie.
– Ale nie zabijaj – westchnęłam. – Zdaję sobie sprawę, że wkurwianie lwa patykiem źle się kończy. Jak tylko nadarzy się okazja, łapiemy Heather i ładnie wracamy na Ziemię, okej? Pasuje?
 Przytaknął, choć pewnie w myślach już układał plan awaryjny co robić, jak wszystko trafi szlag.
– Poza tym będą tym razem cię lepiej pilnował – wtrącił Fludim. – Tym razem nie pomogą ci oczy szczeniaka!
– Już drżę ze strachu – mruknęłam, unosząc kącik ust. – Zdzielisz mnie w nos czy rozwalisz bębenki swoimi wrzaskami?
   Bakugan zmrużył powieki i pokręcił głową pełen dezaprobaty.
– Jeszcze popamiętasz te słowa!
   Wtem drzwi wejściowe się rozsunęły, wszedł Gus, a ja uświadomiłam sobie, że naprawdę powoli kojarzę fakty, gdy jestem zaspana. No bo była tu Aki, która mimo stanu pół zombie, widząc te niebieskie loki, zrobiła nietęgą minę i zaraz napięła mięśnie. Atmosfera z usypiającej stała się troszkę nieprzyjemna. Mimo to Grav po krótkiej wymianie spojrzeń z Akane, podszedł do mistrza, zachowując spokój. Pewnie lat praktyk z Shadowem i Spectrą, kiedy był jeszcze bardziej pieprznięty.
   Wycofałam się chyłkiem i ruszyłam do Aki, machając dłońmi na znak, by darowała sobie jad. Ta mnie jednak chamsko olała i już miała strzelić, to wbiłam jej dłoń w buzię z rozpędu. W efekcie plasnęłyśmy o posadzkę, ciągnąc biedną Haru, ale ją akurat zdołała złapać Jane.
– Ciiicho! – syknęłam do przyjaciółki. – Wiem, że to skurwiel i tak dalej, ale błagam powyzywaj go na Neathii!
   Aki zmarszczyła brwi, niemo przekazując „no chyba cię pojebało” i walnęła mnie w bok, bym z niej zeszła. W odpowiedzi przygniotłam jej biodro kolanem.
– Dzieci, nie bijcie się, ludzie patrzą – powiedziała Jane, patrząc na nas z politowaniem. Gdy nie zareagowałyśmy, brew jej drgnęła. – Ej, bo was kopnę!
   W sumie szkoda, że nie dołączyła do bijatyki, bo może wtedy pojawienie się kolejnej osoby przeszło by bez echa. A tak, gdy usiadłyśmy po turecku, poprawiając włosy, to do środka wkroczyła Irene, której długie włosy niemal zamiotły podłogę.
– Gus – kun! – Zanuciła słodko i pomachała reklamówkę, w której było białe pudełko – Zapomniałeś moich babeczek... Och – Spojrzała na nas i zaraz jej uśmiech znikł.
   Pomachałam do niej, na co skinęła mi, ale resztą obdarzyła takim zimnym wzrokiem, że cud iż się nie zatrzęsły. Znaczy Haru to to była w sumie jeszcze w krainie snu, a Jane miała zwyczajowo wyjebane, lecz Aki odwzajemniła się swoim spojrzeniem diabła. O Starożytni, jak nam się uda stąd wylecieć w jednym kawałku, to będzie sukces.
– Proszę, przyniosłam ci – Irene odwróciła się do chłopaka, wręczając mu reklamówkę.
– Dziękuje Irene, ale nie musiałaś wstawać tylko po to – odparł Grav, uśmiechając się ciepło.
– Żaden problem. Dzień dobry, Keith – san – zwróciła się do Keitha, a ten jedynie coś odmruknął. – Wiedziałam, że będzie tu Jessica – san, lecz kim jest pozostała trójka, jeśli mógłbyś mi powiedzieć? – spytała z uśmiechem, pod którym kryła się złość.
– To moje przyjaciółki. Akane, Jane i Haru. Prosiłam Keith, by je z nami zabrał – wtrąciłam się.
– I jesteśmy super fankami Gusa oraz jego loków – wtrąciła Akane, bo przecież musiała w końcu czymś wystrzelić. Jane klepnęła się w czoło.
   Irene zmarszczyła brew i przez chwilę miałam wrażenie, że ruszy z pazurami na Japonkę, ale się opanowała.
– Rozumiem, więc to tak. Cóż nie będę wam przerywała, do zobaczenia wieczorem, Gus, kochanie – Posłała mu buziaka, skłoniła się na pożegnanie i ruszyła drzwiom. Tuż przed wyjściem spojrzała jeszcze na Akane z dziwnym błyskiem w oczach, po czym wyszła.
– Urocza – stwierdziła Aki, nawijając kosmyk na palec. – Zawsze tak zabija innych wzrokiem?
   Gus zasznurował usta, a ja wymieniłam się wzrokiem z dziewczynami i Keithem. Jeśli tak było na początku, to co będzie później?


****


   Szczęśliwie na Niszczycielu znajdowało się trochę kanap, więc położyłyśmy Shienę, bo ta już zdążyła zasnąć na ramieniu Jane.
– Mam nadzieję, że nie będę już miała okazji spotkać tej czerwonej dziuni ponownie – wycedziła Akane.
– Jeśli będziesz chciała być z Gusem, to obawiam się, że to nieuniknione – powiedziała spokojnie Jane, przejeżdżając palcem po playliście piosenek na telefonie. – Nie wygląda na taką, co spokojnie odejdzie.
– Co?! Czemu chciałabym być z pieskiem Spectry? Co to za durny pomysł!
– To czemu przejmujesz się jego laską?
– Bo patrzyła na mnie jak na robaka, a nie pozwolę tak traktować wielkiej Akane Hoshimury!
– Marna wymówka.
   Akane zagięła palce na kształt szponów, czemu towarzyszył chrzęst kości, a Jane kompletnie nieprzejęta zrobiła balon z gumy, po czym przerzuciła nogi przez ramię fotela, odpalając wybrany utwór.
– Zgadzam się, marna wymówka – potwierdziłam wraz z Leausem, dostając w odpowiedzi kolejny wzrok demona.
– Nie jestem nim zainteresowana, n-i-e – przeliterowała, po czym odwróciła głowę w bok, strzelając focha. – Hpmf!
   Chwilę później temat został zapomniany, bo podeszliśmy do lądowania na specjalnie oznaczonej platformie. Stłoczyłyśmy się wokół okrągłego okienka, ciągnąc za sobą Haru, którą próbowałam obudzić poklepywaniem po twarzy. Naszym oczom ukazały się budynki zbudowane z kryształów, które promieniały w świetle słońca oraz wielkie połacie zielonych terenów. Wszędzie dominowały jasne barwy oraz jasność i możliwe, że przez to poczułam się ciutkę gorzej. A to uczucie się tylko spotęgowało, kiedy postawiłam stopę na marmurowej posadzce, a po mojej głowie niemal rozlał się gorąc. Zacisnęłam zęby, starając się przybrać jakąś porządną minę.
– Jesss! – Dan się nie pierdolił z żadnymi etykietami i innymi pierdołami i od razu wyskoczył z otwartymi ramionami.
– Daaan! – odkrzyknęłam.
   Przytuliłam go mocno, ciesząc się, że był cały i zdrowy. Kuso ruszył się witać ze Spectrą i pozostałymi, a ja podeszłam do Neathiana, który był ubrany w biały uniform z bufiastymi ramionami ozdobionymi żółtymi kryształami. Miał włosy w kolorze morskiej zieleni upięte w kucyka.
– Witam, jestem Elright, dowódca Rycerzy Zamkowych – przedstawił się, wyciągając rękę.
– Jessica Knight, przyjaciółka Wojowników, miło mi – odparłam, uśmiechając się. – Gdzie reszta, jeśli można wiedzieć? – spytałam, rozglądając się za Shunem, Marucho czy nawet tą cholerną Fabią.
– Marucho z Shunem nadzorują odbudowywanie i umacnianie bazy przy drugiej osłonie, a Jake wraz z Fabią nie tak dawno toczyli bitwę przeciwko Renowi i Jessemu, więc teraz odpoczywają – odparł Dan.
  Szybko wszyscy się pozapoznawali, po czym kapitan zaprowadził nas do sali obrad. Oczywiście była przestronna, a przez okrągłe okna umieszczone nad sufitem wpadały promienie słońca, która obijały się od złotych drzewek stojących w kącie. Od tej ilości światła zrobiło mi się jeszcze gorzej, ale twardo dotarłam do krzesła.
– Wiem, że niektórzy z was się śpieszą, więc się streszczę. Podczas bitwy mojego oddziału z Airzelem czyli dowódca gundaliańskich wojsk i użytkownikiem Ventusa – Tutaj nad stołem pojawiła się hologramowa podobizna Gundaliana o jasnozielonych włosach i grzywce przykrywającej mu jedno oko. O, tego spotkałam w ich pałacu. – zauważyłem, że Heather z nim rozmawia, po czym chyba na jego rozkaz nas rozgromiła. – Sposępniał. – Potem stoczyła też bitwę z Jakiem, a następnie zniknęła wraz z Airzelem. Istnieje nikła szansa, że Kazarina mogła ją jakimś cudem zahipnotyzować, ale... – Urwał i spojrzał na nas.
   Shiena, której bez protestów oddałyśmy pałeczkę, skinęła głową.
– Heather od samego początku kłamała. Wykorzystała naszego kolegę, by potwierdził jej bujdy oraz sfabrykowała potrzebne dowody. Nawet jeśli ci cali Benn i Archie istnieją, to i tak nie zostali porwani. Wszystko to zostało wymyślone, by wkupić się w łaski Wojowników.
– Ale ona naprawdę mówiła przekonująco – odezwał się Dan, próbując jakoś ratować honor.
   Shiena podniosła rękę.
– Nic się nie martw, Dan. Heather jest przebiegła i doskonale wie, za co pociągnąć, by wszyscy chodzili, jak ona chce. Również dobrze gra, więc ciężko nie dać się jej zwieść.
– Tylko pytanie, czego chce? – zauważył Elright. – Dlaczego dołączyła do Gundalii?
– A co jeśli... – Jane zamilkła, po czym zmrużyła powieki. – po to, by zrobić to samo, co tutaj?
    Na Wilson spoczęło siedem par oczu.
– Ale dlaczego? – spytał Dan.
– Nie umiem tego wyjaśnić, jednak mam dziwne wrażenie, że z nią jest naprawdę nie tak. Skoro zadała sobie tyle trudu, tylko po to, by wciągnąć się w konflikt, który jej nie dotyczy. Może ją to bawi?
   Mimowolnie przed oczami przewinął mi się roześmiany Tytan. Poczułam zimny dreszcz na plecach. W ciemności czai się wiele rzeczy, a co skrywało się w tej Heather?
   Nagle drzwi się rozsunęły i naszym oczom ukazała się Fabia wraz z Jakiem. Osunęłam się po oparciu, czując, że mój ból głowy zaraz się pogorszy.



Podsumowanie i błędy jak wrócę!
EDIT:
Zmieniłam tytuł, pod tamten dałam na szybko, zanim poleciałam grabić śliwki XDD Cały rozdział o teamie Destrukcji, ale to w końcu protagonistki no znaczy się Jess XDD Ładnie też odhaczyłam 18 odcinek, więc jesteśmy o cały jeden w przód, jej! Oczekiwana konfrontacja Jess i Fabia się wydarzy, może coś tam u Gundalii i ukochanej wszystkich Heather, jeszcze się zobaczy.
Odmeldowuje się!

piątek, 19 lipca 2019

Okno - one shot #11


   Grzmiało w oddali, deszcz siekał ostro, sprawiając, że nawet jego płaszcz zaczął przemakać. Mimo to nie ruszył się z bezpiecznego miejsca. Nie chciał ryzykować, że go znów zobaczy, skoro już dziś przypadkiem na siebie wpadli, gdy próbował się chyłkiem wycofać ze stacji metra i wziąć taksówkę. Nie mogła niczego podejrzewać.
   Woda spływała mu z włosów, a palce stóp cierpły z zimna, kiedy został wynagrodzony za swoją cierpliwość. Pomiędzy gałęziami drzewa pojawiło się światło bijące z lampy w jej pokoju. Jak zawsze nie zasunęła zasłon, dzięki czemu miał świetny widok, jak powoli czesze swoje grube fioletowe włosy. Jej oba nadgarstki były nagie.
   Wsunął rękę do kieszeni i przesunął palcem po błękitnych koralikach bransoletki. Ciekawe, czy dziś też będzie przetrząsała całą toaletkę, myśląc, że ją gdzieś zostawiła? Tak samo jak szukała swojej gumki, kolczyka oraz białej apaszki. Wiedział, że z każdą kradzieżą wiązało się ryzyko złapania, ale nie mógł się powstrzymać. Wszystkie te rzeczy miały jej zapach. Przyjemny, kojący i sprawiający, że zasypiał bez koszmarów. Same zdjęcia już mu nie wystarczały. Musiał posiąść jakiś jej fragment.
   Nagle obróciła głowę w stronę okna. Poruszył się niespokojnie, choć nie było szans, by go dostrzegła z tej perspektywy. Zmarszczyła uroczo nos, potrząsnęła głową i złapała dół swojej koszulki. Przełknął ślinę. Dziś naprawdę został wynagrodzony.
   Gdyby mógł, wyciągnąłby aparat i uchwyciłby jak najwięcej ujęć jej kształtnej figury. Tak pozostały mu tylko oczy, którymi chłonął każdy milimetr, każdą wypukłość, każde wgłębienie. Och, jak chciałby móc dotknąć tej miękkiej skóry lub wsunąć dłonie w jej długie, pachnące wanilią włosy. Lecz wiedział, że nie miał na to szans. Nie była nim zainteresowana i zapewne nawet nie pamiętała jego imienia.
   Wstała, znikając z jego oczu. Po chwili światło zgasło. Zmarszczył brwi, bo dopiero teraz do niego dotarło, że coś było nie tak. Zazwyczaj w piątki po lekcjach śpiewu szła do restauracji zjeść sushi, potem wracała do domu, przebierała się i wychodziła ze swoimi przyjaciółkami. Jednak teraz wyglądało, jakby się położyła. A może poszła do łazienki?
   Po dwudziestu minutach uznał, że zasnęła, więc obrócił się na pięcie. Dziś już nie będzie mógł za nią chodzić, więc wróci do siebie i zażyje trochę snu. Nie mógł wywoływać pytań ani podejrzeń w pracy. Wszystko musiało być perfekcyjne, przynajmniej na powierzchni.
   Kiedy dochodził już do zakrętu, olśnienie uderzyło go jak grom z jasnego nieba. Nie zamknęła drzwi. Doskonale wiedział, że miała swój zwyczaj i zawsze oprócz zakluczenia zamka na dole, robiła to samo na górze, a dziś nie widział, by zasuwka się przekręcała. Serce mu szybko zabiło, a w gardle zaschło. Właśnie dostał niepowtarzalną okazję od losu, by wreszcie móc ujrzeć ją z bliska, by móc wdychać jej zapach.
   Szybko zawrócił i idąc pod murem, dotarł pod odpowiedni dom. Przeskoczył przez niski płotek i dopadł do drzwi. Dotknął zimnego metalu klamki, a przez jego ciało przebiegł dreszcz. Jeśli się pomylił, to koniec gry, ale wiedział, że nie było już powrotu. Te kilkanaście miesięcy obserwowania, kilkaset dni fantazjowania, kilka tysięcy godzin spędzonych na robieniu zdjęć, kilka milionów minut noszenia w sobie uczucia pustki. Nie zdzierżyłby już ani sekundy dłużej podobnych tortur. Jego umysł wołał o uwolnienie podobnie jak żądzą, którą zduszał od samego początku.
   Nacisnął i delikatnie popchnął. Drzwi ustąpiły i wpuściły go do zalanego mrokiem korytarza. Ostrożnie ustawił stopy, by nie wywołać żadnego dźwięku. W oddali słychać było tylko tykanie zegara oraz stukot kropel deszczu o szyby. Wyciągnął podręczną latarkę i szybko oświetlił sobie schody. Żadnych przeszkód. Wyłączył i zatopił się w ciemność.
   Stawał krok za krokiem, uważnie nasłuchując, jednak wszystko zdawało się potwierdzać jego domysły. Spała. Uśmiechnął się, czując, jak jego serce zaczyna szybciej bić. Wszedł na piętro i idąc niemal na palcach podszedł pod jej pokój.
   Przyłożył ucho do drzwi. Poczuł łaskotanie w brzuchu, gdy usłyszał spokojny równomierny oddech. Wszedł do środka.
   Oświetlało ją jedynie słabe światło ulicy, lecz on już czuł, jak miękną mu nogi. Spała na plecach z rozrzuconymi na boki rękami, a jej włosy rozsypały się wokół jej głowy, tworząc coś na kształt. Miała lekko otwarte usta i czarne długie rzęsy rzucające cienie na policzki.
   Była taka piękna, taka niewinna, taka urocza, że aż ledwo można było uwierzyć w jej istnienie.
   Wyciągnął drżącą dłoń i opuszką palca trącił nadgarstek. Kontakt z ciepłą skórą sprawił, że prawie ujrzał gwiazdy.
    Właśnie w tym momencie coś w jego wnętrzu się złamało. Uklęknął i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, uważnie obserwując jej twarz. Gdy dotknął buteleczki, zawahał się, ale zaraz prychnął w duchu nad własną głupotą. Przecież ona też musiała tego chcieć, w końcu zostawiła dla niego otwarte drzwi. Wiedziała o nim i czekała, aż wykona ruch. Chciała z nim być w ich własnym małym świecie, gdzie tylko oni będą mieli wstęp.
   Słodkawy zapach rozniósł się po pokoju, na co jej powieka drgnęła. Pogładził ją po policzku. Otworzyła gwałtownie oczy, prezentując swoje przenikliwe błękitne tęczówki. Spojrzała na niego ze strachem, po czym zamrugała gwałtownie.
– Co ty tu robisz, Gus? – spytała, suną ręką ku ramie łóżka. – I co zamierzasz zrobić?
   Przygniótł ją do materaca za pomocą lewego przedramienia, przyszpilając jej nadgarstek kolanem. Wiedział, że trzymała paralizator zawsze w swoim pobliżu, ale nie pomyślał, by się go pozbyć wcześniej.
– Zaraz będzie po wszystkim – przemówił kojącym głosem.
– Spierdalaj, pojebie! – krzyknęła, próbując się uwolnić. – Puszczaj! – Kopnęła go mocno w okolice nerki, na co zakrztusił się powietrzem, ale zachował równowagę i niemal brutalnie przycisnął szmatką nasączoną chloroformem do jej ust.
   Walczyła przez chwilę, kopiąc na oślep i próbując sięgnąć paralizator, który na swoje nieszczęście chwile zrzuciła na podłogę. Jednak z każdą chwilą jej ruchy stawały się coraz wolniejsze i słabsze, aż zamknęła oczy i zapadła w kolejny mocny sen.
   Wsadził szmatkę do kieszeni i podniósł się, biorąc dziewczynę na ręce.
– Nie masz się o co martwić, Akane – powiedział miękkim głosem i odsunął kosmyki z jej czoła. – Wszystko będzie dobrze. Zabiorę cię stąd
  Do miejsca, gdzie będziemy tylko my.
   



Nie pytajcie, czemu mam taki wylew weny na yandere charaktery XDD Jakoś mnie wzięło po piosenkach Melanie Martinez, zresztą yandere!Gusa to ja już chciałam napisać hohoho na Halloween xDD W każdym razie wybaczcie, że nie rozdział, ale dalej jest w fazie pisania
Odmeldowuje się!
Ps. Nw czy gorszy czy lepszy od tego ze Spectrą, ale dla mnie Grav na pewno byłby innym typem yandere. I to tym gorszym, bo długo możesz sobie nie zdawać sprawy, kto się tak wpatruje w twoje okno...
Słodkich snów <3 p="">

wtorek, 16 lipca 2019

Obsesja - One shot #10


   Uśmiechnął się triumfalnie, widząc, jak z jej twarzy odpływa krew. Nie odezwała się, choć w orzechowych tęczówkach tliła się złość. Rozczulało go to w jakiś specyficzny sposób. Była jak ptaszek w klatce, który myśli, że uda mu się uciec między prętami, kiedy właściciel nie patrzy.
    Wszystkie kobiety dotychczas miał na skinięcie palca. Robiły, co tylko chciał, by zyskać jego aprobatę. Żałosne idiotki wdeptujące własną godność w ziemię.  Ona była inna. Posiadała swoją dumę i choć czasami przeradzała się ona w brawurę, przez którą mówiła mu okropne rzeczy lub próbowała uciec tak jak teraz, to jej wybaczał. W końcu żadna miłość nie jest idealna na początku, prawda?
   Chciał uczynić ją swoją królową, która wraz nim zasiądzie na tronie w złocistej koronie. Widzieć te tłumy padające przed nimi na kolana. Rozkoszować się wykrzywionymi w agonii twarzami przeciwników, po to by w akcie litości wydrzeć z nich życie. Każdego kto ośmielił się mu przeszkodzić lub choćby stanąć na drodze.
   Złapał ją za ramię i przycisnął do ściany, a drugą dłoń wsunął w miękkie sploty brązowych włosów.
   Nieważne ile razy spróbowała uciec, on zawsze ją łapał. Powoli stawało się to jednak nużące. Czemu ona nie rozumiała, że cierpienie innych było konieczne w osiągnięciu jego celu? Czemu bardziej skupiała się na jakiś cholernych bakuganach zamiast na nim?! Wykrzywił twarz w grymasie, ale zaraz się opanował.
   Nawinął na palec kosmyk, przysuwając się bliżej. Słyszał, jak jej serce zaczyna szybciej bić oraz jak wciąga powietrze. Bała się go. Skrzywił się ze złości. Dlaczego? Przecież robił to wszystko dla niej! Niszczył każdego, kto mógł im zaszkodzić lub zdusić drzemiącą w niej potęgę! Wciągnął powietrze nosem. Musiał zachować spokój, nie mógł jej bardziej straszyć.
     Zdjął maskę i pochylił się ku niej.
Naprawdę myślałaś, że przede mną uciekniesz, Jessie?
   Patrzył, jak wygina usta w wrednym uśmiechu. Robiła tak za każdym razem, gdy miała zamiar rzucić jakąś złośliwą uwagą. Ten wyraz twarzy niezwykle jej pasował i był nawet uroczy.
   Wtedy jego opanowanie pękło. Przycisnął jej nadgarstki do ściany i ignorując okrzyk bólu, wpił się chciwie w te miękkie wargi. Nie obchodziło go, że dziewczyna się szarpie, próbując uciec, że zaraz mogą się zlecieć strażnicy, że Hydron się dowie. On się nie liczył. I tak go zabije. Powoli i z rozmysłem będzie przelewał każdą kroplę jego pieprzonej królewskiej krwi, aż padnie królewicz zacznie błagać o śmierć.
   Zabije każdego, kto mu się postawi.
   Nagle poczuł ostry ból i po jego brodzie spłynęła strużka krwi. Odsunął się, dotykając wargi. Ugryzła go.
  Aż tak mnie nienawidzisz?
   Nogi jej drżały, lecz w oczach i tak płonął ogień. Nie chciała się poddać. Rzucała mu wyzwanie
Nie pozwolę ci odejść – szepnął, po czym przycisnął jej ramiona mocniej do ściany. Syknęła. – Jestem wszystkim, czego potrzebujesz.
– Ty potrzebujesz pieprzonej terapii – warknęła i szarpnęła się. – Złaź ze mnie!
– Nie powinnaś tak mówić – Ujął ją za nadgarstek i pociągnął ku wyjściu z zaułka. – Nie chciałbym odciąć ci języka, bo lubię twój głos, nawet jeśli wypowiada tyle oszczerstw.
   Poszła za nim bez oporu. Póki co musiał ją zmuszać groźbami do bycia posłuszną, ale co miał zrobić, skoro była taka zbuntowana? Nie chciał używać pięści i niszczyć jej pięknej jasnej skóry siniakami. Choć jeśli dalej będzie taka albo spróbuje przeciw niemu knuć...
   Białe drzwi się rozsunęły, a światło z korytarza oświetliło kawałek łóżka oraz regału wypełnionego książki. Poluźnił uścisk, co Jess natychmiast wykorzystała i wpadła do środka, unikając jego spojrzenia. Westchnął i ubrał znów maskę.
– Wojownicy przegrają – powiedział zimno.
   Zerknęła przez ramię i uniosła brew.
– Taki jesteś pewny? Jakoś nie zauważyłam.
– Wojownicy przegrają – powtórzył, ignorując jej słowa. – Została ich tylko czwórka.
– Wystarczy by uwolnili Barona oraz Ace’a z lochu.
– A w czym pomogą im trupy?
   Skamieniała, po czym powoli przełknęła ślinę.
– C-co? Zabiłeś ich?
   Zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się i już miała złapać nocną lampkę, ale zdążył wykręcić  jej rękę. Sprzęt upadł na posadzkę. Rozbite kawałki żarówki potoczyły się po posadzce.
– Chcieli ci mnie odebrać – Otulił dłonią jej policzek. Uśmiechnął się. – A przecież powiedziałem ci, że zabiję każdego, kto spróbuje mi wejść w drogę, prawda?
   Zacisnęła wargi, aż zbielały, lecz w kącikach jej oczu już zaczęły zbierać się łzy. Poczuł ukłucie zazdrości. Za nim by nie płakała. Martwi, a tak ciągle mu wadzili.
– Może następnym razem powinienem torturować Dana na twoich oczach, hm? Ciekawe, ile ten szczeniak wytrzymałby dawek prądu? Piętnaście? Osiemnaście? A może będzie nowym workiem treningowym dla Heliosa?
– Przestań – wydusiła przez zęby. – Dan ci nic nie zrobił.
– Denerwuje mnie, ale masz rację – Pogładził jej policzek kciukiem. – To wcale nie musi się tak skończyć. Mogę dać ci tak wiele. Władzę, siłę, bogactwo i miłość. Twoi przyjaciele przestaną być wrogami Vestalian, bakugany zyskają wolność, jeśli tego chcesz.
– I to wszystko za nic? – prychnęła z kpiną.
– Musisz tylko mnie pokochać – szepnął. – Patrzeć tylko na mnie. Uśmiechać tylko dla mnie. Być moją. Resztą sam się zajmę, nie będziesz musiała się martwić o nic – Ujął jej twarz w dłonie. – W końcu cię kocham.
   Nawet jeśli ujrzał obrzydzenie w orzechowych tęczówkach, to je zignorował. Puścił ją i ruszył ku wyjściu. Miał dziś jeszcze wiele do zrobienia.
– To nie jest miłość – powiedziała cicho.
   Zaśmiał się oschle.
– Mylisz się, to jest prawdziwa miłość. Gdziekolwiek uciekniesz czy schowasz, znajdę cię. I zabiję, lecz nie ciebie oczywiście, lecz tych, którzy ci pomogli. Nikt będzie mi się sprzeciwiał.
  Pokręciła głową i wsunęła dłonie we włosy, ciągnąc je.
– Jesteś popierdolony. Naprawdę popierdolony.
  Obrócił się do niej przodem. Połowę jego twarzy skrywała ciemność, a drugą oświetlało białe światło.
– Nigdy nie pozwolę ci mnie opuścić, Jessie.

  


Taka miniaturka z yandere!Spectrą, by dać znać, że żyje XD Rozdział ruszę w środę, więc do czwartku powinien być XD Co do shociku, to nw czy wyszedł dobrze, bo nigdy nie pisałam tak skrzywionych psychicznie postaci...znaczy wait mam kilka psycholi, ale nie z tego podgatunku XD No pozostawiam waszej ocenie i idę spać...chyba
Odmeldowuje się!